RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2009

Mężczyzna, którego serce biło zbyt szybko posmutniał, gdy Szałapach zostawił go samego. Ten smutek nie opuszczał go przez cały weekend, choć spotkał się z dawno niewidzianym znajomym, który, zgodnie z ekonomicznymi elementarzami kupował dom podczas kryzysu. Przyjechał w tym celu z Irlandii i dał się oprowadzać specjalistom po wyobrażeniu, które po przybraniu w ściany i okna, nałożeniu tynkowego makijażu i wzbogaceniu wnętrza o wszystkie niezbędne i przytulne składniki ma stać się jego domem. Przyjechał nie sam, ale z Drobniutką, a w zwiedzaniu towarzyszył im zaprzyjaźniony od zawsze Bogard. Potem oni wszyscy zasiedli przy pizzy i wymieniali z pospiesznym mężczyznom uwagi. Bogard dodatkowo podrywał uroczą i delikatną blond kelnerkę, nie bardzo radzącą sobie z jego nadto bezpośrednimi zalotami. Pospieszny mężczyzna przyglądał się im wszystkim i uśmiechał się jak wszyscy ci starzy ludzie, którzy większość życia mają już za sobą.

W niedzielę wieczorem nie wytrzymał i zadzwonił do Szałapacha. Przećwiczył cierpliwość telefonu, aż wreszcie doczekał się odpowiedzi.

- Dzwoni pan, żeby zapytać, czy to już wszystko i jak się to ma do faktu, że nie zamierza pan umierać, co? – odezwał się nieżyczliwie Szałapach. – Wszyscy tacy, jak pan dzwonią z tym samym pytaniem. Dlatego wiem.

- Acha – wydobył z siebie mężczyzna po długiej, długiej chwili milczenia. – Tacy jak ja?

- Ci, co muszą się jeszcze obudzić – wyjaśnił Szałapach i skończył rozmowę, bo właśnie rozmawiał z Tym od teledysku, który przyszedł pożalić mu się na nową szefową i jakieś tam nudne wyrzuty sumienia. Szałapach zamierzał go zdrowo opieprzyć, by nie wysłuchiwać jego jęków. W ostateczności miał zamiar zapytać go o dziewczyny. Pytanie takie zawsze peszyło Tego od teledysku, a odkąd rozstali się z Rudą, peszyło go podwójnie.

Pospieszny mężczyzna przyglądał się przez chwilę milczącemu telefonowi. Zastanawiał się, czy powinien wyciągnąć ze słów tamtego dziwaka jakąś naukę, która odmieniłaby jego życie. Nie wymyślił jednak nic a nic.

Już miał się poddać i opaść w głęboki fotel, na którym zawsze dręczył się ponurymi poezjami, co nieodmiennie poprawiało mu humor, kiedy niespodziewanie uświadomił sobie, co przegapił w słowach Szałapacha.

Są jeszcze inni tacy jak ja!

15:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 stycznia 2009
Dawno dawno temu (ostatnio coraz więcej rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy w związku z Tym od teledysku dzieje się w coraz bardziej zamierzchłych czasach) Mała wyszła na balkon, w samej tylko bluzeczce na ramiączkach - o której Ten od teledysku pomyślał, że z pewnością była biała - oraz oczywiście w majtkach, zapewne tradycyjnie kuszących i jakże sympatycznych w krótkich chwilach dotyku. Był już wieczór, chyba wiosna. Zawiał wiatr, Mała przykryła ramiona dłońmi, a potem wróciła do pokoju i szybko napisała o tym, jak zdjął ją dreszcz od chłodnego wiatru i jak jej ramiona pokryły się gęsią skórką.
Posłała ów opis Temu od teledysku najszybciej jak mogła, to znaczy prawie natychmiast. Doskonale wiedziała, że facet zwariuje gdy tylko go przeczyta i myśl ta sprawiała jej przyjemność. Postanowiła, że przetrzyma go, a potem zadzwoni do niego gdzieś, w okolicach drugiej w nocy, żeby usłyszeć jego zaspany głos wzbogacony o tę lekką chrypkę, którą tak lubiła. I podręczy go potem trochę.
Dokładnie tak się stało. Ale działo się to jakiś czas temu i Ten od teledysku zdążył już zapomnieć jak smakowicie zmysłowe potrafi być kobiece pióro, póki niespodziewanie nie przypomniała mu o tym kompletnie obca i nieznajoma dziewczyna, której ani na oczy nie widział i raczej nie zobaczy. Przeprowadziła się z jednego miasta Wu do drugiego miasta Wu i w jakimś momencie tego miotania się między miastami postanowiła opowiedzieć o sobie światu przy popularnej pomocy bloga.
W trakcie kilku chwil lektury Ten od teledysku uznał, że czasem fajnie należeć do świata.
17:56, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 stycznia 2009
Ten od teledysku pamięta, jak kiedyś, w lany poniedziałek, na osiedlu wybudowanym wokół starego lotniska, pod brzydkim, długim, blaszano - szklanym budynkiem wielosklepowym stanął pośrodku gromady i szykował się z nią do bitki.
Czas stanął.
Mógł wymierzyć ciosy tym wszystkim zamienionym w posągi kolesiom, powywracać ich i skopać. Poskakać po nich łamiąc im żebra.
Mógł wszystko.
Potem czas znów ruszył i rzecz cała nie skończyła się bójką.
Pamięta jeszcze kilka dobrych chwil, które potrafią dodawać mu otuchy, kilka niezłych, które poprawiają nastrój i całkiem sporo w miarę udanych pozwalających mu złapać chwilę oddechu. Zastanawia się czasem na ile jest poprzez te właśnie wspomnienia, a na ile poprzez wspomnienia, których nie wyciąga na wierzch. A czasem na ile jest tym, kim jest pomimo nich wszystkich.
Dodaje, odejmuje, dzieli i mnoży. Rwie wspomnienia na strzępy, by posklejać je potem w jakieś nowe całości. Miesza, wybiera. Wreszcie ulega temu, co w nim najzwyczajniejsze i poddaje się leniwemu traceniu czasu na zbędnych rozrywkach.
Koniec końców codziennie i tak wymyśla siebie od nowa.
Ruda uważała, że to kłamstwo, że nie można tak żyć, a w każdym razie nie warto.
Szałapach wysłuchuje tego wyznania a potem wyciąga wódkę. Ten od teledysku wypija z wdzięcznością pierwszy kieliszek, z ulgą drugi, trzeci prawem serii, a czwarty od niechcenia.
Kiedy ma już za sobą wszystkie te kieliszki wyznaje, że najbardziej niepokoi go, że całkiem spora część pomyłek Rudej co do niego, może powoli stawać się prawdą. Że te wszystkie cholerne wyobrażenia, które inni mają na nasz temat, ich wadliwe, nieprawdziwe oceny, pozostają już przy nas. Przyklejają się do naszych ubrań, skór i dusz, niezauważalnie i lekko, nawet tego nie poczujemy, poza tą chwilą kiedy ktoś, kto posiada do nas dostęp powie nam o kilka słów za dużo. A potem nagle odkrywamy, że czyjś błąd, niesprawiedliwa ocena tak się już z nami zrosła, że stała się tym, czym wcale nie była, stała się częścią nas. I choć ci wszyscy tamci wcale nie mieli racji - i do bełkotliwej cholery nadal jej nie mają! - to nagle ich widzenie spada na nasze oczy i nagle widzimy się inaczej. Nie tak, jak wyglądamy naprawdę, tak, jakby wszystko, co nieprawdziwe nagle stało się nami a my nim.
- Kobiety - kwituje odwiecznym zaklęciem załapach, który nie nagrywa całej tej rozmowy. Juz wpadł na to, że tego akurat robić nie powinien. - Najsurowsze z istot.
- A cholera, prawda, że tak. Ale to się do nich akurat nie przykleja, nie?
17:49, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 stycznia 2009

            Wiosna udała, że przychodzi, a zima, że jest to jej na rękę. Deszcz padał, śnieg topniał a wieczory zapadały wciąż za wcześnie. Dla Szałapacha był to dobry czas.

            Usiadł naprzeciwko mężczyzny w bylejakim swetrze narzuconym na bylejakie jeansy. Facet bawił się szklanką z grubego szkła. W środku woda układała się stosownie do kątów przechyłów.

            Szałapach nie odezwał się ani słowem. Postawił tylko dyktafon na stole. Mężczyzna wpatrywał się weń przez dłuższą chwilę niepewny, czy może już mówić i czy powinien. Posłał Szałapachowi pytające spojrzenie, a ten skinął głową.

            - Nie pali się żadna lampka, czy cuś – spróbował rozbiegu mężczyzna i w tym momencie lampka rozbłysła zielonym światłem reagując na jego głos. Przez jakiś czas milczał zaskoczony i onieśmielony. Wreszcie pociągnął łyk wody jak wódki, odetchnął głęboko wzruszając ramionami w geście „a co mi tam!”, który nie był ani w ćwierci tak mimowolny i luzacki jak by chciał i zaczął mówić:

            Urodziłem się tak jak trzeba, a może nie tak jak trzeba? Przedwcześnie, ale może dokładnie wtedy, kiedy wypadało? Urodziłem się nim moi rodzice wzięli ślub, wcześniej niż planowali. To nie było jakieś wielkie halo, ale chyba naznaczyło mnie na długo, może na zawsze. Bo wiedziałem o tym swoim przedwczesnym przybyciu na świat i wszystko już robiłem pospiesznie i niedbale. Tak właśnie pracuję, tak właśnie się kocham, tak właśnie jem i tak właśnie bije moje serce. Na każde uderzenie pańskiego serca ono uderza dwa i pół raza. Pan zbliża się do pięćdziesiątki, proszę mi wybaczyć jeśli tak nie jest, oceniam na oko. A nie za dobre mam oczy. To od nadmiaru czytania. Od małego dużo czytałem, a jak może się pan domyślać, szybko nauczyłem się czytać. W każdym razie, sądzę, że ma pan około pięćdziesięciu lat. Ja, według dowodu, mam ich trzydzieści sześć. Mój organizm nie uznaje tego za prawidłową liczbę. Według niego mam lat dziewięćdziesiąt. Bo organizm żyje według rytmu, który podaje mu serce, wiedział pan o tym? Powinienem być w jakiś sposób zadowolony, że tak sprytnie wymykam się biurokracji, nigdy jej nie lubiłem.

            Tak więc mam trzydzieści sześć i równocześnie dziewięćdziesiąt lat. Widziałem mniej wiosen, nawet tak paskudnych jak ta, przedwczesna na moje podobieństwo, od pana, ale moje serce uderzyło więcej razy niż pańskie. I podyktowało mi życie.

            Opowiedział o nim ze szczegółami. A gdy skończył, wypił ostatnie krople wody ze szklanki.

            - To może się stać w każdej chwili. Z trudem już chodzę. Przyjaciel polecił mi pana. Ale właściwie wciąż nie wiem co tu robiliśmy przez tych kilka godzin. Co pan tu robi? Po co to panu?

            - Ratujemy pańską duszę. Zachowujemy ją – odezwał się po raz pierwszy Szałapach.

            - Ach tak? A to nie robota dla aniołów? – zażartował mężczyzna.

            - A widział pan kiedyś jakiegoś? Nie ma już aniołów. Może nigdy nie było?

            - Nie ma aniołów? To po co ją ratujemy? I przed kim?

            - Aniołów nie ma, ale diabeł zawsze czeka pod progiem – odpowiedział Szałapach chowając dyktafon.

17:31, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Ten od teledysku i Szałapach wpadli niespodziewanie na siebie w Sylwestra na skrzyżowaniu korytarzy. Przez chwilę patrzyli na siebie zakłopotani. Szałapach rozpaczliwie starał się ukryć za plecami butelkę szampana, którego, jak zawsze twierdził, szczerze nienawidził. Ten od teledysku nie miał do ukrycia nic poza sobą.
- Co tu robisz? - stary sposób odwracania od siebie uwagi przerzuceniem odpowiedzialności na tego drugiego zastosował jako pierwszy Szałapach.
- Szukam kumpla - odparł bez zastanowienia Ten od teledysku. Dopiero potem uznał, że to całkiem nieźle brzmiące w tych okolicznościach słowa.
- Kumpla? A gdzie Ruda?
- Nie ma już Rudej.
- O. Acha. I tak sam się tutaj...?
- No. Sam.
Usiedli na schodach i otworzyli szampana nie czekając na fajerwerki.
- Prawdziwy, francuski - pochwalił się Szałapach. - Chrześnica przywiozła z Francji.
- Ty masz chrześnicę?
- Kiepski ze mnie chrzestny. Na szczęście ona jest lepsza ode mnie. Obie są.
- Jest ich dwie?
- Na więcej się nie zgodziłem.
Nim skończyli szampana rozpoczął się nowy rok. Znaleźli w lodówce jakąś wódkę i parę piw i wypili je na zupełnie innym korytarzu. Tam ten do teledysku wyznał Szałapachowi, że strasznie mu żal tego, że nic a nic nie żałuje, zaś Szałapach wyznał jemu, że załuje stanowczo zbyt wiele.
I tak ich zastał poranek nowego dnia i nowego roku. Zupełnie bez zobowiązań, za to z całym stosem wyznań.
20:13, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »