RSS
poniedziałek, 16 lipca 2018

Zamierzałem napisać, że podróże są fajne. Zwłaszcza, kiedy Ten od teledysku potrzebuje kilkuset kilometrów by powrócić z konwentowego karnawału do powszedniości. Podróż, tych kilka godzin spędzonych na przykład w pociągu, pośród nieznanych i doskonale obojętnych sobie nawzajem ludzi staje się rytuałem przejścia. Wszystkie wykonywane w jej trakcie czynności i gesty są podobne. Konduktor najpierw sprawdzający bilety, a potem pytający, czy ktoś się nie dosiadł, przemieniają się w szamanów. Głos kierownika pociągu odmierza czas nazwami stacji a czas ten płynie wstecz, przybliżając nas do chwili, w której uciekliśmy. Podróż oswaja nas z rzeczywistością. Jeśli, jak Ten od Teledysku, zamkniemy oczy, to zapadniemy w półdrzemkę i wszystko stanie się jeszcze mniej realne.

Podróże sprawiają, że powrót w ogóle staje się możliwy, że jesteśmy w stanie znieść świadomość, że powszedni świat istnieje a my mamy w nim swoje miejsce.

I choć to wszystko prawda, kiedy Ten od teledysku obudził się w poniedziałek, dopadła go myśl o konieczności odpisania na smutny list. Napisania kilku pism. Być może przyjęcia nadspodziewanych zadań. Konieczności rozmów z ludźmi, którzy są mu najczęściej równie obojętni jak ci z pociągu, ale równocześnie nie zgadzają się na tę obojętność.

Wstawał ze świadomością, że jeszcze dobę wcześniej włóczył się po nocnym mieście odkrywając miejsca, w których ludzie śpiewali tłumnie pieśni Rubika, odkrywając nocne pierogarnie oraz pizzerie bez pizzy. Wcześniej uczestniczył w dyskusjach na tematy, o których na co dzień nikt nawet nie myśli, a które są niczym łyk wody z krystalicznie czystego źródła bijącego na środku pustyni. Bił się na poduszki. Tak jest, bił się na poduszki, do diabła, rozmawiał o założeniach okładki książki siedząc w restauracji pysznie udającej Nowy Orlean, śmiał się z osobami, które dopiero co poznał, a potem szczerze bił brawo tym, którzy w tym roku znowu go pokonali.

Teraz wysiadł z tramwaju, z całych sił trzymając się wspomnienia o bitwie na poduszki. Każdy krok przybliżał go do paszczy żyjącego miliard lat potwora, który miał zaraz zeżreć go, przemielić i poddać niekończącemu się trawieniu, co gorsza nawet tego nie zauważając. Ten od teledysku znów miał się stać jednym z wielu ludzi bez smaku. Podróż niewiele ułatwiła, opuszczenie karnawału znów stało się cięższe. Jak za każdym razem.

07:50, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lipca 2018

Znowu pada.

 

Facet, którego Ten od teledysku nie widział już parę lat, który zdążył przez całą tę swoją nieobecność dostać wylewu i rozstać się z kobietą, z tych, co to od całego życia przez całe życie i na całe też, stał pod stritfudową budką zajadając cośtam z krewetkami (Totuń wydaje się Totowi miastem pełnym krewetek, co chwila tu na nie wpada) w towarzystwie dziewczyny chyba nieistotnej, bo nikt jej nikomu nie przedstawił. Zajadała bułę z czymś. Ciemny sok ściekał jej między palcami. Za jej plecami groźnie puszczyły się przestrzenie uniwersytetu zaplanowanego i zbudowanego tak, by studenci musieli się nieźle nachodzić między jedną pustką a drugą. Niebo było szare jak dawno nie czyszczony beton, jakaś kaczka wylądowała na tafli podkreśającego pustkę prostokąta, którego ponury spokój burzyła tylko wbita w staw tabliczka napominająca, by pamiętać o zakazie  karmienia ptaków. Kilkanaście osób trochę snuło pomiędzy ty wszystkim, ale jakby nikogo nie było.

 

Ten od teledysku przeszedł pod ironicznie chyba postmodernistycznym dachem ukrywającym niewiarygodnie długą alejkę, wymienił parę słów ze znajomym oznajmiającym mu, że widział jego nazwisko w jakimś wydarzeniu w październiku. Totowi wydawało się, że pierwszy raz o nim słyszał, ale po chwili skojarzył kilka faktów i umów. Ach, to to. Znajomy napuszał się nowo nabytym znaczeniem i dziwił się, że Tot nie zna jego sukcesu. "Jakoś zniknąłeś mi z oczu odkąd wyjechałeś do stolicy" - uchylił się Tot i został nagrodzony wielobarwną wizytówką.

 

Uciekł.

 

Przez przypadek trafił do właściwego budynku. Wpadli tam na siebie ze znajomą, Sową. Ucieszyli się na swój widok i zaprowadzili się nawzajem do sali, w której czworo ludzi trochę znikąd, jeśli nie siedzi się w blogach, rozmawiało o znaczeniu opowiadań. Kryśka był trochę nieobecny, choć skupiony, Czerwona wszystko mówiła zaangażowanie i seksownie a Górnik popadał w dywagacje żartując hermetycznie. Nieznany Totowi facet wydawał się wypowiadać najsensowniej, choć odpowiadał na pytania, które chyba tylko on słyszał.

Potem panelistą został Tot. Na początek nie poznał dziewczyny, którą już znał, a potem dziwił się światu przez półtorej godziny. Starał się wypowiadać jak zwykle, wyobcowany wśród trzech młodych dziewczyn, dwóch o silnych przekonaniach obcych mu bardziej niż filozofie przedwiecznych i szykujących się do zdobycia władzy oraz jednej zagubionej, zastępującej tu lepiej przygotowaną koleżankę. Ta, którą jednak znał, traktowała go protekcjonalnie. Czuł, że powinno go to zagniewać, ale nie znalazł w sobie chęci na gniew. Zastąpiło go rozbawienie. Zbliżała się 22, wilgoć gęstniała w budynku i na zewnątrz, Tot myślał, że chciałby już robić coś innego.

 

Trafił na rynek, zawieziony tam przez taksowkarza tłumaczącego się, że niewiele umie, ponieważ jeździ od lutego. Jak zwykle zapytany którędy jechać Tot udawał tubylca, by uniknąć naciągnięcia. Potem wpadł w ramiona Japonki, która wyskoczyła na zewnątrz nie bacząc, że deszcz znów szykował się by padać. "Nie znoszę tego babska" - wyznała. - "Ma cycki większe iż ego... To znaczy ego większe niż cycki". Tot wysłuchał żalów na temat dziewczyny, której nie kojarzył, po czym zamowił biały Bytów przy barze okupowanym przez dwóch facetów i młodszą od nich blondynkę o pociągająco głębokim dekolcie. W trójkę wystawiali jednoaktówkę o kobiecie siedzącej w innym jakimś wszechświecie niż kolesie rozmawiający o pracy. Oni byli rozgrzani dyskusją, ona w sposób znamionujący znaczne doświadczenie nienarzucająco się znudzona. Z trudem odrywając od niej wzrok Tot wspiął się po stromych ciasnych schodach. Jakby cofał się w czasie. Dokładnie tak samo wyglądało to w ubiegłym roku. Wiedział więc co zastanie w niewielkim i trochę dusznym pomieszczeniu. Natychmiast rozpoznał ową wredną dziewczynę z opowieści Japonki. Brunetka o seksownej twarzy i monstrualnym biuście w wiecznym przypływie napierającym kruche brzegi gorsetu siedziała w tym samym mmiejscu co poprzednio, tak samo strofując jednego z dwóch swoich facetów, w cieniu miny: "och, jak już chcę iść gdzieś, gdzie będę bohaterką spotkania."

Potem piwo, jakaś wódka, wymówienie się od dalszego imprezowania i poczucie zagubienia na pustym rynku. Googlemaps, dziwne obce uliczki, hotel. Tot usiadł na łóżku i odkrył, że alkohol właśnie w tym momencie przebiłsię do jego głowy, by uczynić mózg trochę cięższym. Na telefonie mrugały jakieś przyzwania. Jedno z Kalifornii, drugie z Francji, trzecie z Chin, czwarte z Bydgoszczy. Wdał się z nimi w jakieś rozmowy. Za oknem darły się radośnie dziewczyny siedzące w ogródku, do ktorego nawet chciał wyskoczyć na jeszcze jedno piwo, zanim zdał sobie sprawę, że już wystarczy mu alkoholowych atrakcji na tę noc.

I tyle. Pierwszy dzień Polconu. Zaraz trzeba będzie się zebrać na drugi. Choć znowu pada.

09:08, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2018

Są takie dni, kiedy Ten od teledysku budzi się już z tym cichym zmęczeniem, które nie rzuca go od razu na deski, ale uparcie towarzyszy mu od pierwszych kroków. Poprzez rytuały poranka aż do apogeum, kiedy Tot może wreszcie usiąść, na tę chwileczkę, by naciągnąć skarpety na stopy. Zazwyczaj (zawsze?) zamiera wtedy na zbyt długie sekundy. Ma tak od dziecka i niejeden raz spóźniał się do szkoły właśnie dlatego, że gdy po raz pierwszy od przebudzenia, po rozgorączkowanym bieganiu bez chwili przerwy (poranne prędkie śniadanie to nie żadna przerwa, to część pracy) siadał na krawędzi łóżka zdobywając tę odrobinę wytchnienia, zamierał. Bo przebudzenia potrzebują takiego momentu, może nie zadumy, ale przygotowania do zmierzenia się z dniem.

 

Potem szedł (idzie) do szkoły (pracy). Szybko, choć z upływem lat nieco wolniej. Wbiegał (wbiega) po schodach, choć ostatnio już nie przeskakuje co dwa stopnie. Siada (siadał) za biurkiem (w ławce), wymienia pierwsze pozdrowienia. Patrzy z zazdrością na ludzi, których uśmiechy nie są grzecznościowe, lecz promienieją rzeczywistą energią. On potrafi się tak uśmiechać już tylko po pracy. Odpala komputer. Palce rwą mu się do pracy, którą chciałby wykonywać, ale ta, którą wykonywać musi odgradza go od niej murem. Niechętnie sprawdza maile i krzywi się na te, które są i domagają się odeń czegoś oraz na te, których nie ma, co oznacza, że znowu ktoś nie dał mu tego, czego on się domagał. Wtedy właśnie, w drugiej chwili oddechu tego dnia, czuje ów cień przyczajony w krwi gęstniejącej w żyłach. Małe, ciche zmęczenie.

 

Popołudniu zrobi zakupy. Odbębni kolejny rytuał. I będzie czekał na następny niechętny poranek.

08:00, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2018

...bałkańska knajpa przy Floriańskiej obecnie zabarkowana przez zgrabną blondynkę i brunetkę o nogach i pośladkach Artemidy ale oczach hiszpańskiej dziewczyny podającej szpady torreadorom była prawie pusta, gdy Ten od teledysku, wkurwiony na pracę jak wcale nie zawsze, zamówił pljeskawicę. W imię wspomnień. Za lepszymi czasami, których nie ma.

A gdy przybył Rudy przenieśli się do kolejnej knajpy, tam spotkali dwóch wydawców. Powiedzieli sobie za co mogą zarobić, podjęli pierwsze zobowiązania, wypili pięć piw i pożegnali się.

- Jeszcze coś - powiedział Rudy nim się rozstali. - Jeszcze coś, do pogadania,zanim pojadę.

Poszli, zjedli, pogadali. Nagle pojawił się znany nagradzany pisarz.

- Ale dziwne - zawołał na widok Tego od teledysku. - Akurat dzisiaj rozmawialiśmy z kilkoma osobami o tobie! Jesteś zainteresowany?

- No jasne - odparł Tot. Potem poszli grupą: znany pisarz i jego dziewczyna, nowa redaktorka Tota i jej chłopak, Tot i Rudy, do knajpy. Zjedli, pożartowali, pożegnali się.

Wróciłem do domu. Nie wiem czego bardziej łaknę. Wiem, co rozpaczliwie chętnie bym pożegnał.

23:28, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 czerwca 2018

O osiemnastej wrócił do domu z Korony, gdzie wokół budki otwartej na powrót po trzydziestu chyba latach, na leżakach z logiem piwa, którego tam nie sprzedają, rozsiadło się kilkanaście osób. O tak, choć to zupełnie nie po drodze dokądkolwiek. Wystarczyło lekko pchnąć to miejsce by ożyło.


Niżej, wśród chaszczy, w wykarczowanym pasie, łucznicy ładowali do tarcz bezpiecznie osłoniętych od tyłu stosami opon powiązanych ziemią. Wkurzeni, bo jakaś szuja znów przyszła skorzystać nielegalnie z ich strzelnicy, spotwarzyła ją wiatrówką a potem zdemolowała ile mogła. Temu od teledysku trudno było w tej sytuacji pomyśleć pozytywnie o ludziach. Zwłaszcza, że rano wezwał go szef by opowiedzieć o kolejnym anonimowym donosie na firmę, z którą współpracują. "Kurwa, anonimowe donosy" - dudniło w głowie Totowi. - "Jak w smutnej bajce z zamierzchłych upodlonych czasów o tym, jacy jesteśmy mali."


Łucznicy strzelali, telewizja kręciła, sympatyczny ratownik medyczny opowiadał o swojej pasji przygotowywania się do ucieczki i przetrwania. "Czyli w przypadku katastrofy jesteście tak dobrze zorganizowani, że bylibyście w stanie pomóc?" - emocjonowała się dziennikarka. Długowłosy łucznik z uśmiechem rozwiał jej wątpliwości. "W razie katastrofy będziemy ratować samych siebie. Każdy może liczyć tylko na siebie."

Ten od teledysku wrócił stamtąd o osiemnastej. Nakarmił psa. Przejrzał książki, których nie powinien był kupować tego dnia. Ugotował pierogi, przepił je piwem i zerknął na pięćdziesięcioletni zegarek, który kupił rok wcześniej w Macedonii od niemłodego zegarmistrza z ochotą wspominającego, że kiedyś, w młodości, mieszkał przez chwilę w Lublinie.

Pięć godzin - pomyślał. - Zostało mi jakieś pięć godzin do końca tego dnia.

22:35, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 czerwca 2018

Jasna zadzwoniła do Tego od teledysku, żeby złożyć mu życzenia urodzinowe. Ponieważ oboje są już w wieku, w którym życzenia zdrowia przestają brzmieć wyłącznie jak zwyczajowa, pozbawiona większego znaczenia formułka, przeszli nad nimi szybko do przyjemniejszych rzeczy.

 

-...i życzę ci, żebyś wreszcie znalazł miłość.
- Ależ znalazłem! Kocham siebie z całego serca!

23:08, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 maja 2018

W piątki on zaczyna myśleć, że ma szansę Ci wystarczać. Że nie jest smutnym zawstydzonym sprinterem z przedwczesnym wytryskiem albo tym ogrodnikiem z grabiami zamiast dłoni, którymi nie pieści ale drapiąco zawłaszcza bądź staje się po prostu zimnym pomnikiem gorylego penisa, którego marmurowy wzwód ma starczyć za ideał, o który ona modliła się odkąd nauczyła się czytać kobiece pisma mieszające szminki z erekcją.

W soboty on jest gotów dać w mordę chamom na dyskotece, albo rozpalić ułamkiem jednej zapałki ognisko w strugach deszczu, albo ukołysać Cię w tej tańcówkowni, którą tak lubisz i w której spotkaliście się przy tym smutnym stoliku, gdy powiedziałaś: "pójdę z tobą, ale zatańcz ze mną, a nie z jakimś jebanym rozkołysanym tłumem". 

W niedzielę on obudzi się obok Ciebie albo niekoniecznie, łudząc się (daremnie), że wybaczysz mu to, co zrobił, albo wręcz przeciwnie, w sobotę. 

W poniedziałek on Ci wystarczy albo niewystarczy.

We wtorek o coś się wkurwi. Przełknie to przed przekroczeniem progu domu. Albo nie. On bywa równie nieobliczalny jak Ty, więc nie wiem które któremu da mentalnie albo realnie po pysku w tym najwyczajniejszym dniu tygodnia, w którym i nienawiść i miłość smakują jak popiół.


W środę on obudzi się zmęczony i być może z wyrzutami sumienia. Wspomni miniony wieczór i ucieknie w jakieś wspomnienie albo wyobrażenie. Jego erekcja będzie w nich zbyt nachalna albo zbyt mała. Albo zbyt w sam raz.

W czwartek on będzie zbyt zabiegany, by się Tobą zająć. Traf chce, że będzie to akurat ten dzień, w którym najbardziej będziesz potrzebować jego uwagi. 

00:43, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 listopada 2017

Być może tego nie wiecie, ale z każdej podróży Ten od teledysku wraca jakby pustszy. Może zostawia jakiś kawałek siebie w odwiedzanych miastach? I ubywa go coraz bardziej i bardziej z każdym przebytym kilometrem?

A może po prostu niezwykłości obdzierają go ze złudzeń o codzienności? Może czynią ją bardziej przyziemną? Wraca do domu, a w nim wszystko choć cały czas takie samo, to równocześnie chłodniejsze. I coraz mniej w Tym od teledysku wiary, że jego codzienności mogą nabrać blasku. Pozostają mu już głównie ucieczki.

21:36, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 listopada 2017

Być może Ten od teledysku czeka właśnie na Ciebie.Ową wymarzoną drobinę, twardą jak stal ale i niepewną. Z włosami, które obbcięłaś przed chwilą, by zapomnieć, że twój zupełnie chłopięcy chłopak był dzieckiem bardziej niż byś chciała, a jego matka (która nie przepadała za Tobą) miała na wpływ większy niż jego własne gusta.

 

Być może Ten od teledysku wykonuje piruety uników, byle tylko nie zderzyć się z tą brunetką, którą właśnie zdradził mąż. Widzice, ona ma cycki ciężdze od jądra Jowisza, oczy za które koreańskie milfy oddałyby swoich pierworodnych, uda i łydki stworzone od kankana a przy tym wszystkim jest zabawnie nawiwną seksbombą.

 

Jest jeszcze ta mała. 

 

I są jeszcze marzenia Tota by spotkać ją, lub kogoś takiego, jak ona.

23:14, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 października 2017

Niechętnie przewracając się na drugi bok Tenodteledysku stawił czoła myślom o pracy. Odtrącił je, pewny, że powrócą ze zdwojoną siłą. Z taboretu postawionego na łóżku zdjął zegarek by odkryć, że zbliża się szósta. Ach, pomyślał, mam jeszcze dziesięć minut do bezpiecznego wstawania i czterdzieści do pospiesznego. Cóż, wiem jak radzić sobie z pospiesznym. Będzie dobrze.

I było. Poleżał jeszcze przez czterdzieści minut, odpychając kolejne myśli o pracy. Aż wreszcie uświadomił sobie, że co rano sypia dłużej, bo to ofefruje mu przedłużenie wolnego dnia, który dobiegnie końca gdy Tenodteledysku wstanie.

I ani razu nie pomyślał o owocnej. Aż przyszedł czas, by zdecydować się gdzie się spotkają. I o której dokładnie. Trochę obawiał się, że być może omawiali to w tej części soboty, której nie pamiętał. Ona rozskakana, cała w brokacie, zachwycona tymi iskrzącymi kolorami, w okół głośno, radośnie. 

Umówili się, spotkali, w towarzystwie Animki i jej Drągala. Pospacerowali przez miłą część popołudnia, zjedli dwie pizze, którymi się podzielili. Tot przeżył chwilę zakłopotania gdy okazało się, że oni nie chcą jeść każdy po swojej pizzy, ale dzielić je we czworo. A że był jedynym mięsożercą w grupie wegetarian, dzielił z nimi smakowanie pomidorów i czegoś tam jeszcze przetaczających się po smacznych plackach. 

Owocowa, drobna i śliczna siedziała obok. i nic.Tot pomyślał, że to dobrze. Może chciałby czego innego, ale to dobrze.

20:37, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22