RSS
poniedziałek, 23 lutego 2009
Mama i Vampiressa poszły dziś do wicedyra, żeby poskarżyć mu się na wszystko, co wprawdzie jeszcze ich z ręki nowej kierowniczki nie spotkało, ale już za chwileczkę, już za momencik może. Ten od teledysku poczłapał na spotkanie za nimi, bo przecież solidarność, tożsamość grupowa i wszystkie te nadzwyczaj ważne rzeczy nie pozostawiały go obojętnym. Pożytki z tej wyprawy były dwa. Jeden taki, że znów poczuł się jak w podstawówce i liceum, które to czasy stanowiły okresy niezapomnianej konspiry. W podstawówce, bo człowiek wtedy odruchowo wstępuje do różnych band, w których trzyma się sztamę przeciw całemu światu, a przede wszystkim przeciw Tej Drugiej Bandzie, oraz rodzicom. W liceum konspira zrobiła się nieco bardziej wzniosła, Ten od teledysku przemycał bowiem nieprawomyślne pisemka, rozrzucał patriotyczne ulotki po szkolnych kiblach śmierdzących bardziej tanim tytoniem niż moczem i nawet stawał na dywaniku u dyrektora odtawiającego zaskakująco pocieszne przedstawienia pt. "zatroskany dyro dzwoni do pułkownika z SB" (w rzeczywistości "pułkownikiem" była zestresowana sekretarka przyczajona przy słuchawce piętro wyżej). W pracy konspira pojawiła się zaraz po tym, jak Mama z Vampiressą wyszły na tajne spotkanie, a nowa kierowniczka wyszła zaraz za nimi dokładniusieńko w to samo miejsce. Ten od teledysku ostrzegł dziewczyny, a te czmychnęły popłosznie w jakieś miejsca za zakrętami. Ten od teledysjku dołączył tam do nich czym prędzej, bo lubi te konspiracyjne klimaty i chętnie się nimi ponapawał. Przy okazji uśmiechał się serdecznie do każdej przechodzącej blondynki, a one po krótkiej chwili wahania oduśmiechiwały się do niego.
Drugi zysk był taki, że mógł odwiedzić Szałapacha, co zdarza się nie tak często jak kiedyś, odkąd Ten od teledysku przeprowadził się na kompletne zadupie, do budynku dwie ulice dalej.
Ostatecznie wylądowali w trójkę o wicedyra, który posłuchał, pouśmiechał się a na koniec powiedział, że to, co powiedzieli zostanie zapamiętane. W odpowiedzi pokiwali głowami, jakby dokładnie o to im chodziło, żeby zapisać się w tajnej historii wicedyrskiego gabinetu i poszli. Dziewczyny w siną dal, natomiast Ten od teledysku w odwiedziny do Szałapacha.
- Jan Winnicki - uśmiechnął się Szałapach wysłuchawszy opowieści o wicedyrektorskiej znieczulicy. - Jest z wami, a nawet jeszcze bardziej i oczywiście, że podpisze się po tym, coście mu przynieśli, ale nawet ma lepszy pomysł, bo jemu, wiecie, nie za bardzo wypada.
Szałapach pił wino z czegoś, do czego dodał korzeń imbiru i bardzo był  zadowolony z siebie i w ogóle całego świata.
- Na szczęście jutro idę się upić - mruknął Ten od teledysku żywiąc nieżyczliwą nadzieję, że przynajmniej tym go zdołuje.
- Jutro? - zdziwił się Szałapach - Myślałem, że w weekend?
- Jutro i w weekend też. Co mam sobie żałować. Wiosna idzie.

22:47, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 lutego 2009
Cała okolica Tego od teledysku rozprotestowała się. Najpierw nagwizdali i natrąbili mieszkańcom i przechodniom policjanci dzielnie wspierani przez strażaków i grupkę wyglądającą Temu od teledysku na Wojska Ochrony Pogranicza. Ledwie przestało od nich huczeć i piszczeć w uszach, a pod wieżę ratuszową, która dawno, dawno temu była znacznie obszerniejsza, przybyli inni prostestujący, raczej niedookreśleni. Jedni trzymali białe transparenty, na których cokolwiek krwawo napisali: "dość krzywd!". Z strzępu transparentu innych Ten od teledysku zdołał odczytać "nic o nas bez...", potem odwrócili się do niego tyłem. Większość z nich dawno już nie oglądała czterdziestki na tortach. Ten od teledysku byłby może w stanie zaklasyfikować ich jakoś, gdyby nie powiewający ponad wszystkimi innymi, największy transparent triumfalnie głoszący światu, że ci, którzy go dzierżą należą do: "Towarzystwa Przyjaźni Polsko Rosyjskiej". "Towarzystwo..." skonfundowało Tego od teledysku do tego stopnia, że poszukał pomocy wśród zgromadzonych na gadulcu piranii. Pomysłów było ot, troszkę, ostatecznie stanęło na tym, że pod okna pracy Tego od teledysku przypałętała się grupa nieśmiałych protestujących od spraw mniejszych, wręcz minimalnych. Nie potrafiąc przełamać wrodzonej nieśmiałości musieli się oni umówić na sieci i przyjść protestować, dla dodania otuchy, wspólnie, choć każdy w innej sprawie.
I oni odeszli.
Jeszcze nie rozwiały się po nich spojrzenia przechodniów tubylczych, oraz turystycznych, a pod wieżą zaczęli rozkładać scenografię swego protestu ludzie młodsi od nich, z transparentami na razie pozwijanymi, przygotowującymi się do powiewania. Nie mogąc poznać ich haseł, Ten od teledysku znów uciekł się do pomocy piranii.
"Ci protestują przeciw tym, którzy protestowali przed nimi" - domyślił się Harkonenn.
"Albo przeciw tym, którzy przyjdą po nich" - podsunął nosiwoda.
"Protestują przeciw tym, którzy nie są nimi" - spróbował pogodzić ich Ten od teledysku.
Na tle tych wszystkich protestów, w naprzemian pięknie słoneczny i zaśnieżycowany dzień, Mama i Vampiressa spotkały się, dzięki pośrednictwu Rozważnego, z społecznym inspektorem pracy. Na spotkaniu, w którym uczestniczył także Ten od teledysku, ustalali co mogą zrobić w sprawie dziwacznych a nieprzyjemnych zawirowań w pracy. Wszystko to działo się w długiej sali, sto lat wczesniej służącej za kaplicę. Zamiast transparentów, nad ich głowami pięknie ukrywały się w cieniu freski. Wszyscy byli uprzejmi, konkretni i nawet się uśmiechali. Nikt nie miał megafonu, ani listy postulatów. Zamiast haseł ustalano możliwości.
Jest taka piosenka Elsiane, bardzo odpowiednia.
Tymczasem możemy ustalić listę życzeń.
19:34, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2009
No pięknie. Wystarczy wspomnieć o atrakcyjnych pisarkach, co to o kobietach dla kobiet piszą, żeby jakaś tępsza kuzynka sztucznej inteligencji blogowej skojarzyła życie Tego od teledysku z robieniem swetrów na drutach, noszeniem papierowej biżuterii, łańcuchami złota, srebra i bursztynu. Co na to feministki, do wszystkich diabłów?
Swego czasu Ten od teledysku i Drwal zabawiali się niecnie gmailem i wysyłali do siebie maile zawierające zbitki przypadkowych słów, ciekawi z czym to google skojarzy i jakie reklamy dostaną.
No to jedziemy:
Nie można odmówić urody pseudokoegzystecji kobiet o duszach kuguarów z mężczyznami o twarzach zgubionych ostatecznie rozpustnych cherubinów. Mogą być te z Bilala, jeśli kobiety też będą z Bilala. Naumieć się ich na pamięć - zawsze bladych o wyrazistych ustach i oczach nie jest trudno. Nawet zblazowanii filozofowie, co to tylko o absolucie i zaparodksowanym na amen Zenonie potrafią nawijać bez zająknięcia, poradziliby sobie z tym. No to jeszcze napiszę: zebra, klasyczne brwi załamujące się nad euklidesowskimi oczami i to wszystko w sosie, koniecznie sojowym.
Co ty na to, kuzynko blogowej SI? radź sobie, radź. A ja sobie posłucham elsiane bo urocza i klimatyczna.
Gramy!
18:33, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »

Ten od teledysku zaplątał się w intelektualne imprezy. Jeszcze dobrze nie wywietrzało mu z głowy spotkanie z dwoma pisarzami, kiedy trafił do tej samej knajpy na spotkanie z znacznie większą ilością pisarek. Wszystko to dlatego, że za czasów pięknej młodości łatwo przychodziło mu zaznajamianie się z ludźmi, w efekcie czego ciągle gdzieś kogoś zna.
Pośród sporej ilości nieznajomych ludzi wypatrzył Ślimaka, znanego także jako Piotrek Skandynaw. Ślimak owinął szal wokół szyi a siebie samego wokół trzech, czy czterech dziewcząt, zdaje się jakichś znajomych jego siostry, choć w przypadku Ślimaka nie można być nigdy niczego pewnym w temacie kobiet.

Ten od teledysku usiadł przy pianinie, bo tylko tam udało mu się znaleźć miejsce. Zaraz jakiś facet zagaił, czy Tot nie jest przypadkiem mężem którejś z pisarek. Prawdę mówiąc, Ten od teledysku czuł pokusę, by potwierdzić i rozsnuć przed nieznajomym mężczyzną z czarnej marynarce z jakiegoś grubego materiału wizję trosk i radości pożycia z pisarką. Zwalczenie pokusy zajęło mu jakieś pół ułamka sekundy.

Napił się piwa i oddał podziwianiu urody pisarek, Po drugiej stronie Sali Ślimak robił mniej więcej to samo, tyle, że popijał wino. Potem zgadali się co do faktu, że wyszła z nich prosta samczość nakazująca patrzeć na kobiety jak na okazje i potencjalności.

Pisarki tymczasem zajęły się zaprzeczaniem sobie samym. Powoływały się na mądre księgi (za wyjątkiem jednej, najmłodszej, posiadającej jeszcze kilka wspomnień dziewczęcego uroku z dzieciństwa; ona oświadczyła, że po prostu lubi opowiadać historie. Temu od teledysku spodobała się najbardziej i nawet po powrocie do domu sięgnął po jej opowiadanie ze zbiorku), snuły przypuszczenia na temat swoich tekstów i jedna w drugą zapewniały, że nie istnieje podział na literaturę męską i damską, a jedynie na dobrą i złą. „Akurat!” – pokpiwał w duchu Ten od teledysku słuchając, jak tłumaczą, że trzeba było zrobić wreszcie miejsce dla kobiet, pokazać, że też potrafią i takie tam. Zdaniem Tego od teledysku, że potrafią nie ma żadnych wątpliwości, nie wspominając już nawet o takich tam. Ale skoro potrafią, to po jaką cholerę wytyczać im własne podwórka w postaci kobiecych antologii? To znaczy, po jaką cholerę Ten od teledysku wie – książki dookreślone sprzedają się lepiej od niedookreślonych.

Niech tam. Postanowił nie wnikać. Dopił piwo i dosłuchał rozmowy. Potem pogadał chwilę z Beatą, która wszystko to niezwykle przezywała, zamienił kilka słów z jej mężem, aż w końcu usiadł z Ślimakiem, dzięki czemu mogli sobie powiedzieć, co myśleli podczas spotkania.

Wokół nich uwijały się pisarki. Nie było w nich nawet śladu tego zagubienia, które towarzyszyło pisarzom dwa dni wcześniej. Tamci zastanawiali się nad odpowiedziami, odmierzali i oszczędzali słowa. Pisarki po prostu odpowiadały, mówiły, spierały się ze sobą. Podczas, gdy pisarze odrzucali autorytety nauk i myślicieli, pisarki powoływały się na nie. Ten od teledysku porównując jednych z drugimi uznał, że świat istotnie należy już do kobiet. Szczęśliwie wesołe i smutne imprezy gadane przy piwie i wszystkie te zalewajki całonocne należą wciąż do mężczyzn.

Oczywiście nie zawsze. Problem z suwerennością imprezowania polega na tym, że choć faceci mają swoje rytuały odmienne od niewieścich sabatów, owe ostatnie oazy czystej nieskrępowanej samczości stawiające rozpasaniu równouprawnienia opór znacznie bardziej zdecydowany, niż najbardziej konserwatywny męski klub (jasne, tajną bronią tych imprez stanowi fakt, iż kobiety częściej uznają je za obrzydliwe, niż nobilitujące, dlatego ani im w głowie zdobywanie tych fortec; zresztą nie muszą tego robić, o czym jak tylko zamknę nawias), to cóż z tych oaz wolności, gdy znaczna część przybywających do nich mężczyzn i tak należy już do kobiet. Pomyślał o tym Ten od teledysku, gdy Pieszczoch, który uciekł na dni kilka z Wawy zadzwonił do niego na godzinę przed umówionym spotkaniem i powiedział: „już jedziemy”.

Acha – mruknął Ten od teledysku – Acha.

Pobrnął przez śnieg po kostki, a czasem i do połowy łydek, mokry, zimny – piękny. Napadało go przez trzy dni rozkosznej śnieżycy.

Ten od teledysku pokonał rzekę, pstryknął kilka zdjęć niebieskiemu mostowi i marznąc wesoło (lubi marznąć) ruszył ku knajpie, w której się umówili. Stała tam, najwyraźniej jak co niedzielę, ta młoda dziewczyna o oczach w kształcie łuków. Miała odsłonięte plecy, jej wystające łopatki nie skojarzyły się Temu od teledysku z skrzydłami, ale spodobało mu się jak poruszały się z proporcjonalną równoległością wobec kręgosłupa. Wokół szyi miała owinięty czarny szal, co doskonale pasowało do zapchanej starymi meblami i zdjęciami knajpy, typowej dla swojego rodzaju, ale miłej. Ten od teledysku pamiętał dziewczynę z naleśnikarni. Wtedy ubierała się w firmowe żółcie i zielenie.

Zamówił, co zamówił i czekał na nich.

W tle siedziała para znacznie starszych od Tego od teledysku ludzi. Coś przeżywali. On mówił głośniej, ona ciszej. Przyszła druga barmanka, mocniej zbudowana i pewniejsza siebie. Uśmiechała się łatwiej chyba niż dziewczyna z naleśnikarni.

W tle pogrywał Flunk i w końcu poleciała ich wersja Blue Monday.

Ten od teledysku pomyślał, że tak właśnie jest pięknie i że nie musi już nic mówić. Ani słowa.

17:01, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Ten od teledysku wylądował na spotkaniu z pisarzami. Usadzono ich w niezbyt przestrzennej piwnicy jednej z knajp, na kanapie naprzeciw umiarkowanie licznej gawiedzi poukładanej w trzech nierównych rzędach krzeseł. Obaj pisarze byli inteligentni i dowcipni. Jeden był oprócz tego pijaniusieńki. Spotkanie prowadził cokolwiek stremowany krytyk, mniej więcej w wieku pisarzy, czyli około trzydziestki. Zadawał straszne pytania, na które nie dało się sensownie odpowiadać, zresztą odpowiedzi z czasem przestawały interesować nawet jego. Publiczność przypatrywała się pisarzom z życzliwym zainteresowaniem, choć kilka ślicznych młodych studentek z trudem tłumiło ziewanie. Ten od teledysku zerkał na niespieszny zegarek. Jednego z pisarzy znał wraz z większością jego tekstów na takie okazje. Odczuwał więc lekkie znużenie gdy tamten próbował znaleźć jakiejś wyjście z przeintelektualizowanych, coraz bardziej rozpaczliwych pytań prowadzącego. Odpowiedzi drugiego udawało się z grubsza Temu od teledysku odgadywać. Dla zabicia czasu zerkał więc na przerysowanie sympatyczną blondynkę o wąskich ustach i jasnych ząbkach, których nieśmiały blask przebijał się przez oszczędnie czerwone wargi. Jej koleżanka była blondyńsza, seksowniejsza, bardziej wielkooka i nosiła szarą spódnicę, odpowiednio grubą na zimny lutowy wieczór, lecz wzbogaconą o flirt obietnicy falbanek - szerokie szale fale. Kumpel pijaniusieńkiego pisarza robił zdjęcia, jakaś kobieta powstrzymywała się z trudem od nerwowego przebierania palcami po blacie okrągłego stoliczka. Wreszcie zadała pytanie o filozofię i chyba dopiero wtedy dostrzegła, że jego adresat znacznie oddalił się od trzeźwości. Skorzystała więc z pierwszej okazji by się wycofać i nie przypomniała, że chciała zapytać o to samo obu panów. Pozwoliła, by młody okularnik o zmierzwionych czarnych włosach nierówno opadających na kark i poza uszy zadał swoje, dziwne, zrozumiałe chyba tylko dla niego pytanie. Trzeźwy pisarz odpowiedział, zgubił się w tej odpowiedzi, upewnił, czy na pewno o to chodziło, nie uwierzył zapewnieniu, że właśnie tak, dokładnie o to. Spotkanie dobiegło końca i Ten od teledysku czmychnął czym prędzej na ulicę, a nią do domu.
O cokolwiek moglibyśmy spytać pisarzy i w jakkolwiek sprytne, intelektualne i fikuśne woalki przybralibyśmy pytania, zawsze sprowadzą się one do trzech punktów:
1. Jak to się dzieje, że piszesz?
2. Skąd bierzesz pomysły?
3. Co na tym zyskujesz?
A oni nigdy nie będą potrafili szczerze na to odpowiedzieć, czy sami zadają sobie co jakiś czas te pytania, czy nie.
Reszta to tylko piwo, te śliczne studentki i zakłopotany prowadzący.
23:34, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »