RSS
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy pociągi spóźniały się zupełnie jak tej zimy, ale za to zboże rosło bardziej złoto, niebo osiągało odcienie błękitu, jakich dziś trudno się w nim doszukiwać, trawa była miększa a powiewy wiatru wyłącznie tajemnicze bądź kojące, w czasach wreszcie, gdy wszystko co się Działo, Działo się z dużej litery, bo było właśnie czymś wielkim i znaczącym, wtedy wybrałem się w chybioną podróż. Została dokładnie zaplanowana przez moich rodziców, bo miałem wtedy lat raczej niewiele, choć znowu nie tak mało. Wracałem z kolonii, której termin niewygodnie zachodził na początek urlopów moich rodziców. By więc nie tracić czasu, wyjechali wcześniej do krainy lasów, grzybów i jezior, a dosłanie mnie tam zostawili mojemu ojcu chrzestnemu. Znając go, powinni byli przewidzieć, że rzeczy mogą ułożyć się inaczej niż zaplanowali. Tym bardziej, że niepotrzebnie dodatkowo skomplikowali całą operację.
Mówiąc krótko - ojciec chrzestny pomylił pociągi. Wysłał mnie wprawdzie w odpowiednim kierunku - na Hel, ale o nieodpowiednim czasie. Zgodnie z poleceniem, wysiadłem więc na Helu i nie zastałem tam nikogo znajomego. Odczekałem cierpliwie kilka godzin, aż wreszcie uznałem, że rodzice, wbrew planom, nie dojechali na Hel, bo widać nie mogli i teraz należało z tym coś zrobić. Działo się to bowiem w czasach, kiedy nie tylko nie słyszano jeszcze o telefonach komórkowych, ale nawet zwykłymi telefonami dysponowali jedynie wybrańcy. Dlatego trudno było szybko poinformować innych o nagłych zmianach planów, ale dzięki temu rosły szanse na zaistnienie przygody.
Tak na dobrą sprawę, powinienem był zachować się jakoś inaczej. Poczekać na pociąg, który zawiózłby mnie z powrotem, pójść do ojca chrzestnego i powiedzieć, że coś nie wyszło. Albo odwiedzić milicję, oznajmić, że zaszło, co zaszło i domagać się, by oni mi pomogli. 
Zamiast tego odnalazłem adres campingu na Kaszubach, gdzie zatrzymali się moi rodzice i wsiadłem do pociągu, który wiózł mnie w tamtym kierunku.
Później dowiedziałem się, że gdy odjeżdżałem, na dworzec wchodził właśnie mój tata, by odebrać mnie z pociągu, którym powinienem był przyjechać. Najpierw odczuł niepokój, niedługo później zaczęli się z mamą bać.
Nie tylko brak telefonów utrudniał wtedy odnalezienie mnie. Działo się to bowiem w czasach, kiedy socjalizmowi coraz trudniej utrzymać było przyjazny wyraz twarzy, a na terenach, przez które właśnie przejeżdżałem, w pewnej sławnej stoczni ogłoszono kolejny strajk. Siedziałem więc w oddalającym mnie od rodziców pociągu, drzewa - sosny i brzozy - śmigały za oknem, a dalej, w historycznym tle tej mojej podróży, wzbierały emocje, gromadzili się milicjanci i śpiewali strajkujący. Ale nie wiedziałem o tym, skupiony na celu swojej podróży, na adresie zapisanym na coraz bardziej pomiętej kartce.
Byłem dumny, że okazałem się tak przedsiębiorczy, by kupić sobie kilka bułek i ser topiony na drogę. 
Nie dotarłem tego dnia na do celu. Gdy milicja Wybrzeża dzieliła swoją uwagę między pilnowanie strajkujących stoczniowców i poszukiwanie mnie (żona ojca chrzestnego była telefonistką w milicji i korzystając ze znajomości postawiła na nogi całą milicję z Wybrzeża), ja przycupnąłem na dworcu zbudowanym z czerwonej cegły chyba jeszcze podczas zaborów. Uznałem, że to dobre miejsce na nocleg.
I tu, tak naprawdę, zaczyna się najważniejsza część opowieści.
Około godziny 22 wyłączono prąd, zgasły wszystkie światła i zapadła głęboka ciemność. To wyłączanie prądu miało jakiś związek ze strajkiem, jednak nie wiedziałem tego. Mnie było to nawet na rękę, mogłem wreszcie zasnąć, przedtem jasne lampy dworcowe przeszkadzały mi w tym. 
Jakiś czas później na dworzec przyszedł On. Nie widziałem go, dotąd nie wiem jak wyglądał. Pamiętam, że był spory, to wszystko. Czasem wyobrażam go sobie jako wilczura, albo wilczuropodobnego kundla. 
Znacznie lepiej ode mnie radził sobie w ciemnościach. Podszedł do mnie, może usiadł, a może stał? Nie widziałem. To były ciemności, o jakie dziś trudno, dziś zawsze gdzieś świeci się jakieś światło - choćby to oświetlające reklamy. Wtedy nie świeciła się nawet najmniejsza lampka, ciemność oznaczała kompletną czerń, niczym w głębokiej jaskini. Nawet cieni nie było w niej widać. Może na zewnątrz przyświecały gwiazdy, ale w budynku dworca nie było ich widać.
Podzieliłem się z nim ostatnią bułką z serem. Zjadł ją i położył się przy mnie spać.
Rano już go nie było.
Ale przedtem stało się dokładnie to, co dzieje się w bajkach. Ty dzielisz się z kimś - zwierzęciem, żebrakiem - swoim ostatnim kęsem, a potem ten ktoś ratuje ci życie.
Ich także nie widziałem. Usłyszałem ich jednak szybko - w przeciwieństwie do psa nie dbali o ciszę. Rozmawiali po pijacku głośno i najwyraźniej chcieli w pustym, ciemnym budyneczku dworcowym, urządzić sobie imprezę.
Mogli okazać się dobrymi, choć pijanymi ludźmi. Wtedy jednak przede wszystkim bałem się ich. Później, gdy byłem już dorosłym człowiekiem, pomyślałem, że mogła to być jedna z tych chwil, kiedy nasze życie kołysze się na krawędzi cieńszej niż ostrze żyletki. Przecież to byli jacyś ówcześni bezdomni, podpici. Mogli mnie porwać, mogli mnie pobić i okraść, mogli mnie np. zgwałcić. Co byłoby ze mną dalej? Gdyby mnie zabili, byłbym już tylko straszną historią, wspomnieniem zawierającym ostrzeżenia dla mojego młodszego rodzeństwa, ale i całej masy dzieci. Może historia o mnie krążyłaby po całej Polsce, urastając do mrocznej legendy? Dorośli opowiadaliby ją pouczającym tonem, a dzieci przekazywałyby ją sobie szeptem, wzbogacając o nowe, makabryczne szczegóły? A gdybym przeżył, może stałbym się taki jak tamci? Byłbym teraz bezdomnym pijakiem i ćpunem, któremu nie pomogły całe tabuny psychiatrów?
Nie doszło do żadnej z tych rzeczy.
Pies rzucił się na nich ujadając wściekle, a oni uciekli przestraszeni, bo w ciemnym budynku jego głos wydawał się być potężniejszym i groźniejszym.
Gdy już ich nie było, wrócił do mnie i położył się pod ławą, na której spałem. Pogłaskałem go.
A rano już go nie było i do dziś nie wiem, jak wyglądał, wiem jednak, że odmienił, albo inaczej - nie pozwolił odmienić mojego życia. Jeśli więc gdzieś istnieje jakiś mój anioł stróż, jestem pewien, że ma cztery łapy i potrafi ostro szczekać, gdy się wkurzy. I jeszcze, że smakują mu bułki z serem topionym.
- Dotarł pan wtedy do rodziców? - zapytał Szałapach.
- Tak, ale to nie jest najistotniejsze w tej historii. Wie pan, nic a nic już nie pamiętam z tamtych wakacji. Tylko tę ich część, kiedy byłem zgubionym dzieciakiem.
- Ci ludzie - odezwał się Szałapach, sam nie wiedział dlaczego, zwykle zachowywał takie uwagi dla siebie - oni mogli być nieszkodliwi, wie pan? Mogli nawet jakoś panu pomóc.
- Może i tak - zgodził się mężczyzna, który do końca wierzył w bajki. - Ale wie pan, to nieważne. Od tamtej nocy zawsze patrzyłem na swoje życie, jako na coś podporządkowanego regułom opowieści. Bo coś takiego właśnie mi się przydarzyło, coś podlegającego regułom bajki, prawda? Nieważne więc kim tamci byli, ważne w co wierzę. Bo wiara czyni rzeczy prawdziwymi, wie pan?
Szałapach odpowiedział, że to akurat wie. Kiedy jednak odszedł już, pomyślał, że wcale nie. Wcale nie wie tego. On jedynie w to wierzy.
08:42, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Chyba kobieta, ta drobna blondyneczka o charakterze twardszym niż diament, którą Vampiressa widziała kiedyś w jakże romantycznych okolicznościach dworca PKP, rzuciła w końcu Jajo. Nie, żeby nie spodziewał się tego ktokolwiek, poz samym Jajem, samotnym i nieszczęśliwym. Ten od teledysku czuł czasem ochotę, by chwycić Jajo, gdy ten opowiadał o swoim zaplanowanym pięciorgu dzieci, potrząsnąć chłopem, a może nawet i trzasnąć jego niemalże elipsoidalnym łbem o ścianę, byle ten przestał snuć swoje rozważania na temat stanu związku. Dziewczyny w pracy układały już układy choreograficzne, gotowe nawet powiewać nogawkami od spodni i majtać nogami na wysokości jajowego nosa, wyśpiewując: "Nie nie ona cię nie kocha ona na na na na na!", bo wszelkie subtelne aluzje Tego od teledysku trafiały w próżnię, za okno, w sufit albo między uganiające się za turystami gołębie (nie zapomniałem, że sukinsyny kombinują jak przejąć władzę nad światem). Słowem - subtelności Tego od teledysku trafiały wszędzie, tylko nie do jajowego łba. Tak więc, gdy tego paskudnego poniedziałku, prawdziwej poniedziałkowej kwintesencji jadu i zła, Jajo zagadał o tym, że chyba już po wszystkim, Ten od teledysku wydał nie tyle westchnienie, co skowyt ulgi, a aniołowie w niebiesiech wznieśli hymny dziękczynne.
O święte naiwności!
- Ale wiesz - westchnął Jajo. - Ja nawet na nią naciskam, chce porozmawiać. Ale jakby mi powiedziała, że już mnie nie kocha, to nie wiem, co bym zrobił.
Anieli przerwali hymnowanie i wznieśli oczy ku Panu (mają blisko). Ten od teledysku, któremu Pan nie ukazuje się tak łatwo, wbił tępy wzrok w podłogę, zagryzł zęby i pomyślał, że dawno już nie pił z Szałapachem. Jajo jakby czytał w jego myślach.
- Ten facet, z którym tak dużo gadasz - odezwał się nieśmiało. - Myślisz, że też bym mógł? Że on mógłby mi coś poradzić?
W ten sposób Szałapach poznał Jajo. Nie przejął się szlochem aniołów, bo w nich nie wierzył. Prawdę mówiąc nie przejął się także opowieścią Jaja, w każdym razie nie tak, jak ten mógłby sobie życzyć.
Zgrzytnął zębami i obiecał sobie w duchu, że pogada z tym dowcipnisiem, Tym od teledysku, który postanowił zażartować sobie o jeden raz za dużo.
Ponieważ jednak na razie Jajo łypał na niego żałośnie, uniemożliwiając skupienie się na prawdziwie wartościowych zajęciach w typie solidnego użalania się nad sobą, wywarczał pierwszą receptę, jaka przyszła mu do głowy:
- Co jest, chłopie? Baby już tak mają, że same nie wiedzą czego chcą co do jednej! Więc czasem musisz to wiedzieć za nie, co oczywiście będą ci miały za złe, bo nie lubią, gdy się nimi dyryguje. W każdym razie od czasu, do czasu.
- To co mam robić?
- Wyczuć właściwy moment. Bo jeśli coś lubią to właśnie to. Każda. Wszystkie są takie same!

21:03, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Ten od teledysku żyje wśród strzępów. Zerka w lewo, a tam resztka jego stanu zdrowia opisanego przez pięciu lekarzy, zaświadczonego ośmioma pieczątkami i pięknie wydrukowana na komputerze. Patrzy w prawo a tam, zupełnie jakby rocznicowo strzęp instrukcji do gry "Grunwald 1410" z kawałkiem rysunku przedstawiającego rycerza w zbroi może nawet i lśniącej od lipcowego słońca. Co ponadto? Wygrzebany nie wiadomo skąd fragment metki mało używanych spodni, coś, co mogłoby być częścią fałszywej stuzłotówki, którą wypatrzył kiedyś na ulicy oraz skrawki zbyt małe, by dało się z nich cokolwiek wyczytać. Może pochodzą z zaginionej książeczki zdrowia? Ten od teledysku zbiera je, segreguje, układa na kształt puzzli, zastanawiając się, czy dałoby się z tego coś jeszcze uratować. Oczywiście, przypomina sobie zagubione stosy papierów, które przepadły nie wiadomo gdzie i jak. Czasem się poddaje, czasem wierzy wbrew wszystkiemu, że to i owo jest jeszcze do uratowania.
Jakby się nie nauwijał, jakby się nie starał, jakby nie wyczyścił swojego życia, każdego kolejnego dnia ono znów tonie w strzępach.
Sprawca tego całego zamieszania łypie ciemnymi oczami, macha szczątkowym ogonem i na wszelkie sposób próbuje skłonić Tego od teledysku do zabawy polegającej na łapaniu za rękę i umiarkowanie mocnym gryzieniu jej.
Powarkuje, poszczekuje, udaje, że nie rozumie odmów, aczkolwiek przybiera na ich okazje szalenie wymownie rozczarowaną minę.
I ani mu w głowie jakieś metafory.
17:03, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 stycznia 2010
-Od czasu do czasu, ani częściej niż inne przypadki, ani jakoś szczególnie rzadziej, dopadają nas niepowodzenia. Ot, tak, albo w wyniku spisku nieżyczliwych nam sukinsynów. Nadążasz za mną?
Ten od teledysku skinął głową, że nadąża.
- Dobrze - Ślimak zaciągnął się papierosem, pierwszy raz od czasów, gdy palenie było czymś, na co trzeba uważać z obawy przed burą rodziców. - Rozumiesz, można w tym upatrywać jakiegoś odwróconego mesjanizmu, ogólnego kurewstwa, albo po prostu brać to na siebie jak pokorny chrześcijanin.
- Znam jednego chrześcijanina - przypomniał sobie Ten od teledysku i zaraz się zmartwił, bo przecież nikomu dotąd o nim nie powiedział.
- No i Bóg z nim - Ślimak strzepnął popiół. Kolejny dawno nie wykonywany gest. Miał nadzieję, że nie wypali sobie dziury w spodniach. - Chodzi mi o to, że nie ma właściwej reakcji na niepowodzenie, rozumiesz?
- Rozumiem. Ale czemu mi o tym mówisz? Spotkało cię coś paskudnego?
- Nie, nie cholera - Ślimak spróbował wydmuchać kółko z dymu, ale nie udało mu się. Właściwie nigdy mu to nie wyszło, miał jednak nadzieję, że teraz, przy okazji pierwszego papierosa po latach, jakimś cudem dymne kółko wyjdzie mu ot, tak. - Wszystko w porządku! To znaczy - poprawił się - normalnie. Tak, po prostu gadam, bo dawno się nie widzieliśmy, więc nie bardzo mamy o czym. A chcę być gotowy.
- Jakby dachówka miała ci spaść na głowę? - domyślił się Ten od teledysku.
-A, właśnie! - roześmiał się Ślimak i z radości aż zdusił papierosa. - Pamiętasz?
Kiedyś, dawno temu, Ślimak przeczytał gdzieś, że co któryś tam człowiek ginie od uderzenia dachówki, która nie dość że wybrała jedną chwilę spośród wielu lat, odkąd położono ją na dachu, to jeszcze uderzyła pod odpowiednim kątem w odpowiednio nieodpornego na takie niespodzianki nieszczęśnika. Prawdopodobieństwo śmierci od spadającej dachówki jest małe, wręcz mizerne, zwłaszcza wobec prawdopodobieństwa śmierci od samochodu, podłego humoru jakiegoś nożownika, albo jakiejś przyczajonej podłej choroby. Niemniej Ślimak przed długi czas chodził ulicami z daleka od ścian budynków, zadzierając łeb w górę i rozglądając się czujnie po złowrogich krawędziach dachów.
- Chcę być gotowy, rozumiesz? - powtarzał Temu od teledysku. - Codzień jakaś dachówka może mi spaść na głowę, właśnie mnie. Będę gotowy.
Teraz, po ponad dwudziestu latach, Ten od teledysku znalazł wreszcie dla niego właściwą odpowiedź:
- To dobrze, podoba mi się to. Grasz na nosie przeznaczeniu.
- Jak to? - zdziwił się z kolei Ślimak zerkając niespokojnie na zgnieciony papieros, w którym tliły się jeszcze resztki trucizny.
- Nie wierzysz w gada. Może nie zaznasz spokoju, ale jemu też nie pozwolisz się zdominować. To fajne, podoba mi się.
Ślimak rozważał to przez kilka chwil.
- To może pogadajmy o laskach - zaproponował.
23:43, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »