RSS
niedziela, 03 lutego 2019

Z tym wyjazdem od początku wszystko było nie tak. Od kolesia, który zgłosił się na zapytanie ofertowe i zniknął gdy dowiedział się, że wygrał, przez kolesia, który przyszedł do Tego od teledysku oświadczając: "będę twoim bucem", przez inne wpadki i wypadki. Działo się dużo, ale za mało, za szybko ale i za wolno. W efekcie, przez jakieś dwa tygodnie Ten od teledysku budził się z myślą" ciekawe, co dziś się spieprzy.

 

A potem polecieli.

 

Nie, właściwie nie. Spotkali się na lotnisku, wszystkie dwadzieścia osób. Ale nie polecieli, bo padał deszcz ze śniegiem i pilot ich samolotu uznał, że woli wylądować w Warszawie niż w Krakowie. Siedzieli więc, czekali na informacje, wreszczie Tot poszedł do niezbyt pewnie wesołego kolesia od udzielania odpowiedzi, by dowiedzieć się, że owszem, mają pecha, bo samolot złapał dwie i pół godziny opóźnienia, ale mają też szczęście, bo ten, na którym mieli wsiąść w  Frankfucie też ma opóźnienie, więc na niego zdążą. Odebrali dwadzieścia kuponów na kanapki za trzydzieści złotych i trochę się uspokoili.

 

NIestety, koleś od odpowiedzi mylił się. Ten od teledysku zagaił w samolocie (gdy już wsiedli) stewardessę i dowiedział się od niej, że niestety, ale już ich przebukowano nanastępny lot, o 21:40. Cóż, pierwotnie mieli być w Weronie około szesnastej, potem o osiemnastej... Tot wydzwaniał więc do hotelu przesuwając godziny transferu i kolacji. W Frankfurcie z takim jednym Jedi zwiedził pół lotniska usiłując znaleźć kogoś, kto wyda mu kolejne karty pokładanowe i kupony na żarcie, co nie szło wybitnie, jako że Lufthasa akurat strajkowała i nikt nie siedział w żadnym ze stu punktów obsługi. Na szczęście znalazł się ktoś w sto pierwszym albo drugim. Na drugie szczęście obaj mieli paszporty nie bacząc na luksusy obbywateli UE. Dzięki temu nie stali w iluśtam kolejkach, ale przekraczali większość barier przytykając stronę z kodami i zdjęciami do elektronicznych czytników. Uniknęli też przetrzepania po przejściu na stronę po kontroli. co wzbudziło wesołość Jedi, który prędko wyliczył ile i jakiej broni mógłby przemycić.

 

A potem polecieli. Wylądowali na pół godziny przed wtorkiem. Trzeba było odnaleźć kierowcą busa, któremu zdawało się, że może zaparkować kilometr od lotniska i nikomu nie zrobi to różnicy i który nie znał ani angielskiego ani sposobu otwierania własnych bagażników. W hotelu recepcjonista wyglądający jak murzyński komik z tak osiemdziesiątych (wtedy zdaje się nikt nie używał zwrotu: "afroamerykanie") oznajmił pytającym go o możliwość pozamieniania się pokojami, że nie ma głowy do takich pierdół. "Rzecz w tym" - próbował mu wytłumaczyć Tot - "Że ja mam w pokoju trzy łóżka, a ta para, która ma każde po jednym wokałaby mieszkać razem". Recepcjonista spojrzał na niego z niejakim politowaniem i oznajmił, że "jemu wszystko jedno co ludzie robią ze sobą nawzajem w pokojach".



Zjedli trzydaniową (a nawet cztero, jeśli liczyć deser) kolację, położyli się spać. W okolicach świtu Ten od teledysku wyskoczył kupić wszystkim bilety, czym wzbudził wesołość sprzedawczyni, bo po pierwsze nie miała dwudziestu całodniowych biletów, a po drugie nie miała zwyczaju wystawiać faktur czy rachunków (to trochę Tota zdziwiło, ale faktycznie nie wypatrzył kasy fiskalnej, może była zepsuta). Śniadanie okazało się zacne. Pojechali na zajęcia, tam Masseo był jaz zwykle miły acz zasadniczy, a Sylwia śliczna i sympatyczna. Żołnierz ("będę Twoim bucem") i jego kumpel najlepszy, Salomon, natychmiast przystąpili do szturmu  używając słowa: "bella" zamiast przecinka. Ten od teledysku przypomniał Rudemu, Światłej, Jurcie i Biegaczce, że powinni uważać na Żołnierza. Nie zdziiwił się zupełnie, gdy przyobiecali, że tak właśnie zrobią, by jakieś dwie godziny później zapomnieć o napomnieniu. Tot nadal zastanawia się, czy będą z tego problemy. Obstawia, że tak.

 

Zadzwonił do Joanny Prasowej, by obgadać szczegóły następnego tygodnia, a ta opowiedziała mu wzruszającą historię o Żołnierzu, który przyszedł do niej z prawnikiem (!!!!), ale zrozumiał swój błąd, spokorniał i zdaniem Joanny przyjdzie do Tota porozmawiać i przeprosić. I faktycznie, w przerwie kanapkowej Żołnierz przyszedł, zagadał i przypieprzyl się, że nie wiedział, iż trzeba było przygotować coś na swój temat. "Przecież to było powiedziane na pierwszych zajęciach" - powiedział stojący obok Jedi. Żołnierz, co świadzy dobrze o zawziętości i uporze armii, udał, że nie słyszy i zadałswoje pytanie jeszcze ze trzy razy, nim w końsu odszedł usatysfakcjonowany albo i nie.

 

I tak to szło. Od dnia do dnia. Od pożaru do pożaru, do wtopy do wtopy. Zatrzaśnięcie się w kiblu i wspinanie po dwu i pół metrowej ścianie by się wydostać, nachlanie uczestników, wieczne pomyłki hotelu przekazywane przez niewiarygodnie prześliczną i uroczą recepcjonistkę. Jurta beztrosko oznajmująca przy winie startupowcom, że ma ich kumpli z NGOsów za debili (Tot omal nie zszedł przy tym na zawał), ulewnny deszcz w zaplanowaym dniu zwiedzania Werony, Rudy i Światła, którzy mieli nie afiszować  się specjalnie z tym, że są ze sobą i znają Tota, nagle oznajmujący, że tworzą jeden projekt i opowiadający wszystkim naokoło, że znają Tota od lat. Ludzie, którzy się gubią, albo mają wszystko w dupie. Ludzie, którzy urządzają imprezę do białego rana właśnie tego dnia, w którym zaplanowano wyjazd o siódmej rano.

 

Ale też prześliczne dziewczyny. Piękne kościoły rodem ze średniowiecza, zanurzone po trosze w antyku, po trosze w Bizancjum. Miny Żołnierza i Salomona, gdy rzucili się zrobić misia z Sylwią na pożegnanie a ta przytuliła się i pocałowała w policzek tylko Tota.

 

Potem wreszcie lądowanie w Krakowie i nareszcie dom. "Będę spał aż do ósmej" - odgrażał się Ten od teledysku. Spał do dziesiątej. I dobrze się stało, że tak spał, albo niedobrze się stało, albo zwyczajnie się stało. Bo kiedy wracał z drugich zakupów nagle zobaczył Wiewiórkę. "Hej!" - zawołał orientując się, że ona go przegapia. - "Dzień dobry pani!".
- O rany - ucieszyła się. - Przepraszam, jestem trochę zaganiana...

 

Porozmawiali o wbijaniu sobie noża w brzuch, o tym, że przecież przyjdzie wiosna. Ona mówiła, że były mąż nie dorzuca jej ostatnio radości do życia, że trapią ją jakieś problemy sercowwe. Żadne nie wspominało, że kiedyś byli razem, bo to działo się chyba ze trzydzieści lat temu. Dotyczyło więc jakichś innych ludzi z innych, zamierzchłych czasów. Zmieniło się w ich prywatne legendy.

 

- Niedawno skończyłam czterdzieści sześć lat - powiedziała. - A akcje sercowe są takie same jak zawsze. 

 

Spróbował pocieszyć ją po kretyńsku, mówiąc, że właśnie wrócił z Włoch, które okazały się przedpieklem, więc czasem to, co wygląda dobrze jest takie se, a coś co wcale nie brzmi najlepiej wychodzi całkiem fajnie. W odpowiedzi usłyszał, że ona nigdzie nie wyjeżdżała, nie licząc jednego razu i Kassel. 

 

Co mogło być aluzją do paru nocy przypominających szamotaninę nastoletnich pieszczot ich dwojga, albo i nie. Tot uznał, że nie. I uciekł w bezpieczne zaproszenie.

 

- Gdybyś chciała, to upchnij komuś dzieci i wyskocz na wakacje ze mną i Rudym. Spokonie znajdzie się miejsce w samochodzie. W tym roku planujemy przejazd przez Rumunię, Serbię, Macedonię i Bułgarię do Grecji. Sporo zwiedzania (przypomniał sobie jak kilka dni wcześniej Światła wzywała ich z Rudym na pomoc, bo odkryła, że Jurta i Biegaczka "zwiedzaniem" nazywają bieganie od sklepu do sklepu), tydzień moczenia się ciepłym morzu.

 

Przez chwilę miał nadzieję, że nie odmówi i w myślach bawił się reakcją Rudego. Jeszcze wtedy nie przypomniał sobie jej gorących piersi i pośladków zdających się wołać o pieszczoty. Nie wspominał czasów, gdy była właśnie tą blondynką jego życia, figlarną i zadziorną, ale stał naprzeciw brunetki, wciąż atrakcyjnej, choć zmęczonej. Potem się przestraszył, że się zgodzi, a on nie będzie potrafił unieść tego, co mógłby przynieść taki wyjazd.

 

Dopiero później, po pożegnaniu, uświadomil sobie, to, czego starał się nie uświadamiać sobie podczas rozmowy. Że gdyby zachował  się jak powienien i został.... No właśnie. Czy nie mogłoby się stać zbyt wiele? Ona w kłopotach postmałżeńskich (z dziesięć lat po rozwodzie, to chyba rodzaj przywiązania - szarpać się po tylu latach, gdy większość dzieci jest już dorosła), z być może złamanym sercem, on nagle spotkany po latach.



- Muszę lecieć - powiedziała. - Poczekam na zielone światło i może trochę popłaczę.

Wiedział, co powienien był powiedzieć i zrobić w tej chwili i właśnie dlatego znalazł zupełnie inne słowa.

- Ja już trochę popłakuję - mrugnął do niej.

- Naprawdę?

- No przecież widzisz, że ciekną mi łzy z oczu.

- ...?...

- To od zimnego wiatru - mrugnął do niej.

- Rzeczywiście! Pamiętam!

Poobejmowali się, poprzytulali na pożegnanie.

 

Ot, tydzień. Wiecie co? To wszystko wcale nie rozpłynie się jak łzy w deszczu. Nie, póki Ten od teledysku i wszyscy inni, tu opisani, zachowają choć trochę wspomnień. Żołnierz zawsze będzie bucem dla Tota a Tot być może dla Żołnierza. Wtopy Jurty też przetrwają w pamięci Tota, podobnie jak rozmowa z Wiewiórką przypominającą o dedykacji w książce, którą Tot podarował jej dawno,dawno temu. Wkurwienia i uniesienia pozostaną, póki sami nie znikniemy. A gdy do tego dojdzie, cóż będą nas obchodzić cudze pamięci i niepamięci?

00:47, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2019

Budzi się, chyba w nocy, bo za oknem ciemno. Wprawdzie teraz za oknem ciemno jest prawie przez cały czas (jak nie zmrok, to smog), ale kładł się spać w nocy, więc to powinna być noc. Sprawdza godzinę na telefonie (zegarki się go nie trzymają, ostatni, twardy dla twardzieli, rozwalił piętnaście minut po rozpakowaniu). Ach, ledwie kilka minut po trzeciej.

Czuje się rześki. Przez głowę galopuje mu lista rzeczy do zrobienia w pracy. Przewraca się na drugi bok powtarzając litanię: "nie myśl o pracy, nie myśl o pracy, jest noc, czas na sen". Odpędza więc myśli o pracy myśląc o kobietach. Zasypia i budzi się w nocy, chyba w nocy, bo za oknem ciemno. Sprawdza godzinę na telefonie. Czwarta czterdzieści osiem. Czuje się rześko a mózg przypomina mu co ma do zrobienia dziś w pracy. Przewraca się na drugi bok mamrocząc w myślach: "nie myśl o pracy...".

O szóstej, gdy ciągle jest ciemno, bo noc przemieszała się ze smogiem, budzik (w telefonie) wyrywa go za jaja z najtwardszego snu. Nie budzi się rześki. Właściwie nie całkiem się budzi. Sprawdza godzinę. Klnie. Postanawia skorzystać z marginesu trzydziestu minut, które sobie zostawia (nie będzie porannych ćwiczeń, prysznic się skróci, śniadanie pożre w biegu i do roboty pojedzie tramwajem, ale będzie można zyskać te pół godziny drzemki na przebudzenie). Przymykając oczy nie myśli o pracy. Gdy je otwiera jest prawie siódma. Klnie. Zrywa się z łóżka, rezygnuje ze śniadania, nie tyle bierze prysznic co polewa się wodą przez kilkanaście sekund. Przecierając zbyt długie już włosy ręcznikiem prasuje równocześnie stawiającą opór koszulę.

Jak zwykle przy naciąganiu skarpetek dopada go dzień. Przez kilka sekund patrzy przed siebie.

Do tramwaju wpada w ostatniej chwili.

12:08, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 stycznia 2019

Tydzień stresu, serie butelek wina, potem nagle sms od Ojcu i piwo. Jak zwykle zaplanowane jako grzeczne, skończyło się zmęczoną niedzielą.Ten od teledysku nagle zorientował się, że podobnie jak całkiem sporo innych śmiertelników odlicza czas do weekendu i piątkowe popołudnie traktuje jak haust powietrza zasysany w płuca po zbyt długim zanurzeniu. A każdy poniedziałek i tak zaczyna się w sobotę.

Co nie zmienia faktu, że kiedy nie zasuwa w robocie, czuje się dziwnie z tymi wszystkimi nadliczbowymi minutami. Być może doganiają go lata i trochę mu dziwnie z samym sobą. Na najbliższe tygodnie patrzy jak na zapowiedź kolejnych szczebli stresu i wyzwań, przez które będzie musiał się przeczołgać. Z drugiej zaś strony ma to swoje drugie zajęcie, w którym czuje się dobry, ale, któremu poświęcić się nie może w pełni. Jeszcze nie znalazł na to sposobu. I zaczyna wątpić, czy znajdzie. Nie pomaga, że utalentowany kolega z tej samej branży właśnie ogłosił odejście, bo uznał, że na tym rynku nic się nie da zrobić. A facet zdobywał nagrody i nawet wydawało się, że znalazł właściwą firmę.

Kłopot w tym, że jeśli nie robisz tego, co cię cieszy, więdniesz.

21:17, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2018

To był jeden z tych wieczorów, podczas których Ten od teledysku powinien był zaliczyć dwie przedświąteczne imprezy. Mózg wciąż miał ociężały po spotkaniu z poprzedniego dnia. Przysiadł wtedy na imprezie służbowej. Powiedział tam, co miał powiedzieć, wypił kraftowe piwo, a potem odkrył, że gospodarze przynieśli jeszcze pięć wielkich butelek wina. Dzięki temu poznał kilka tajemnic, bo ludziom rozwiązują się języki po piciu wielkich butelkach wina. Ale zmęczył się przy tej wywiadowczej pracy.

 

Jakiś czas temu odkrył ze zdziwieniem, że znajomi uważają, iż ma silną głowę. Nie podziela tego zdania. Pamięta zbyt wiele rozgadanych wieczorów i cztery przykre sytuacje, gdy stres wyszedł z niego w alkoholowym uniesieniu. Może to właśnie z ich powodu stara się trzymać na wodzy bez względu na przelewające się przez jego umęczony organizm litry. Wciąż mu wstyd.

 

Tego wieczoru przysiadł w knajpie, w której sam zwykle nie przysiada (choćby dlatego, że kiedyś była to ulubiona knajpa ludzi z jego firmy, a dziś jest ona ulubioną jego szefa), czekając na znajomego, któremu zbyt często odmawiał. Znajomy spóźniał się, toteż Tot zerkając na zegarek (licząca coś ponad pięćdziesiąt lat Rakieta odnaleziona w małym sklepiku zegarmistrza w Skopje, zwykle odpoczywająca od obowiązków, tym razem zabrana, bo wszystkie inne zegarki Tota się rozpadły, łącznie z tym najnowszym rozwalonym po jakimś kwadransie od zakupu - Ten od teledysku i zegarki to temat na osobną opowieść) sączył niecierpliwie piwo przy barze. Spoglądał czasem na dwa wolne, bo zarezerwowane, stoliki. Nie wiedział jednak, czy to jego znajomy je zajął.

 

Wreszcie się spotkali. Półgodzinny poślizg sprawił, że Tot uznał, że nie znajdzie czasu by udać się na imprezę numer dwa. A wszystko to za sprawą Pieszczocha, który oznajmił o poranku, że przybył i chciałby wyskoczyć na piwo. Ten od teledysku dołączył do niego i Ojcu później niż planował, a wszystko to za sprawą buńczucznej blondynki o lisiej twarzy, która przyszła do ulubionej knajpy jego szefa wraz ze spóźnionym znajomym.

 

- Jak tam sprawy osobiste? - zagaił Pieszczoch znów chętnie poruszający te tematy, bo ponownie w związku z dziewczyną, z którą chyba idzie mu niezgorzej, bo nie opowiadał o niej prawie wcale. Pieszczoch należy do mężczyzn, których kobiety znajomi poznają albo gdy się z nimi rozstaje, albo kryzysuje. Jeśli milczy, to znaczy, że jest dobrze.

- Nie mam spraw osobistych - odparł Ten od teledysku. - Z jednej pracy przechodzę do drugiej, prawdziwie wolnych weekendów mam w roku może z dziesięć. Ale - dodał, żeby Pieszczoch nie wszedł w tryb porad - poznałem dziś jedną fajną pannę. Zaprosiła mnie na urodziny, zobaczymy co będzie.

- Super! - ucieszył się Pieszczoch i szybko przełączył w tryb porad mających uchronić Tego od teledysku przed zrobieniem tego, co zwykle, czyli zakończeniem związku nim na dobre się rozpocznie.

Na szczęście wtedy właśnie wrócił Ojcu i mogli pogadać o tym, co zwykle. Potem posnuli się po Kazimierzu, aż około drugiej w nocy trafili na Rynek Podgórski, na którym zachwycali się białymi kroplami świateł spływających z drzew, monumentalnym świecącym aniołem i szopką z kosmonautą stojącym na powierzchni Księżyca z Ziemią w tle. Te zachwyty doprowadziły ich aż do trzeciej w nocy, kiedy wezwali taksówki.

Wracając przez jeszcze ciemne podwórko Ten od teledysku liczył piwa. Zaledwie pięć. Dawno nie wracał ze spotkania z chłopakami tak późno a równocześnie trzeźwo. A jednak wiedział, że za pięć godzin zerwie się z łóżka pomięty i skonany, by rzucić się w szał przedświątecznych zakupów.

 

I tak właśnie się stało.

 

08:20, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 grudnia 2018

Tym razem Święta rozpoczęły się w innym czasie i innym miejscu, pośród obcych ludzi.Ten od teledysku zamieszkał z dwoma dziewczynami z pracy w przypadkowym domu, w mieszkaniu z trzeba sypialniami na parterze. On wybrał tę od ulicy, nie otwierał więc okien, by nie spoglądać na przechodniów i nie dawać się im ujrzeć. Przepadali we trójkę na całe dni, by męczyć się na anglojęzycznych stratach czasu. Dziewczyna o imieniu Laura próbowała okręcić sobie Tota wokół palca a on pozwolił jej na to, bo było mu wszystko jedno. "Przybij piątkę zawołała na pożegnanie. Opuścił ją z ulgą.

Wszystko było nie tak przez te cztery dni. A ledwie wrócił do siebie, zadzwonił Grzybiarz, że siedzi w knajpie i że wlaściwie mogliby się spotkać nim znów przepadnie w Chinach na niewiadomo jak długo.

- Jak było we Lwowie? - zagaił Tot, gdy już się spotkali.

- Fajnie. Ale nie pasowaliśmy do siebie z tą panną. Była inteligentna i miła, ale to nie to.

Przenieśli się do Czeskiej, gdzie wszystko miało być szalenie spokojne i takim właśnie się wydawało, póki nie przyszedł właściciel. Chwilę później kelner oznajmił wszystkim, że właścicielowi urodziła się wnuczka i z tej okazji stawia wszystkim. Tak właśnie wieczór zaczął się zmieniać na mniej spokojny. Po piwie niespodziewanie pojawiła się wiśniówka "dla stałych klientów", potem kolejna. I jakoś tak poszło, że Tot obudził się na drugi dzień dopiero około dziesiątej. 

16:14, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2018

Niespodziewanie Króliczyca dotknęła dłoni Tego od teledysku, gdy stali po hotelem, pod którym znaleźli się w jakiś sposób, którego Tot nie zapamiętał. Odwrócił się ku Króliczycy, uśmiechnął do niej, a wtedy ona pocałowała go. Zaskoczony i niezaskoczony oddał pocałunek. Z początku delikatny choć równocześni zuchwały zakończył się wspólnym tańcem dwóch języków. A potem stali oboje bez słowa tylko uśmiechając się do siebie póki nie przyjechała taksówka.

 

Ten od teledysku pomógł zapakować do niej bagaż Króliczycy, otworzył przed nią drzwi.

 

- Zobaczysz! -obiecała uśmiechając się nim je za nią zamknął.

 

A potem odjechała i Ten od teledysku został sam pośród wielu ludzi oczekujących  na własne taksówki.

 

Żadna nie przyjechała.

 

Zirytowany sięgnął, po kilku a może kilkunastu minutach, po telefon by po jakąś zadzwonić. Wtedy przypomniał sobie, że nie zna adresu. "Podam nazwę hotelu" - postanowił. Odwrócił się, by ją sprawdzić i zamarł. Budynek za jego plecami nie był hotelem ale szpitalem.

 

Musiał się co do tego upewnić. Wszedł do środka. Szpital. Ale duży, jeden z tych, jakie posiadają własny bar. O tyle dziwny, że  sprzedawano w nim piwo. Kilkunastu mężczyzn cieszyło się tą niezwykłością przy długiej ladzie pod wielkim oknem z widokiem na pole, a może jakiś stadion. Unosiły się nad nim leniwie napęczniałe czerwone dwupłatowce. Poruszały się dziwnie ospale chętniej słuchając powiewów wiatru niż pilotów. Dopiero po chwili Ten od teledysku zorientował się, że to balony o kształtach samolotów.

 

- Te zawody są bardzo popularne w moim kraju - odezwał się ktoś z prawej. Kilka metrów i kilku mężczyzn od Tego od teledysku popijał piwo Japończyk. - Mamy najlepszych pilotów balonowych. Popatrzcie.

 

Jeden z samolotów obniżył lot nad wykopaną w ziemi jamą. Pilot wychylił się wystawiając hak, by chwycić nań ukrytą w jamie kukłę mężczyzny. Zaczął powoli unosić ją do góry.

 

- Mniej znana taktyka z czasów pierwszej wojny światowej - tłumaczył Japończyk. - Teraz już tylko sport. Zobaczycie, skubaniec będzie szukał w tłumie widzów kogoś z naszych, żeby w niego rzucić tę kukłę.

 

Zainteresowany tym sportem Ten od teledysku zbliżył się do Japończyka. Ten spojrzał na niego, uśmiechnął się życzliwie. Ale zaraz jego twarz wykrzywił niechętny wyraz.

 

- Zabierzcie go ode mnie! - zawołał cofając się. - On się ubiera jak nasi! Nie chcę oberwać kukłą!

 

Rzeczywiście, Ten od teledysku miał na sobie t-shirt z Mononoke. Skinął Japończykowi głową i oddalił się od niego. Znów wyszedł na zewnątrz. Zaczynało kropić a tłum daremnie oczekujących na taksówki gęstniał.

 

Ten od teledysku nie miał ochoty czekać z tymi ludźmi pod szpitalem. Odnalazł wzrokiem knajpkę w pobliżu. Ruszył ku niej.  Sprawdził nazwę ulicy na drogowskazie (na żadnym z budynków oczywiście ich nie było). "Focha" przeczytał i uśmiechnął się na myśl, że ktoś mógłby odczytać tę nazwę po polsku i zamówić taksówkę na ulicę spod znaku żachnięcia się i obrażenia. Wybrał numer, zamówił taksówkę na Fosza.

 

- To będzie trochę ponad dwieście złotych - poinformowała go miła pani.

 

- Jak to dwieście złotych? - zdumiał się. - Może jestem gdzieś na obrzeżach, ale Kraków nie jest taki wielki! Będziecie tu jechać przez Honolulu?

 

- Jest pan w Katowicach - poinformowała go miła pani.

 

- W takim razie rezygnuję - stęknął i rozłączył się.

 

W Katowicach! Niech to szlag! Czuł narastające zmęczenie. Sądził, że w ciągu piętnastu minut dotrze do domu, a tu masz. Pewnie z pół godziny minie nim dojedzie do dworca. Tam, na szczęście, autobusy do Krakowa odjeżdżają co piętnaście minut. Droga zajmie godzinę z kawałkiem, potem jeszcze z pół godziny na dotarcie do domu. Dwie godziny z haczykiem, może trzy.

 

No nic. Odnalazł w telefonie numery katowickich taksiarni. Zadzwonił. W połowie rozmowy telefon sam przerwał połączenie i oznajmił Temu od teledysku, że przekroczył on dozwoloną umową ilość rozmów. Tot długo wpatrywał się w świecący w deszczowym półmroku ekran. Coś takiego jeszcze mu się nie przydarzyło. No nic, na szczęście ma drugi telefon. Zadzwonił. Odebrała inna pani, taka o wesołym głosie.

 

- Dzień dobry - powiedział, ale przerwała mu.

- Chce pan zamówić taksówkę? -przerwała mu. - Czemu pan od razu nie mówi? Wie pan ile klienci zwlekają zanim zamówią?

- Nie powiedziałem, bo pani powiedziała to pierwsza. Tak, chciałbym zamówić taksówkę. Na ulicę Focha. Dzięwiętnaście.

- Nie strzelam focha!

- Przepraszam, Fosza. Marszałka Fosza dziewiętnaście.

- Pan tak specjalnie mnie zmyla, prawda? Nie chce pan taksówki, tylko chce pan ze mną poflirtować przez telefon.

- Ależ...

- Proszę się nie przejmować. Mnie się to ciągle zdarza. To przez ten głos. Podobno mam w nim coś uwodzicielskiego. Jak pan sądzi?

- Ma pani szalenie uwodzicielski głos - przyznał szczerze. - Brzmi równocześnie wesoło, zadziornie i ujmująco.

- No widzi pan! - roześmiała się. - Już pan ze mną flirtuje! Nie szkodzi. Ja też wolę porozmawiać z panem, niż się rozłączać. Bo pan też ma bardzo ładny głos.

 

W ten sposób Ten od teledysku po raz trzeci nie zamówił taksówki. Rozmawiając z miłą panią ruszył ku knajpie. Na roku dojrzała śnieżnobiały kubek po kawie na wynos wbity w błoto. Pochylił się nad nim wiedziony nagłym impulsem. Ujrzał, że kubek zmienił się w dom dla dużych i opasłych wielobarwnych gąsienic intensywnością kolorów przypominających pastelowe  kredki, jakimi rysowali wszyscy w dzieciństwie. Sięgnął dłonią ku gąsienicom, a wtedy jedna z nich wspięła się po krawędzi naczynia, by zasłonić sobą pozostałe. Dałby głowę, że zawarczała. Cofnął dłoń. I dobrze zrobił. Dzięki temu nie przebił pajęczyny. Pająk przebiegł nad kubkiem ciągnąc za sobą nić, jakby starał się budować dach dla gąsienic.

 

- Nie uwierzysz, co właśnie zobaczyłem - oznajmił Ten od teledysku miłej pani.

 

Knajpa była pełna ludzi, którzy także zrezygnowali z daremnego oczekiwania na taksówki. Pośród nich znajdował się też znajomy Japończyk. Syknął gniewnie na widok Tego od teledysku. Tot, nie przerywając rozmowy z miłą panią znalazł na wszelki wypadek stolik możliwie daleko od rozgniewanego Azjaty. Zamówił coś albo nie zamówił i rozmawiając z miłą panią, zaczął przyglądać się klientom knajpy. Wydali mu się szalenie barwną gromadą. Grali w rzutki i karty, kłócili się zawzięcie albo śpiewali. Choć większość z nich spotkała się po raz pierwszy, wyglądali jak banda stałych bywalców, weteranów setek piwnych spotkań. Pomyślał, że chciałby do nich przynależeć.

 

- Umilkłeś - poskarżyła się miła pani.

- Mam dość rozmowy przez telefon. Przyjedź do mnie. To taka szalona knajpa przy Fosza 19.

- Przy ulicy dziewiętnastu fochów, tak?

- Może być.

- Poczekaj. Przyjadę.

 

Rozłączyła się nim zdążył zapytać jak do licha poznają się nawzajem. Przypomniał sobie o swoim zmęczeniu i tęsknocie za domem. Zawahał się. A potem znów spojrzał na klientów,  wśród których właśnie ktoś wyglądający na rudowłosego wikinga opowiadał o jakiejś bójce. Słuchacze klaskali mu i wiwatowali.

 

"Nigdy nie wrócę do Krakowa" - uświadomił sobie. - "Będę tu siedział czekając na niespełnialne taksówki i dziewczyny. Pośród tych wszystkich kapitalnych kolesi. Może to rodzaj czyśćca, a może nawet i piekła. A może nieba".

 

Chyba jednak zamówił wcześniej piwa, bo napił się go. Uniósł kufel w pozdrowieniu ot tak. Paru klientów odpowiedziało mu. Wiking wrzeszczał, Japończyk zerkał podejrzliwie. Gdzieś tam kołysały się na wietrze czerwone dwupłatowce.

 

Mógł znaleźć gorsze miejsce.

 

Gdy obudził się chwilę albo może i godzinę potem, nie był pewien, czy tym przebudzeniem wybrał dobrze. Tylko przez chwilę nie dłuższą niż pierwsze poranne mrugnięcie. Ale jednak.

 

09:46, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2018

- Nie pamiętasz, że ze mną tańczyłeś rok temu - powiedziała Smutna, więc Ten od teledysku, który faktycznie tego nie pamiętał, spróbował jakoś uciec i od odpowiedzi, której szczerość byłaby przykra i od kłamstwa. Udało mu się, albo nie udało, ale zostali obok siebie, trochę sami choć naokoło było pełno ludzi. Spojrzał na jej usta i pomyślał, że to właściwie całkiem ładne usta. I zaraz uciekł od tej myśli i skojarzeń, jakie niosła. A jakiś czas potem przyszła Agi i oświadczyła, że czas już na nich. Co miało sens, bo nastała trzecia w nocy.

 

Miasto znów było puste i chłodne. Pożegnali się po krótkim spacerze i każde poszło do swojego hotelu. A na drugi dzień Smutnej już nie było. Tak samo, jak rok wcześniej, przypomniał sobie Ten od teledysku.

 

Byli za to inni ludzie. Maciekp uciekł od tematu reaktywowani CzF, więc coś chyba zaszło przez miesiąc, kiedy rozmawiali o tym ostatnio. Kasia z Rafałem oświadczyli, że chcą wziąć wszystkie trzy projekty Tota, które przysłał im do wyboru, wypił trochę piwa, pośmiał się. A jeszcze następnego dnia spędził sympatyczną godzinę z fajną polonistką, potem wsiadl do pociągu, który oczywiście się spóźnił i to spóźnił za bardzo, przez co Tot nie złapał atobusu, choć zostawił sobie przecież margines błędu. Tyle, że za mały. Tego dnia dwukrotnie zabrakło mu dwóch, trzech minut. Pomyślał, że powinien poczuć złość z tego powodu,ale nie poczuł. Poobnie, jak nie poczuł spodziewanej radości z tych wszystkich spotkań.

22:32, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2018

Czasem tak właśnie się zdarza. Ten od teledysku bywa w pracy, w miejscach publicznych albo w takich, w których mile widziana jest cisza. A ktoś przysyła mu materiał z dźwiękiem. Filmik, reklamówkę, teledysk. Ten od teledysku odpala go, czasem nieświadom, co zaraz nastąpi i ogląda te wszystkie ruchome obrazki jak oglądali podobne ludzie sto lat temu. Bezdźwięcznie. Tak do tego przywykł, że czasem nawet teledyski ogląda przez choćby i dwadzieścia sekund, albo i dłużej, jeśli obrazki okażą się fajne, albo po ekranie gania wyjątkowo ładna pani. Że nie ma to sensu? A co ma?

 

Weekend znów spędził w innym mieście, a nawet zupełnie innej jego części niż ta, którą poznała cała Polska. Bo w centrum naburmuszeni obrońcy tego, co było zawsze i dlatego powinno być jak zawsze starli się z tęczowymi. Zagrały armatki wodne, zahuczały granaty hukowe. Brat Tego od teledysku, który przyjechał razem z nim, ale w zupełnie innym celu, pojawił się w okolicy tych marszy i kontrmarszy. „Debile” – skomentował, choć bliżej mu na prawo niż na lewo i może nawet wzniósłby parę okrzyków, ale na widok stada obrońców normalności zrobiło mu się głupio. To swoją drogą cenna konfuzja dla nas wszystkich, z dowolnej strony, gdy widzimy co z poglądów robi nieopanowanie w ich wyrażaniu. Nie chodzi o to, by się wstydzić naszych przekonań, ale by umieć je wyrażać nie poniżając samego siebie. To niewiele, ale jakiś początek, po którym, być może, zaczniemy w innych dostrzegać ludzi. I to tak, że słowo „człowiek” też nie zabrzmi wstydliwie.

 

Kiedy brat Tego od teledysku odczuwał dyskomfort i może nawet zawstydzenie (a na pewno zagniewanie na „debili”) Ten od teledysku, choć w tym samym mieście, jednak tak daleko, że nie słyszał nawet ech granatów hukowych, siedział na prelekcji albo panelu, albo przy piwie. Jeśli przy piwie, to może właśnie w tym samym czasie dowiadywał się od Koguta, że jego córka postanowiła zostać synem, że zaczyna właśnie kurację hormonalną a rodzina musi sobie z tym jakoś poradzić. Dzień później, siedząc przy wielkim garnku orzechów, z widokiem na dom i sad, Ten od teledysku znów słuchał opowieści rodzinnej, tym razem o córce, która wbrew radom rodziców postanowiła uciec z rodzinnej miejscowości do Krakowa. „Historia się powtarza” – wzdychała jedna z tych ciotek Tego od teledysku, które przyczyniły się do zbudowania rajskiej legendy jego, i nie tylko jego, dzieciństwa. A potem dodała, że odkąd córka rzuciła studia w Rzeszowie i przeniosła się do chłopaka w Krakowie, w którym sama chyba jednak nie wie co zamierza robić, kontakty między matką i córką trochę osłabły.

 

A jeszcze dwa dni wcześniej, jeden z nielicznych ludzi, z których Ten od teledysku ma, lub właściwie miał kiedyś „kosę” zagaił do niego, z wieczora, gdy oczekiwali na taksówkę, do której zaprosiła Tamtego dziewczyna, którą z kolei zaprosił do taksówki ten od teledysku.

„Piszesz coś?” – zapytał.

„Bez ustanku” – odparł szczerze Ten od teledysku, który nawet podczas przywpiwnych dyskusji dwie godziny później omawiał przez komunikator szczegóły któregoś tam pisanego komiksu.

„Ale czy piszesz dla nas?” – uściślił tamten.

„No i co mu odpowiedziałeś” – zainteresował się dzień później Mały Bokser, z którym Ten od teledysku podzielił się jeszcze inną wieścią. Że być może zaplącze się znacząco w reaktywację czasopisma, które dla Tamtego stanowiłoby rodzaj konkurencji.

„Na razie nic. Nie chciałem odkopywać topora wojennego, nim stary został jeszcze porządnie zakopany.”

 

Taki to weekend. Dużo gadania, mało słuchania. Obrazki. Rudy psi przybłęda na tle chałupy pobielonej wapnem, orzechy i stada gołębi. „Ostatnio pojawił się jastrząb” – westchnął wujek. Kogut piękny jak z ilustracji bajki przyszedł popatrzeć co to się dzieje. Koty ścigały siebie nawzajem i kury. Słońce dopiekało zupełnie nie październikowo. „Jak to, podpisujesz umowy na książki?” – dziwiła się ciocia. – „I masz terminy? A co z natchnieniem?”. Armatki wodne, granaty hukowe, piwo, taksówkarz, który bał się podwieźć pod hotel, bo mieli tam z nim na pieńku, piękne dziewczyny w Perłowej z niekoniecznie pięknymi mężczyznami, zapiekanki z fódtraków na śniadania, sielska wieś i rodzina zaskoczona przybyciem, potem zboczenie z drogi by choć na chwilę przystanąć, rzucić okiem na dom z legend własnej matki i swoich o dzieciństwie jak z bajki i przyjaźniach bez końca, potem droga pod czerwono zachodzące słońce w ciemność miasta. Dużo rozmów, dużo zastanowień, trochę uniesień. Trzy dni przed powrotem w wielką głuszę pracy.

 

Muzyka chyba niepotrzebna.

11:11, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 października 2018

Wszystko, jak zwykle, przebiegło zbyt szybko, choć równocześnie działo się tak jakby czas nie płynął. O tych samych porach pojawiali się we dwóch, Ten od teledysku z Rudym, w tych samych miejscach. Zresztą, tych miejsc nie było zbyt wiele. Sandomierz okazał się miastem paruset metrów. W każdym razie dla turystów, którzy nie przyjechali odkrywać jego tajemnic.

 

Siadywali więc przy barze w knajpce, do której nigdy normalnie by nie weszli, ale Rudy wypatrzył napis: "murphys", co wyglądało nadzwyczaj dobrze na tle tych wszystkich "żywców" i "tyskich". Wypiliby pewnie jedno albo dwa, ale barmanka miała tyle atrybutów, że ciężko było oderwać od niej wzrok, więc zostali. Tego od teledysku niepokoili wprawdzie popijający wódkę stali bywalcy, dwudziestolatkowie w typie tych, którzy potrafią przejść w ułamku sekundy od bycia sympatycznie narąbanym do trybu berserka. Na szczęście przyszły dwie młode dziewczyny, brunetka i z lekka kręcona blondynka w koszuli barwy jasnego ognia i chłopaki skupili się na zagadywaniu do nich, aż wyszły. Ale blondynka wróciła by wyjść w towarzystwie tego wyglądającego na pewnego swoich atutów wyjadacza. Następnym wieczorem wrócili, by usiąść w tym samym miejscu i rozczarować się strojem barmanki, zakrywającym zbyt wiele. Wrócili wtedy i tamci dwaj, tym razem ubrani identycznie w czarnych bejsbolówkach i lśniących kurtkach z materiału udającego skórę.

 

Wszędzie leżały jabłka. Złote, zielone i czerwone czerwienią tak głęboką, jaką czasem można dostrzec w winie. Jabłonie wielkości drzewek bonzai i te większe uginały się pod ich ciężarem. Dziksze wyglądały jak rozczapierzone lampiony.

 

Była jeszcze i ta knajpka w kształcie spodka, gdzie można było zjeść pizzę w porze obiadu na późne śniadanie. Kelnerka o czarnych włosach patrzyła i uśmiechała się, jakby łączyłą ją z klientami wspólna tajemnica. Ten od teledysku i Rudy natychmiast się w niej zakochali. Popijali pizzę herbatą, bo jeszcze każda komórka ich ciała protestowała przeciw alkoholowi po minionej nocy. Wrócili jednak wieczorem. I choć znów spotkało ich rozczarowanie, bo nie było już brunetki, zostali też nagrodzeni. 

- A co panowie chcecie zamówić? - zapytała jedna z dwóch blondynek, Ten od teledysku wyobraża sobie, że ta rezolutniejsza. - Bo my już właściwie zamykamy.

- Tylko po piwie.

- Po piwie można. Ale będą panowie musieli wypić na zewnątrz.

- Jeśli tylko w waszym ogródku, to z przyjemnością.

 

Dostali więc dwie szklanki z grubego szkła pełne ciemnego Kozla. Przysiedli nad nimi w ogródku kawiarni w środku parku zwanego malowniczo: Piszczele, z widokiem na słabo podświetloną publiczną toaletę przypominającą wejście do wojskowego schronu przeciwatomowego. Kelnerki zamknęły knajpę, poprosiły, by szklanki zostawili przy drzwiach i pożegnały się ładnie. Gdy wrócili tam w niedzielę, by znowu ujrzeć brunetkę i zamówić pizzę, blondynka zawołała: "O, tym razem panowie zdążyli! Dziękujemy za szklanki!"

 

Ponieważ orzechy już dojrzały, pomiędzy jabłoniami spacerowały gawrony z orzechami w dziobach. Czasem tłukły nimi o asfalt, czasem zrzucały je z wysokości. Prawie na każdym roku ustawiony był stolik z bezalkoholowym cydrem sprzedawanym na szklanki albo w butelkach wyglądających jak te, w których przemycano bimber jakieś dziewięćdziesiąt lat temu. Słońce udawało, że trwa lato. Po rynku spacerowali niezbyt mrawo turyści starsi od Tego od teledysku, albo zachowujący się, jakby byli starsi. Ten od teledysku i Rudy wiele milczeli. Wiele gadał za to wciąż ten sam facet z wciąż tym samym mądrym niemłodym psem, przysiadający się do stolików ludzi, z którymi chciał sobie pogadać. Jego  pies nie odrywał przez jakkiś czas wzroku od tależa Tego od teledysku. "On też lubi wątróbkę" -wyjaśnił facet.

 

Wieczorami, mniej lub bardziej przed dziesiątą, trafiali do knajpy zanurzonej w budynku przypominającym tunel wbity w skałę. Albo bunkier, jak publiczna toaleta w parku, kształ miały właściwie identyczny, tylko knajpa była większa. Barmanka uśmiechała się tam wesoło. Hamburgery miały tak wiele dodatków, że niemal ginął w nich smak wołowiny, ale wciąż były smaczne. Można tam było zamawiać lokalne piwo w butelkach oznaczonych kolorowymi etykietkami przedstawiającymi stwory z baśni dla dorosłych. A jeśli ktoś, jak Ten od teledysku, odczuwał zmęczenie piwem, mógł zamówić gorącą czekoladę z rumem (ale tylko białym) bądź wino.

 

Do wina wracali w nocy. Rżnęli przy nim w remika, aż karty zaczynały im się sypać z dłoni, do których także w końcu docierał sen.

 

Wszystko to trwało trzy dni i dwie noce i skończyło się jak zwykle zbyt szybko, choć równocześnie wydawało się, że czas prawie nie płynął.

23:26, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 września 2018

Jedne dni przychodzą zbyt szybko, inne zbyt szybko mijają.
Fajnie byłoby znaleźć ten trwający w sam raz.

18:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23