RSS
piątek, 09 listopada 2018

Niespodziewanie Króliczyca dotknęła dłoni Tego od teledysku, gdy stali po hotelem, pod którym znaleźli się w jakiś sposób, którego Tot nie zapamiętał. Odwrócił się ku Króliczycy, uśmiechnął do niej, a wtedy ona pocałowała go. Zaskoczony i niezaskoczony oddał pocałunek. Z początku delikatny choć równocześni zuchwały zakończył się wspólnym tańcem dwóch języków. A potem stali oboje bez słowa tylko uśmiechając się do siebie póki nie przyjechała taksówka.

 

Ten od teledysku pomógł zapakować do niej bagaż Króliczycy, otworzył przed nią drzwi.

 

- Zobaczysz! -obiecała uśmiechając się nim je za nią zamknął.

 

A potem odjechała i Ten od teledysku został sam pośród wielu ludzi oczekujących  na własne taksówki.

 

Żadna nie przyjechała.

 

Zirytowany sięgnął, po kilku a może kilkunastu minutach, po telefon by po jakąś zadzwonić. Wtedy przypomniał sobie, że nie zna adresu. "Podam nazwę hotelu" - postanowił. Odwrócił się, by ją sprawdzić i zamarł. Budynek za jego plecami nie był hotelem ale szpitalem.

 

Musiał się co do tego upewnić. Wszedł do środka. Szpital. Ale duży, jeden z tych, jakie posiadają własny bar. O tyle dziwny, że  sprzedawano w nim piwo. Kilkunastu mężczyzn cieszyło się tą niezwykłością przy długiej ladzie pod wielkim oknem z widokiem na pole, a może jakiś stadion. Unosiły się nad nim leniwie napęczniałe czerwone dwupłatowce. Poruszały się dziwnie ospale chętniej słuchając powiewów wiatru niż pilotów. Dopiero po chwili Ten od teledysku zorientował się, że to balony o kształtach samolotów.

 

- Te zawody są bardzo popularne w moim kraju - odezwał się ktoś z prawej. Kilka metrów i kilku mężczyzn od Tego od teledysku popijał piwo Japończyk. - Mamy najlepszych pilotów balonowych. Popatrzcie.

 

Jeden z samolotów obniżył lot nad wykopaną w ziemi jamą. Pilot wychylił się wystawiając hak, by chwycić nań ukrytą w jamie kukłę mężczyzny. Zaczął powoli unosić ją do góry.

 

- Mniej znana taktyka z czasów pierwszej wojny światowej - tłumaczył Japończyk. - Teraz już tylko sport. Zobaczycie, skubaniec będzie szukał w tłumie widzów kogoś z naszych, żeby w niego rzucić tę kukłę.

 

Zainteresowany tym sportem Ten od teledysku zbliżył się do Japończyka. Ten spojrzał na niego, uśmiechnął się życzliwie. Ale zaraz jego twarz wykrzywił niechętny wyraz.

 

- Zabierzcie go ode mnie! - zawołał cofając się. - On się ubiera jak nasi! Nie chcę oberwać kukłą!

 

Rzeczywiście, Ten od teledysku miał na sobie t-shirt z Mononoke. Skinął Japończykowi głową i oddalił się od niego. Znów wyszedł na zewnątrz. Zaczynało kropić a tłum daremnie oczekujących na taksówki gęstniał.

 

Ten od teledysku nie miał ochoty czekać z tymi ludźmi pod szpitalem. Odnalazł wzrokiem knajpkę w pobliżu. Ruszył ku niej.  Sprawdził nazwę ulicy na drogowskazie (na żadnym z budynków oczywiście ich nie było). "Focha" przeczytał i uśmiechnął się na myśl, że ktoś mógłby odczytać tę nazwę po polsku i zamówić taksówkę na ulicę spod znaku żachnięcia się i obrażenia. Wybrał numer, zamówił taksówkę na Fosza.

 

- To będzie trochę ponad dwieście złotych - poinformowała go miła pani.

 

- Jak to dwieście złotych? - zdumiał się. - Może jestem gdzieś na obrzeżach, ale Kraków nie jest taki wielki! Będziecie tu jechać przez Honolulu?

 

- Jest pan w Katowicach - poinformowała go miła pani.

 

- W takim razie rezygnuję - stęknął i rozłączył się.

 

W Katowicach! Niech to szlag! Czuł narastające zmęczenie. Sądził, że w ciągu piętnastu minut dotrze do domu, a tu masz. Pewnie z pół godziny minie nim dojedzie do dworca. Tam, na szczęście, autobusy do Krakowa odjeżdżają co piętnaście minut. Droga zajmie godzinę z kawałkiem, potem jeszcze z pół godziny na dotarcie do domu. Dwie godziny z haczykiem, może trzy.

 

No nic. Odnalazł w telefonie numery katowickich taksiarni. Zadzwonił. W połowie rozmowy telefon sam przerwał połączenie i oznajmił Temu od teledysku, że przekroczył on dozwoloną umową ilość rozmów. Tot długo wpatrywał się w świecący w deszczowym półmroku ekran. Coś takiego jeszcze mu się nie przydarzyło. No nic, na szczęście ma drugi telefon. Zadzwonił. Odebrała inna pani, taka o wesołym głosie.

 

- Dzień dobry - powiedział, ale przerwała mu.

- Chce pan zamówić taksówkę? -przerwała mu. - Czemu pan od razu nie mówi? Wie pan ile klienci zwlekają zanim zamówią?

- Nie powiedziałem, bo pani powiedziała to pierwsza. Tak, chciałbym zamówić taksówkę. Na ulicę Focha. Dzięwiętnaście.

- Nie strzelam focha!

- Przepraszam, Fosza. Marszałka Fosza dziewiętnaście.

- Pan tak specjalnie mnie zmyla, prawda? Nie chce pan taksówki, tylko chce pan ze mną poflirtować przez telefon.

- Ależ...

- Proszę się nie przejmować. Mnie się to ciągle zdarza. To przez ten głos. Podobno mam w nim coś uwodzicielskiego. Jak pan sądzi?

- Ma pani szalenie uwodzicielski głos - przyznał szczerze. - Brzmi równocześnie wesoło, zadziornie i ujmująco.

- No widzi pan! - roześmiała się. - Już pan ze mną flirtuje! Nie szkodzi. Ja też wolę porozmawiać z panem, niż się rozłączać. Bo pan też ma bardzo ładny głos.

 

W ten sposób Ten od teledysku po raz trzeci nie zamówił taksówki. Rozmawiając z miłą panią ruszył ku knajpie. Na roku dojrzała śnieżnobiały kubek po kawie na wynos wbity w błoto. Pochylił się nad nim wiedziony nagłym impulsem. Ujrzał, że kubek zmienił się w dom dla dużych i opasłych wielobarwnych gąsienic intensywnością kolorów przypominających pastelowe  kredki, jakimi rysowali wszyscy w dzieciństwie. Sięgnął dłonią ku gąsienicom, a wtedy jedna z nich wspięła się po krawędzi naczynia, by zasłonić sobą pozostałe. Dałby głowę, że zawarczała. Cofnął dłoń. I dobrze zrobił. Dzięki temu nie przebił pajęczyny. Pająk przebiegł nad kubkiem ciągnąc za sobą nić, jakby starał się budować dach dla gąsienic.

 

- Nie uwierzysz, co właśnie zobaczyłem - oznajmił Ten od teledysku miłej pani.

 

Knajpa była pełna ludzi, którzy także zrezygnowali z daremnego oczekiwania na taksówki. Pośród nich znajdował się też znajomy Japończyk. Syknął gniewnie na widok Tego od teledysku. Tot, nie przerywając rozmowy z miłą panią znalazł na wszelki wypadek stolik możliwie daleko od rozgniewanego Azjaty. Zamówił coś albo nie zamówił i rozmawiając z miłą panią, zaczął przyglądać się klientom knajpy. Wydali mu się szalenie barwną gromadą. Grali w rzutki i karty, kłócili się zawzięcie albo śpiewali. Choć większość z nich spotkała się po raz pierwszy, wyglądali jak banda stałych bywalców, weteranów setek piwnych spotkań. Pomyślał, że chciałby do nich przynależeć.

 

- Umilkłeś - poskarżyła się miła pani.

- Mam dość rozmowy przez telefon. Przyjedź do mnie. To taka szalona knajpa przy Fosza 19.

- Przy ulicy dziewiętnastu fochów, tak?

- Może być.

- Poczekaj. Przyjadę.

 

Rozłączyła się nim zdążył zapytać jak do licha poznają się nawzajem. Przypomniał sobie o swoim zmęczeniu i tęsknocie za domem. Zawahał się. A potem znów spojrzał na klientów,  wśród których właśnie ktoś wyglądający na rudowłosego wikinga opowiadał o jakiejś bójce. Słuchacze klaskali mu i wiwatowali.

 

"Nigdy nie wrócę do Krakowa" - uświadomił sobie. - "Będę tu siedział czekając na niespełnialne taksówki i dziewczyny. Pośród tych wszystkich kapitalnych kolesi. Może to rodzaj czyśćca, a może nawet i piekła. A może nieba".

 

Chyba jednak zamówił wcześniej piwa, bo napił się go. Uniósł kufel w pozdrowieniu ot tak. Paru klientów odpowiedziało mu. Wiking wrzeszczał, Japończyk zerkał podejrzliwie. Gdzieś tam kołysały się na wietrze czerwone dwupłatowce.

 

Mógł znaleźć gorsze miejsce.

 

Gdy obudził się chwilę albo może i godzinę potem, nie był pewien, czy tym przebudzeniem wybrał dobrze. Tylko przez chwilę nie dłuższą niż pierwsze poranne mrugnięcie. Ale jednak.

 

09:46, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2018

- Nie pamiętasz, że ze mną tańczyłeś rok temu - powiedziała Smutna, więc Ten od teledysku, który faktycznie tego nie pamiętał, spróbował jakoś uciec i od odpowiedzi, której szczerość byłaby przykra i od kłamstwa. Udało mu się, albo nie udało, ale zostali obok siebie, trochę sami choć naokoło było pełno ludzi. Spojrzał na jej usta i pomyślał, że to właściwie całkiem ładne usta. I zaraz uciekł od tej myśli i skojarzeń, jakie niosła. A jakiś czas potem przyszła Agi i oświadczyła, że czas już na nich. Co miało sens, bo nastała trzecia w nocy.

 

Miasto znów było puste i chłodne. Pożegnali się po krótkim spacerze i każde poszło do swojego hotelu. A na drugi dzień Smutnej już nie było. Tak samo, jak rok wcześniej, przypomniał sobie Ten od teledysku.

 

Byli za to inni ludzie. Maciekp uciekł od tematu reaktywowani CzF, więc coś chyba zaszło przez miesiąc, kiedy rozmawiali o tym ostatnio. Kasia z Rafałem oświadczyli, że chcą wziąć wszystkie trzy projekty Tota, które przysłał im do wyboru, wypił trochę piwa, pośmiał się. A jeszcze następnego dnia spędził sympatyczną godzinę z fajną polonistką, potem wsiadl do pociągu, który oczywiście się spóźnił i to spóźnił za bardzo, przez co Tot nie złapał atobusu, choć zostawił sobie przecież margines błędu. Tyle, że za mały. Tego dnia dwukrotnie zabrakło mu dwóch, trzech minut. Pomyślał, że powinien poczuć złość z tego powodu,ale nie poczuł. Poobnie, jak nie poczuł spodziewanej radości z tych wszystkich spotkań.

22:32, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2018

Czasem tak właśnie się zdarza. Ten od teledysku bywa w pracy, w miejscach publicznych albo w takich, w których mile widziana jest cisza. A ktoś przysyła mu materiał z dźwiękiem. Filmik, reklamówkę, teledysk. Ten od teledysku odpala go, czasem nieświadom, co zaraz nastąpi i ogląda te wszystkie ruchome obrazki jak oglądali podobne ludzie sto lat temu. Bezdźwięcznie. Tak do tego przywykł, że czasem nawet teledyski ogląda przez choćby i dwadzieścia sekund, albo i dłużej, jeśli obrazki okażą się fajne, albo po ekranie gania wyjątkowo ładna pani. Że nie ma to sensu? A co ma?

 

Weekend znów spędził w innym mieście, a nawet zupełnie innej jego części niż ta, którą poznała cała Polska. Bo w centrum naburmuszeni obrońcy tego, co było zawsze i dlatego powinno być jak zawsze starli się z tęczowymi. Zagrały armatki wodne, zahuczały granaty hukowe. Brat Tego od teledysku, który przyjechał razem z nim, ale w zupełnie innym celu, pojawił się w okolicy tych marszy i kontrmarszy. „Debile” – skomentował, choć bliżej mu na prawo niż na lewo i może nawet wzniósłby parę okrzyków, ale na widok stada obrońców normalności zrobiło mu się głupio. To swoją drogą cenna konfuzja dla nas wszystkich, z dowolnej strony, gdy widzimy co z poglądów robi nieopanowanie w ich wyrażaniu. Nie chodzi o to, by się wstydzić naszych przekonań, ale by umieć je wyrażać nie poniżając samego siebie. To niewiele, ale jakiś początek, po którym, być może, zaczniemy w innych dostrzegać ludzi. I to tak, że słowo „człowiek” też nie zabrzmi wstydliwie.

 

Kiedy brat Tego od teledysku odczuwał dyskomfort i może nawet zawstydzenie (a na pewno zagniewanie na „debili”) Ten od teledysku, choć w tym samym mieście, jednak tak daleko, że nie słyszał nawet ech granatów hukowych, siedział na prelekcji albo panelu, albo przy piwie. Jeśli przy piwie, to może właśnie w tym samym czasie dowiadywał się od Koguta, że jego córka postanowiła zostać synem, że zaczyna właśnie kurację hormonalną a rodzina musi sobie z tym jakoś poradzić. Dzień później, siedząc przy wielkim garnku orzechów, z widokiem na dom i sad, Ten od teledysku znów słuchał opowieści rodzinnej, tym razem o córce, która wbrew radom rodziców postanowiła uciec z rodzinnej miejscowości do Krakowa. „Historia się powtarza” – wzdychała jedna z tych ciotek Tego od teledysku, które przyczyniły się do zbudowania rajskiej legendy jego, i nie tylko jego, dzieciństwa. A potem dodała, że odkąd córka rzuciła studia w Rzeszowie i przeniosła się do chłopaka w Krakowie, w którym sama chyba jednak nie wie co zamierza robić, kontakty między matką i córką trochę osłabły.

 

A jeszcze dwa dni wcześniej, jeden z nielicznych ludzi, z których Ten od teledysku ma, lub właściwie miał kiedyś „kosę” zagaił do niego, z wieczora, gdy oczekiwali na taksówkę, do której zaprosiła Tamtego dziewczyna, którą z kolei zaprosił do taksówki ten od teledysku.

„Piszesz coś?” – zapytał.

„Bez ustanku” – odparł szczerze Ten od teledysku, który nawet podczas przywpiwnych dyskusji dwie godziny później omawiał przez komunikator szczegóły któregoś tam pisanego komiksu.

„Ale czy piszesz dla nas?” – uściślił tamten.

„No i co mu odpowiedziałeś” – zainteresował się dzień później Mały Bokser, z którym Ten od teledysku podzielił się jeszcze inną wieścią. Że być może zaplącze się znacząco w reaktywację czasopisma, które dla Tamtego stanowiłoby rodzaj konkurencji.

„Na razie nic. Nie chciałem odkopywać topora wojennego, nim stary został jeszcze porządnie zakopany.”

 

Taki to weekend. Dużo gadania, mało słuchania. Obrazki. Rudy psi przybłęda na tle chałupy pobielonej wapnem, orzechy i stada gołębi. „Ostatnio pojawił się jastrząb” – westchnął wujek. Kogut piękny jak z ilustracji bajki przyszedł popatrzeć co to się dzieje. Koty ścigały siebie nawzajem i kury. Słońce dopiekało zupełnie nie październikowo. „Jak to, podpisujesz umowy na książki?” – dziwiła się ciocia. – „I masz terminy? A co z natchnieniem?”. Armatki wodne, granaty hukowe, piwo, taksówkarz, który bał się podwieźć pod hotel, bo mieli tam z nim na pieńku, piękne dziewczyny w Perłowej z niekoniecznie pięknymi mężczyznami, zapiekanki z fódtraków na śniadania, sielska wieś i rodzina zaskoczona przybyciem, potem zboczenie z drogi by choć na chwilę przystanąć, rzucić okiem na dom z legend własnej matki i swoich o dzieciństwie jak z bajki i przyjaźniach bez końca, potem droga pod czerwono zachodzące słońce w ciemność miasta. Dużo rozmów, dużo zastanowień, trochę uniesień. Trzy dni przed powrotem w wielką głuszę pracy.

 

Muzyka chyba niepotrzebna.

11:11, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 października 2018

Wszystko, jak zwykle, przebiegło zbyt szybko, choć równocześnie działo się tak jakby czas nie płynął. O tych samych porach pojawiali się we dwóch, Ten od teledysku z Rudym, w tych samych miejscach. Zresztą, tych miejsc nie było zbyt wiele. Sandomierz okazał się miastem paruset metrów. W każdym razie dla turystów, którzy nie przyjechali odkrywać jego tajemnic.

 

Siadywali więc przy barze w knajpce, do której nigdy normalnie by nie weszli, ale Rudy wypatrzył napis: "murphys", co wyglądało nadzwyczaj dobrze na tle tych wszystkich "żywców" i "tyskich". Wypiliby pewnie jedno albo dwa, ale barmanka miała tyle atrybutów, że ciężko było oderwać od niej wzrok, więc zostali. Tego od teledysku niepokoili wprawdzie popijający wódkę stali bywalcy, dwudziestolatkowie w typie tych, którzy potrafią przejść w ułamku sekundy od bycia sympatycznie narąbanym do trybu berserka. Na szczęście przyszły dwie młode dziewczyny, brunetka i z lekka kręcona blondynka w koszuli barwy jasnego ognia i chłopaki skupili się na zagadywaniu do nich, aż wyszły. Ale blondynka wróciła by wyjść w towarzystwie tego wyglądającego na pewnego swoich atutów wyjadacza. Następnym wieczorem wrócili, by usiąść w tym samym miejscu i rozczarować się strojem barmanki, zakrywającym zbyt wiele. Wrócili wtedy i tamci dwaj, tym razem ubrani identycznie w czarnych bejsbolówkach i lśniących kurtkach z materiału udającego skórę.

 

Wszędzie leżały jabłka. Złote, zielone i czerwone czerwienią tak głęboką, jaką czasem można dostrzec w winie. Jabłonie wielkości drzewek bonzai i te większe uginały się pod ich ciężarem. Dziksze wyglądały jak rozczapierzone lampiony.

 

Była jeszcze i ta knajpka w kształcie spodka, gdzie można było zjeść pizzę w porze obiadu na późne śniadanie. Kelnerka o czarnych włosach patrzyła i uśmiechała się, jakby łączyłą ją z klientami wspólna tajemnica. Ten od teledysku i Rudy natychmiast się w niej zakochali. Popijali pizzę herbatą, bo jeszcze każda komórka ich ciała protestowała przeciw alkoholowi po minionej nocy. Wrócili jednak wieczorem. I choć znów spotkało ich rozczarowanie, bo nie było już brunetki, zostali też nagrodzeni. 

- A co panowie chcecie zamówić? - zapytała jedna z dwóch blondynek, Ten od teledysku wyobraża sobie, że ta rezolutniejsza. - Bo my już właściwie zamykamy.

- Tylko po piwie.

- Po piwie można. Ale będą panowie musieli wypić na zewnątrz.

- Jeśli tylko w waszym ogródku, to z przyjemnością.

 

Dostali więc dwie szklanki z grubego szkła pełne ciemnego Kozla. Przysiedli nad nimi w ogródku kawiarni w środku parku zwanego malowniczo: Piszczele, z widokiem na słabo podświetloną publiczną toaletę przypominającą wejście do wojskowego schronu przeciwatomowego. Kelnerki zamknęły knajpę, poprosiły, by szklanki zostawili przy drzwiach i pożegnały się ładnie. Gdy wrócili tam w niedzielę, by znowu ujrzeć brunetkę i zamówić pizzę, blondynka zawołała: "O, tym razem panowie zdążyli! Dziękujemy za szklanki!"

 

Ponieważ orzechy już dojrzały, pomiędzy jabłoniami spacerowały gawrony z orzechami w dziobach. Czasem tłukły nimi o asfalt, czasem zrzucały je z wysokości. Prawie na każdym roku ustawiony był stolik z bezalkoholowym cydrem sprzedawanym na szklanki albo w butelkach wyglądających jak te, w których przemycano bimber jakieś dziewięćdziesiąt lat temu. Słońce udawało, że trwa lato. Po rynku spacerowali niezbyt mrawo turyści starsi od Tego od teledysku, albo zachowujący się, jakby byli starsi. Ten od teledysku i Rudy wiele milczeli. Wiele gadał za to wciąż ten sam facet z wciąż tym samym mądrym niemłodym psem, przysiadający się do stolików ludzi, z którymi chciał sobie pogadać. Jego  pies nie odrywał przez jakkiś czas wzroku od tależa Tego od teledysku. "On też lubi wątróbkę" -wyjaśnił facet.

 

Wieczorami, mniej lub bardziej przed dziesiątą, trafiali do knajpy zanurzonej w budynku przypominającym tunel wbity w skałę. Albo bunkier, jak publiczna toaleta w parku, kształ miały właściwie identyczny, tylko knajpa była większa. Barmanka uśmiechała się tam wesoło. Hamburgery miały tak wiele dodatków, że niemal ginął w nich smak wołowiny, ale wciąż były smaczne. Można tam było zamawiać lokalne piwo w butelkach oznaczonych kolorowymi etykietkami przedstawiającymi stwory z baśni dla dorosłych. A jeśli ktoś, jak Ten od teledysku, odczuwał zmęczenie piwem, mógł zamówić gorącą czekoladę z rumem (ale tylko białym) bądź wino.

 

Do wina wracali w nocy. Rżnęli przy nim w remika, aż karty zaczynały im się sypać z dłoni, do których także w końcu docierał sen.

 

Wszystko to trwało trzy dni i dwie noce i skończyło się jak zwykle zbyt szybko, choć równocześnie wydawało się, że czas prawie nie płynął.

23:26, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 września 2018

Jedne dni przychodzą zbyt szybko, inne zbyt szybko mijają.
Fajnie byłoby znaleźć ten trwający w sam raz.

18:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2018

Wszyscy trzej patrzyli na tę samą dziewczynę. No, może Rudy i Pieszczoch tylko zerkali, bo by patrzyć otwarcie musieliby jednak obracać głowy, tylko Ten od teledysku miał dziewczynę na wprost. Ale i on unikał wgapiania się w nią, choć przecież wyglądała jak stworzona przez jakiegoś magika zdolnego tchnąć życie w posąg przedstawiający kobietę idealnie piękną.

Zresztą, nawet Ten od teledysku też zerkał na boki. W lewo, gdzie pełna uroku brunetka o lekko kręconych włosach uroczo uwodziła jakiegoś typa, którego łatwo było znienawidzić tyko za to, że siedział z nią przy jednym stoliku. Mogła być mniej więcej w wieku chłopaków, albo ciut młodsza od nich, obrączka lśniła zarówno na jej palcu jak i na palcu jej towarzysza. Na prawo Ten od teledysku zerkał zaś, bo tam siedziała elegancka blondynka, młoda i tak samo zagubiona w spisanej wyłącznie po włosku karcie, jak oni trzej. Rozmawiała po angielsku z facetem starszym od niej, smukła i pogodna. Należała do tych kobiet, które nazwiecie "eleganckimi" nawet gdy wynurzą się z bagna odziane jedynie w wodorosty i podgniłą skórę byka albo mamuta. Niektórzy ludzie tak mają. A niektórzy są jak Ten od teledysku, na którym wszystko staje się wymięte i dziwnie niedopasowane w ułamek sekundy po założeniu.

Innego wieczora siedzieli przy najgwarniejszym placu w mieście, dziwiąc się wyświetlanemu pod ścianą średniowiecznej kamienicy filmowi po polsku. Biały ekran kołysał się na wietrze od morza na podobieństwo dostojnego sztandaru bądź zmęczonego żagla. Na nim zgrabna blondynka przeżywała romans z ludźmi-krabami. Siedzący naprzeciwko Tego od teledysku Pieszczoch gapił się na kobiety za plecami Tota i Rudego. Nie wiem na co gapił się Rudy, ale Ten od teledysku nie potrafił oderwać wzroku od brunetki o miękkich choć niezbyt subtelnych rysach twarzy, szerokich biodrach i mocnych udach. Tym razem nie zapanował nad sobą i chyba zagapił się na nią na tyle wytrwale, by to dostrzegła i odpowiedziała serią własnych spojrzeń. Jej granatowa sukienka odsłaniała i obiecywała nie mniej niż oczy. A one wydawały się obiecywać wiele.

Albo szli tą kamienną ulicą, a zgrabna nieduża kobieta w białej bluzce i ciemnej prostej spódnicy do połowy ud kierowała się ku tym samym schodom prowadzącym ku kolejnej kamiennej alei w cieniu katedry skrywającej zwłoki świętego oraz polskiej królowej. Albo nie potrafili oderwać wzroku od tej brunetki w długiej letniej sukni, biało różowej, jakby szykowanej na ślub. Słomkowy kapelusz zacieniał twarz. Na lewo od niej ulica (oczywiście kamienna) opadała łagodnie ku schodom wiodącym w głąb labiryntu, na prawo studnia starsza niż pamięć szemrzała strumykami.

Albo Rudy zawołał nagle: "Patrz jakie piękne!". I rzeczywiście, nad schodami prowadzącymi do kościoła z dwunastego chyba wieku, w cieniu jego bramy, pochylały się dwie dziewczyny w kusych białych koszulkach kontrastujących ślicznie z mosiądzem ich ciał. Albo trudno było nie spojrzeć na tę brunetkę w koronkowej czarnej sukience nad kolana siedzącą na schodach innego, barokowego, kościoła w towarzystwie odpowiednio białego psa. Inny pies towarzyszył innej brunetce, gdy ostatniego wieczora przysiedli w knajpce by doczekać w niej otwarcia ich ulubionej pizzerii podczas tego wyjazdu. "Ależ ona jest zachwycająca!" - wzruszał się Pieszczoch, a Rudy przytakiwał mu. Ten od teledysku milczał, nie dostrzegł tej urody tak poruszającej jego przyjaciół. Może dlatego, że jemu nie wywietrzała jeszcze z głowy granatowa sukienka.

I tak właśnie wędrowali sobie przez Włochy.

10:07, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 sierpnia 2018

No więc wydaje ci się, że jesteś kimś lepszym, stworzonym do lepszego życia, albo przynajmniej tego jednego cudu, który Ci się należy i być może odmieni twoje życie na lepsze albo przynajmniej uszczęśliwi cię na jakiś czas. Być może było tak od początku. Już ssąc cycek matki uważałeś się za fuksiarza, który dorwał się do najlepszego cyca we wszechświecie. I co tu kryć, mogłeś mieć rację w tym względzie. Później najbardziej kochałeś najpluszowszego misia jaki tylko mógł istnieć. I wiedziałeś, że czeka na ciebie najcudniejsza dziewczyna. I praca. I samochód. I dom. I widok za oknem.

 

Masz wiele racji, musisz mieć. Inaczej zwariowałbyś wykonując pracę daleką od marzeń o wiecznej satysfakcji, odnajdując piękno w krzywiźnie podbródka kobiety, przy której wcale nie planowałeś się budzić, a także spokój w krzywiźnie własnego brzucha. Już nie jesteś dzieckiem ani nawet młodzieniaszkiem. Lat przybywa ci jak kilogramów. Oczy masz bardziej przekrwawione niż ciekawskie. I już trudniej ci się uśmiechać ot tak.

 

Ale kiedy mijasz na ulicy, w tramwaju, w sklepie tę piękną dziewczynę znów, choćby tylko przez chwilkę, myślisz, że to wszystko dla ciebie, że możesz wszystko i jesteś lepszy od całej reszty świata w imię cudu albo praw wszechświata.

 

Choćby tylko przez chwilę. Inaczej byś oszalał.

17:29, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2018

Rudy znów nie ma roboty i pieniędzy na te wakacje, które zaczną się za dwa tygodnie. Pieszczoch znów nie poukładał sobie związków z kolejną dziewczyną. Ojcu, no cóż. Wszystko wygląda nieźle, ale Ten od teledysku słyszał nie taki dziwny smutek w jego zrezygnowanym głosie, gdy siedzieli bezalkoholowo zastanawiając się, czy urwą się jeszcze wspólnie do jakiegoś miasta na B. 

 

Ten od teledysku z kolei... Cóż, pije jeszcze jedno piwo, ogląda jeszcze jeden film i jeszcze jedną książkę albo czyta albo pisze. Trochę by mu pomogło, gdyby tamtym zaczęło się układać. Świat bywa powiązany nie tylko liniami wspólnych narzekań, które pomagają nam zbliżać się do siebie nawzajem, ale też liniami wzajemnych powodzeń, gdy poklepujemy się po klepach z zadowoleniem a nie tylko pocieszeniami.

I przy tych wszystkich burzach, tornadach i ogólnym przegrzaniu świata naprawdę przydałaby się taka zmiana. Przecież Tot i Rudy nie mogą bez końca zachlewać się winem, by wspomagać odwracanie wzroku.

22:31, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lipca 2018

Zamierzałem napisać, że podróże są fajne. Zwłaszcza, kiedy Ten od teledysku potrzebuje kilkuset kilometrów by powrócić z konwentowego karnawału do powszedniości. Podróż, tych kilka godzin spędzonych na przykład w pociągu, pośród nieznanych i doskonale obojętnych sobie nawzajem ludzi staje się rytuałem przejścia. Wszystkie wykonywane w jej trakcie czynności i gesty są podobne. Konduktor najpierw sprawdzający bilety, a potem pytający, czy ktoś się nie dosiadł, przemieniają się w szamanów. Głos kierownika pociągu odmierza czas nazwami stacji a czas ten płynie wstecz, przybliżając nas do chwili, w której uciekliśmy. Podróż oswaja nas z rzeczywistością. Jeśli, jak Ten od Teledysku, zamkniemy oczy, to zapadniemy w półdrzemkę i wszystko stanie się jeszcze mniej realne.

Podróże sprawiają, że powrót w ogóle staje się możliwy, że jesteśmy w stanie znieść świadomość, że powszedni świat istnieje a my mamy w nim swoje miejsce.

I choć to wszystko prawda, kiedy Ten od teledysku obudził się w poniedziałek, dopadła go myśl o konieczności odpisania na smutny list. Napisania kilku pism. Być może przyjęcia nadspodziewanych zadań. Konieczności rozmów z ludźmi, którzy są mu najczęściej równie obojętni jak ci z pociągu, ale równocześnie nie zgadzają się na tę obojętność.

Wstawał ze świadomością, że jeszcze dobę wcześniej włóczył się po nocnym mieście odkrywając miejsca, w których ludzie śpiewali tłumnie pieśni Rubika, odkrywając nocne pierogarnie oraz pizzerie bez pizzy. Wcześniej uczestniczył w dyskusjach na tematy, o których na co dzień nikt nawet nie myśli, a które są niczym łyk wody z krystalicznie czystego źródła bijącego na środku pustyni. Bił się na poduszki. Tak jest, bił się na poduszki, do diabła, rozmawiał o założeniach okładki książki siedząc w restauracji pysznie udającej Nowy Orlean, śmiał się z osobami, które dopiero co poznał, a potem szczerze bił brawo tym, którzy w tym roku znowu go pokonali.

Teraz wysiadł z tramwaju, z całych sił trzymając się wspomnienia o bitwie na poduszki. Każdy krok przybliżał go do paszczy żyjącego miliard lat potwora, który miał zaraz zeżreć go, przemielić i poddać niekończącemu się trawieniu, co gorsza nawet tego nie zauważając. Ten od teledysku znów miał się stać jednym z wielu ludzi bez smaku. Podróż niewiele ułatwiła, opuszczenie karnawału znów stało się cięższe. Jak za każdym razem.

07:50, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lipca 2018

Znowu pada.

 

Facet, którego Ten od teledysku nie widział już parę lat, który zdążył przez całą tę swoją nieobecność dostać wylewu i rozstać się z kobietą, z tych, co to od całego życia przez całe życie i na całe też, stał pod stritfudową budką zajadając cośtam z krewetkami (Totuń wydaje się Totowi miastem pełnym krewetek, co chwila tu na nie wpada) w towarzystwie dziewczyny chyba nieistotnej, bo nikt jej nikomu nie przedstawił. Zajadała bułę z czymś. Ciemny sok ściekał jej między palcami. Za jej plecami groźnie puszczyły się przestrzenie uniwersytetu zaplanowanego i zbudowanego tak, by studenci musieli się nieźle nachodzić między jedną pustką a drugą. Niebo było szare jak dawno nie czyszczony beton, jakaś kaczka wylądowała na tafli podkreśającego pustkę prostokąta, którego ponury spokój burzyła tylko wbita w staw tabliczka napominająca, by pamiętać o zakazie  karmienia ptaków. Kilkanaście osób trochę snuło pomiędzy ty wszystkim, ale jakby nikogo nie było.

 

Ten od teledysku przeszedł pod ironicznie chyba postmodernistycznym dachem ukrywającym niewiarygodnie długą alejkę, wymienił parę słów ze znajomym oznajmiającym mu, że widział jego nazwisko w jakimś wydarzeniu w październiku. Totowi wydawało się, że pierwszy raz o nim słyszał, ale po chwili skojarzył kilka faktów i umów. Ach, to to. Znajomy napuszał się nowo nabytym znaczeniem i dziwił się, że Tot nie zna jego sukcesu. "Jakoś zniknąłeś mi z oczu odkąd wyjechałeś do stolicy" - uchylił się Tot i został nagrodzony wielobarwną wizytówką.

 

Uciekł.

 

Przez przypadek trafił do właściwego budynku. Wpadli tam na siebie ze znajomą, Sową. Ucieszyli się na swój widok i zaprowadzili się nawzajem do sali, w której czworo ludzi trochę znikąd, jeśli nie siedzi się w blogach, rozmawiało o znaczeniu opowiadań. Kryśka był trochę nieobecny, choć skupiony, Czerwona wszystko mówiła zaangażowanie i seksownie a Górnik popadał w dywagacje żartując hermetycznie. Nieznany Totowi facet wydawał się wypowiadać najsensowniej, choć odpowiadał na pytania, które chyba tylko on słyszał.

Potem panelistą został Tot. Na początek nie poznał dziewczyny, którą już znał, a potem dziwił się światu przez półtorej godziny. Starał się wypowiadać jak zwykle, wyobcowany wśród trzech młodych dziewczyn, dwóch o silnych przekonaniach obcych mu bardziej niż filozofie przedwiecznych i szykujących się do zdobycia władzy oraz jednej zagubionej, zastępującej tu lepiej przygotowaną koleżankę. Ta, którą jednak znał, traktowała go protekcjonalnie. Czuł, że powinno go to zagniewać, ale nie znalazł w sobie chęci na gniew. Zastąpiło go rozbawienie. Zbliżała się 22, wilgoć gęstniała w budynku i na zewnątrz, Tot myślał, że chciałby już robić coś innego.

 

Trafił na rynek, zawieziony tam przez taksowkarza tłumaczącego się, że niewiele umie, ponieważ jeździ od lutego. Jak zwykle zapytany którędy jechać Tot udawał tubylca, by uniknąć naciągnięcia. Potem wpadł w ramiona Japonki, która wyskoczyła na zewnątrz nie bacząc, że deszcz znów szykował się by padać. "Nie znoszę tego babska" - wyznała. - "Ma cycki większe iż ego... To znaczy ego większe niż cycki". Tot wysłuchał żalów na temat dziewczyny, której nie kojarzył, po czym zamowił biały Bytów przy barze okupowanym przez dwóch facetów i młodszą od nich blondynkę o pociągająco głębokim dekolcie. W trójkę wystawiali jednoaktówkę o kobiecie siedzącej w innym jakimś wszechświecie niż kolesie rozmawiający o pracy. Oni byli rozgrzani dyskusją, ona w sposób znamionujący znaczne doświadczenie nienarzucająco się znudzona. Z trudem odrywając od niej wzrok Tot wspiął się po stromych ciasnych schodach. Jakby cofał się w czasie. Dokładnie tak samo wyglądało to w ubiegłym roku. Wiedział więc co zastanie w niewielkim i trochę dusznym pomieszczeniu. Natychmiast rozpoznał ową wredną dziewczynę z opowieści Japonki. Brunetka o seksownej twarzy i monstrualnym biuście w wiecznym przypływie napierającym kruche brzegi gorsetu siedziała w tym samym mmiejscu co poprzednio, tak samo strofując jednego z dwóch swoich facetów, w cieniu miny: "och, jak już chcę iść gdzieś, gdzie będę bohaterką spotkania."

Potem piwo, jakaś wódka, wymówienie się od dalszego imprezowania i poczucie zagubienia na pustym rynku. Googlemaps, dziwne obce uliczki, hotel. Tot usiadł na łóżku i odkrył, że alkohol właśnie w tym momencie przebiłsię do jego głowy, by uczynić mózg trochę cięższym. Na telefonie mrugały jakieś przyzwania. Jedno z Kalifornii, drugie z Francji, trzecie z Chin, czwarte z Bydgoszczy. Wdał się z nimi w jakieś rozmowy. Za oknem darły się radośnie dziewczyny siedzące w ogródku, do ktorego nawet chciał wyskoczyć na jeszcze jedno piwo, zanim zdał sobie sprawę, że już wystarczy mu alkoholowych atrakcji na tę noc.

I tyle. Pierwszy dzień Polconu. Zaraz trzeba będzie się zebrać na drugi. Choć znowu pada.

09:08, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23