RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Ona miała na imię O... i już nie pamiętam jak i gdzie spotkał ją Ten od teledysku, niemniej miało to wiele wspólnego z internetem. Powygłupiali się i umówili do kina. "To może jutro?_ - zażartowała, wiedząc, że mieszkają w zupełnie innych miastach. "W porządku" odpowiedział, wiedząc, już, że na drugi dzień firma wysyła go właśnie do jej miasta. Chyba mu nie wierzyła, gdy się umawiali, ale przyszła pod pałac kultury i była bardzo zdziwiona. Mam nadzieję, że tego nie czyta i że historia gościa, który przyjechał tylko dla niej nie została spalona.

Ten od teledysku jeszcze dziś rano, gdyby ktoś zapytał go o to, powiedziałby, że zdarzyło się to dopiero co. Może nie przedwczoraj, ale niewiele dawniej.
Porządki na koncie potrafią zachwiać pojmowaniem wszechświata, bo e-maile zachowują daty, a Ten od teledysku nigdy nie lubił kasować wiadomości, choćby nie wiem jak pożółkłych. 
Ona, jak się okazuje, ma już osiem lat więcej. On, jak wciąż mu się zdaje, jest starszy o jakieś dwa, może trzy dni.
18:56, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 stycznia 2011
Powiedzmy, że byłbym dojmująco sam, w niewielkim pomieszczeniu pachnącym niepokojem i zwątpieniem. Powiedzmy, że nie dochodziłyby do mnie dobre dźwięki, a jedynie cichsze bądź głośniejsze nerwowe żale. Byłaby to cena za względną wygodę - nieco ciepła, nieco jedzenia, nieco życzliwego, a może obojętnego, ale jednak poświęconego mi spojrzenia, za dach nad głową. Powiedzmy, że dni mijałyby mi bez zmian, ale ciągle jeszcze unosiłbym głowę na odgłos kroków, nastawiałbym uszu w nadziei na choćby słowo zwrócone własnie do mnie, ale może z czasem cieszyłbym się i z liczby mnogiej, z jakiegoś do "nas". Oczy może by mi mętniały od zwątpienia, ale jeszcze by rozbłyskały czasem, bo nadzieja tli się do końca.

Powiedzmy, że pewnego dnia stało by się to, w co powoli przestawałbym wierzyć. Spojrzenie spoczęłoby właśnie na mnie, głos przemówiłby też do mnie właśnie i tylko do mnie. Uniósłbym głowę, jeszcze nie pospiesznie, jeszcze starając się nie wierzyć, jeszcze odwracając oczy od rosnącego ognika nadziei. Ale potem dłonie wyciągnęłyby się właśnie do mnie i właśnie mnie by dotknęły. Poznawałbym ostrożnie to nowe ciepło, lepiej nie cieszyć się na zapas. Ale powiedzmy, że pozwolono by mi opuścić to miejsce względnej wygody, pachnące niepokojem i pełne odgłosów żalu.

Oswajałbym się, powiedzmy, z nowym miejscem i stopniowo uczył się przyjmować je jako dane mnie. Coraz ufniej przyjmowałbym słowa, dotyk i spojrzenia i odwzajemniał je. Znalazłbym miejsce, w którym mógłbym zasypiać wygodnie i ciepło. A po kilku dniach nauczyłbym się może zasypiać i spokojnie, w poczuciu bezpieczeństwa. Uznałbym może stałość miejsca posiłku, oswoiłbym się z gestami i głosami pozwalając by wszystkie one złożyły się na kokon swojskości i bezpieczeństwa. Poczułbym się przynależny tamtemu miejscu i przynależny komuś, kto zdobyłby moje zaufanie i uczucie.

Powiedzmy, że uśmiechnąłbym się ot tak, do życia.

Powiedzmy, że ten ktoś zabrałby mnie pewnego dnia na spacer, założył na szyję coś, czego jeszcze nie znałem, szarpiąc jakby brutalniej.
Czy miałbym czas zrozumieć co się dzieje po pierwszym, jeszcze nie tak mocnym szarpnięciu, czy miałbym siły próbować zrozumieć później tę zdradę, która nie powinna się zdarzyć, bo przecież nie oszukuje się nikogo tak okrutnie.
Czy miałbym w ogóle okazję przejmować się tym bólem w sercu, czy wszystko zgasiłby inny ból?
Czy jeszcze tliłaby się mimo wszystko ta nadzieja, tym razem wynikająca z niezrozumienia, że te dłonie mogłyby mi to zrobić, czy też tylko szarpałbym się mimo wszystko, bo już bym nie wierzył. Czy też do końca nie mógłbym zrozumieć i uwierzyć, że tak właśnie się dzieje. Wierzył, że to się zaraz skończy, że te dłonie mnie uwolnią, że przecież tak się nie robi komuś, kto im zaufał. 
14:49, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 stycznia 2011
kiedy wyszedł z domu, tego, przez uprzejmość, nie zacytuję. Nawierzchnia wyglądała, jakby nocą zalało ją szkło. Musiało zastygnąć do rana, przy okazji nasycając się kurzem, było bowiem jakieś takie szaro - bure. 
Pierwszy krok upewnił go, że najlepiej byłoby wrócić do domu, nim pierwszy raz w życiu złamie coś sobie po wywinięciu dzikiego fikołka.
Potem zrezygnował z stawiania kroków, zamiast tego ślizgał się na butach, coraz pewniej i zwinniej i mocniej. 

I nawet się uśmiechnął, co pewnie nie jest specjalnie miłe, zważywszy, że w tle na coraz więcej głosów grały syreny karetek, a ludzie coraz częściej i głośniej mówili to, co i on powiedział, gdy wyszedł z domu. Czasem okrzyki urywały im się w połowie, albo zmieniały w wezwania Panaboga pod którymś z jego imion. Samochody marudziły na skrzyżowaniach, tramwaje naburmuszały się w korkach, do których nie przywykły. Przechodnie, a właściwie prześlizgiwacze zachowywali się przeważnie jakby szykowali się do zawodów w koślawej gimnastyce artystycznej, choć kilku, jak Ten od teledysku postawiło raczej na ślizganie na czas. 

Na tle tych dziwności Ten od teledysku zasuwał kulawym ślizgiem, egoistycznie ciesząc się jak dziecko, sobek jeden.
Jutro ulepi armię pierogów i będzie je jadł przez weekend, a może i nieco dłużej. Ale to już inna bajka.
12:31, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »