RSS
czwartek, 25 lutego 2010
Telefon od Perełki, siedzącego w pustym hotelowym pokoju, Ten od teledysku przyjął z wdzięcznością i ulgą, bo okazja do rozmowy pozwoliła mu oderwać się od nic nierobienia. Posiedzieli więc, każdy na swoich pustych metrach kwadratowych, pośmiali się głośno, wymienili garść informacji, a także nie tyle wspomnień, co nawiązań do nich. Poklepali się po plecach słowami, a potem jeden sięgnął po butelkę pepsi uczynnie oczekującą pod biurkiem, a drugi zszedł do hotelowego baru na drinka. Właściwie nic się nie stało, ot porozmawiali sobie panowie.
To tylko dwaj faceci, którzy spotkali się, jak wszyscy inni ludzie na świecie, zbiegiami tysięcy drobnych zbiegów okoliczności czyniącymi wszystkie nasze spotkania i poznania czymś niewiarygodnym i nieprawdopodobnym, którzy nie spotykają się zbyt często, wciąż pamiętają o sobie.
To dobra myśl przed zaśnięciem i całkiem niezły powód dla wynalezienia telefonu.
00:07, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2010
Niebo postanowiło trochę poprzeciekać. Ponieważ nie do końca dogadało się z powietrzem cała ta ściekająca zewsząd wilgoć zamarzała każdego wieczora, a ludzie ślizgali się, wywracali i doprawdy mało komu było do śmiechu.
No, może Szałapachowi, który przypomniał sobie  o istnieniu dachu, gdy nakazano mu wspiąć się nań i postrącać na ziemię kilogramy niebezpiecznie zalegającego śniegu. Wszystko, co miałby do powiedzenia w tym temacie rozsądnie zachował dla siebie, pamiętając, że nowy administrator budynku bardzo krzywo patrzy na jego maleńkie mieszkanko przycupnięte na parterze labiryntu.
Szczęście, że Inka sikała draniowi do butów i mordowała paprotki z takim uporem przynoszone przez żonę tamtego.
Zrzucenie śniegu zajęło Szałapachowi ponad dwie godziny. A później musiał jeszcze ganiać z łopatą, by usypać z tego, co zrzucił pięć sporych śnieżnych gór. Nocą, cały obolały od niebagatelnego wysiłku śnił o powodziach.
Dlatego gdy kilka dni później obserwował z wysokości dachu te wszystkie fikołki, piruety i rozpaczliwe machanie rękami, gdy wysłuchiwał przeraźliwych krzyków i złorzeczeń, cieszył się, że jednak jest sprawiedliwość na świecie.
Nawet, gdy spadał z dachu, bo przecież i tam było ślisko, myślał o tej sprawiedliwości.
Być może jedyny.
20:44, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 lutego 2010
Oto jak odbywały się jedne z najważniejszych i ciągnących się w nieskończoność wojen dzieciństwa Tego od teledysku: talię - a czasem dwie, lub trzy - kart należało potasować i rozdać równo pomiędzy graczy, zwykle dwóch. Nie rozkładano ich w wachlarzyki, lecz trzymano w stosach, których zawartość była początkowo tajemnicą także dla właścicieli. Odkrywali oni kartę z góry i nie mieli żadnego wpływu na strategię gry. Wojna była grą czysto losową, a partia - przy odpowiedniej konfiguracji mogła nigdy się nie skończyć, choć to wbrew zasadom prawdopodobieństwa. 
W dzieciństwie karty otaczały Tego od teledysku zewsząd. Jego dziadek był namiętnym karciarzem. Przesiadywał całymi dniami w parku przy stoliczkach sprytnie ustawionych obok piaskownic. Dziadkowie z całej okolicy siadywali tam i rżnęli w pokery, brydże i remiki, podczas gdy hordy ich wnucząt korzystając z dziadkowych nieuwag urywały się z piaskownic i szalały po całym parku. Byle grupa drzewek wydawała się im tam nieprzebytą dżunglą, otaczające park kruche wapienne skałki zmieniały się dla nich niemal w Himalaje, a w każdym krzaku, za każdym rogiem, kryli się Niemcy, do których strzelali z karabinowych patyków. Możliwe, że grać w wojnę nauczył Tego od teledysku dziadek. Mógł to jednak zrobić ojciec, albo nawet koledzy. Bo karty krążyły wszędzie i stanowiły istotny element życia w świecie, w którym nie było jeszcze komputerów osobistych, z planszówek dostępny był wszechobecny chińczyk, a wypełniona głównie propagandą telewizja kończyła się ok. 22.00. Tak więc grali wszyscy, choć najwięcej mężczyźni.
Z braku rodzeństwa bardzo młodociany Ten od teledysku grywał z rodzicami, przede wszystkim z ojcem, któremu, jak wszystkie małe dzieci, wierzył bezgranicznie.
To pewnie była niedziela (jeszcze nie istniały wolne soboty), gdy rozgrywali z ojcem kolejną partię. Jak to w wojnie bywa, Ten od teledysku najpierw mocno wygrywał, potem zaczął przegrywać. Siedział skupiony z wzrokiem utkwionym w kartach spadających na "plac", ale naraz, czy to od nagłej gry promieni słońca na szybach, czy przez powiew wiatru, a może z powodu jakiegoś niespodzianego hałasu, bądź w wyniku spisku podłych lokalnych Erynii, podniósł głowę. W ten sposób nakrył ojca na wyciąganiu sprytnie przyszykowanych królów i asów z spodu talii. 
Ojciec oszukiwał, by wygrać.
To jedna z tych chwil, jak wtedy, gdy dowiadujemy się, że Święty Mikołaj to wynajęty facet w przebraniu, gdy mozolnie i boleśnie przestajemy się kochać w naszej pierwszej dziewczynie,albo gdy siedzimy obolali, krew leci nam z nosa, a my odkrywamy, że jednak nie jesteśmy niepokonani.
Gdy widzimy jak ojciec, mistrz wszystkich sztuk oszukuje z nami, by wygrać, najpierw rzucamy trzymaną właśnie w ręce kartą, zupełnie nie interesując się czy była figurą, czy blotką, podrywamy się z wersalki i biegniemy do kuchni krzycząc: "Mamooo! Tata oszukuje!". Jeszcze do nas nie dotarło, co właśnie się stało, ale już gna nas to oburzenie. Świat zadrżał w posadach, choć my nie wiemy jeszcze, jak bardzo została naruszona nasza rzeczywistość. Że oto postawiliśmy jeden z tych fatalnych kroków ku dojrzałości, że odtąd będziemy patrzeć naszemu ojcu uważnie na ręce. Zapamiętujemy tą chwilę na zawsze.
Oczywiście, kiedy jesteśmy dziećmi, myślimy jak dzieci. I dlatego długo, długo Ten od teledysku wspominał tamtą nieszczęsną niedzielę, jako dzień, w którym zaczęło się coś fatalnego, początek opuszczania krainy czarów.
Dziś, jeśli to sobie przypomina, uśmiecha się i mruczy: "kiedyś, siadywaliśmy na wersalce - mój ojciec i ja - i grywaliśmy w karty. Póki nie nauczyłem się innych gier, w wojnę."


10:36, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 lutego 2010
Niedawnej, słonecznej niedzieli, kiedy temperatura podniosła się na tyle, że lód na Wiśle nie tyle zaczął pękać, co naprawdę porządnie topnieć i rozpływać się na powrót w rzekę, Ten od teledysku wybrał się na dłuższy spacer, by pogapić się na śnieg ładnie bielejący pod niebem, które dawno już nie było takie błękitne. Zanurzał dłonie w śniegu, by poczuć mróz, robił średnio udane zdjęcia i dziwił się wrzawie rzeki, bo pierwszy raz słyszał, żeby była tak głośna.
To darły się ptaki. Jakieś duże, białe ptaki o długich żółtawych dziobach krzyczały jak ludzie ogarnięci szalonym chichotem. Mniejsze tylko pokrzykiwały skrzecząco. Kaczki wydawały trzy, czy cztery rodzaje kwaknięć i wszystkie próbowały przekrzyczeć sąsiadów. Unosiły się wodzie, albo obsiadły kry - nie było miejsca na rzece wolnego od ptaków i wszystkie krzyczały. 
Wszystkie, oprócz kormoranów, które udawały, że nie zauważają reszty tatałajstwa i tylko czasem prężyły się na wpół rozkładając skrzydła i zamierając na chwilę w tej pozycji.
To było coś - Ten od teledysku po raz pierwszy widział kormorany na Wiśle. Nawet zdziwił się, że je rozpoznał, choć przecież nie potrafił nazwać tych białych ptaków - i dużych i małych, ani rodzajów kaczek. A by rozpoznać kormorany wystarczyło mu jedno spojrzenie. Jakby mózg ucieszył się z czegoś tak dawno nie widzianego i pospiesznie podsunął nazwę. 
Było ich tylko kilka - pięć, może sześć. Ten od teledysku pomyślał, że pewnie przysiadły tylko na chwilę, zaraz odlecą i nigdy więcej ich nie zobaczy. Wymyślił, że ten moment wart jest zapisu w jakiejś cennej formie, że mógłby ułożyć go w jakieś znaczenie, mały symbol otwierający ludziom spojrzenie na któryś z fragmentów ich prywatnych biografii, a może i wewnętrznych światów. Długo jednak nie mógł znaleźć żadnego, więc zrobił dwa, lub trzy średnio udane zdjęcia i ruszył dalej wzdłuż rzeki dziwiąc się jaka ona rozkrzyczana.
I ani mu do głowy nie przyszło, że ledwie kilka dni później cała chmara jego emocji wzniesie się i rozwrzeszczy wraz z emocjami innych ludzi. I pośród tego piekielnego chaosu nie będzie ani jednego kormorana, który po prostu wyprostowałby się i uniósł skrzydła spokojnie ignorując wrzaski i chaotyczne uniesienia. I ani nie pomyślał o tych kormoranach, gdy znów dopadło go uświadomienie, że jak wszyscy inni składa się też i z emocji i że jakiekolwiek by one nie były zbliżają go do rozkrzyczanego ludzkiego stada, zazwyczaj kompletnie pogubionego. 
Pomyślmy, że to dobrze. Że patrząc na rozgniewanego innego może zbliżyć się do niego poprzez zrozumienie tego gniewu, który przecież też potrafi odczuwać. Że może pojąć ślepotę, jaką sprowadza na nas wściekłość i mniej lub bardziej chybione poczucie krzywdy. Że wyjściem z solipsyzmów nie jest ciało, lecz dzika emocja, która potrafi zakneblować nasze mózgi, podporządkować sobie nasze układy nerwowe i poprowadzić nasze ręce do napisania liter, które nasze oczy będą skrywać przed nami, ułożyć nasze usta słowa, które nasze uszy przed nami zasłonią i które poznamy dopiero, gdy już zaistnieją, gdy już żadna siła we wszechświecie ich nie cofnie. Pomyślmy, że w tym właśnie - jeśli nie w czymkolwiek innym - nie jesteśmy sami. Pomyślmy to dla Tego od teledysku, a może i za niego. Poczujmy tę bliskość z całą rozkrzyczaną, nieopanowaną, poddającą się zupełnie bezwolnie emocjom ludzkością.
A potem odetchnijmy i nie dziwmy się, że on nie zapomina i nie chce zapominać i ani w głowie mu szukać pojednania. 
22:19, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010
Ten od teledysku czasem tęskni za:
- sobą jako tym tajemniczym nickiem, który krył zdobywcę zanickowanych kobiet - tych wszystkich piękności, którym brakowało któregoś rodzaju spełnienia. Pozwólcie, że opowiem Wam o nich:
Jedna była oczytaną, inteligentną kobietą nieco po czterdziestce, która rzuciła męża w imię spotkań na czacie. Ten od teledysku pamięta jak rozmawiał z nią i zdumiał się jak bardzo ona potrafi się mylić. Za jej pośrednictwem zrozumiał, jak bardzo inteligencja, oczytanie i wynikające z nim marzenia potrafią zwodzić kobiety, ale i mężczyzn, choć ci jeszcze mniej chętnie do tego się przyznają. Druga była chaosem ściągającym ku sobie mężczyzn, trzecia sprytną flirciarą, czwarta miała fetyszystycznie- dominujące pokusy, piąta była sprytną dowcipiarą, piąta pragnęła mężczyzn, którzy nacinaliby jej nabrzmiałe w uniesieniach sutki żyletkami, następna była słodka w stroju i poczynaniach, kolejna buntowała się przeciw jedzeniu mięsa, a jeszcze inna miała córkę i nie ufała żadnemu mężczyźnie, który wydawał się jej zbyt interesujący. Wszystkie one wywierały na Tym od teledysku wpływ bardziej niż niebagatelny i wszystkie zostawiły w nim, coś, czego do dziś nie potrafi nadgonić. A zatem, by dochować wierności akapitowi, tęskni za:
- sobą jako tym durnym debilem, który napisał na privie: "nie strasz mnie", w kontekście kobiety niezwykłej poprzez jej fałszywą agresję, dziką a zatem nieokiełznaną pewność siebie będącą pragnieniem spotkania kolesia, który spisałby się lepiej niż Tot. Czy czasem wydaje się Wam, że raz jeden w historii siebie wypowiedzieliście o jedno niewłaściwe słowo za dużo? Że mogliście ten jeden raz nie śmiać się z dzieciaka (jak wy), z którego śmiali się wszyscy inni, że mogliście nie rzucić kamieniem i takie tam? Ten od teledysku pamięta - w imię tych wszystkich wspomnień - czatową dziewczynę, przed którą ostrzegał go zakochany w niej koleś, a która jakoś tam ufała mu (czemu nie sprostał zupełnym przypadkiem, bo w godzinie, w której się z nią umówił internet - za pomocą którego się spotykali - był znacznie mniej dostępny, niż dziś)
- sobą pod tym mizernym drzewkiem, kiedy lunął deszcz,a on, jak należy, ukrył Ją pod kurtką, ale nie wykorzystał tego, bo przecież nie należy - jak wykombinował - korzystać z niewieścich tarapatów. Ona nie wiedziała o tym, dlatego rok i trochę więcej później zaprosiła go w weselnych okolicznościach na poddasze, gdzie zaciągając się długim, wąskim papierosem, szepnęła: "zimno mi". Pomyślał: "Masz męża - może go tu nie ma, może znaliśmy się wcześniej, może było jakieś cośtam, ale masz męża. Może nazwiesz syna moim imieniem i będziemy wymieniać maile i smsy o skrytych treściach, ale masz męża." 
A potem patrzył na innego kolesia i myślał - jakie to smutne, z każdego punktu widzenia, bp przecież każde z nas jakoś coś w tym traci. 
"A co to znaczy: "Eunice" - spytała, gdy zirytowany pan młody (bo to przecież było wesele) uderzył w kolesia, który zastąpił Tego od teledysku złośliwą, klasyczną aluzją.
- sobą w tej wannie pełnej Niej i półtoralitrowymi butelkami parszywego taniego wina, u niej białego, u niego czerwonego, gdy pili krok po kroku do orgazmu, choć wanna była ciasna, a wino tanie.
- sobą gdy było mu bliżej do ludzi w tym nieco naiwnym braku przekraczania oczekiwań, gdy chciał od ludzi tylko tego, co może im dać, tylko tego miejsca czekającego na wypełnienie nim,
- sobą, któremu się wydawało, że ludzie zawsze będą lubić go za to wszystko, czego on w sobie nie dostrzega.
Potem Ten od teledysku budzi się i stwierdza, że Szałapach nie tęskni za żadną z tych rzeczy; co więcej - wolałby, by Ten od teledysku przestał mieszać wspomnienia z gówniarskimi oczekiwaniami. Siadają obaj na dachu, lub na schodach, albo przy stole i opowiadają sobie o rzeczach, za którymi nie tęsknią. Aż wreszcie, po pewnej ilości zdań, Ten od teledysku oświadcza:
- Kiedyś, kiedy zapomnę o wszystkim, czego, jak sądzę, oczekują ode mnie nowo poznani ludzie, zamknę się w mieszkaniu i spędzę dziesięć lat życia tylko sam ze sobą.
- No i co? - pyta Szałapach.
- To będzie straszna masa straconego na siebie czasu - odpowiada po chwili Ten od teledysku i idzie po wódkę dla nich obu, czego oczywiście będzie żałował następnego poranka, ale za czym pewnie zatęskni, za lat dziesięć, lub może piętnaście.
22:06, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 lutego 2010
Zima postanowiła być uparta w tym roku. Wampirella klnie na nią w żywy kamień, Jajo a to narzeka, że mróz jest za duży na deskę, a to że śniegu na to za dużo napadało. Pewnie odetchnie z ulgą na wiosnę, kiedy za całą wymówkę starczy mu widok za oknem. Ślimak gdzieś się zakopał, Ruda chyba szykuje się do rozstania z nowym facetem, który omal że nie został jej mężczyzną i tylko Sowa czasem coś tam o sobie przypomina Temu od teledysku. Pewnie wie, że się przed nią chowa.
Pieszczoch nadal jest zaręczony, a Perełka został ojcem.
Ten od teledysku otwiera okna na oścież i cieszy się, że marznie. Śnieg sypie, ale Wisła rozmarzła już miejscami. Na szczęście półchoinka, którą ktoś rzucił na lód na rzece, a którą Ten od teledysku odkrył pewnego świtu, gdy wracał do domu po Zamiastconie, wciąż tkwi w okowach. Ten od teledysku mija ją w drodze do pracy i cieszy się z tego, a wraz z nim cieszą się rybitwy oskubujące drzewko z igiełek. Czas upływa z każdą urwaną igiełka i zbliża się wiosna, w którą chyba coraz trudniej uwierzyć. Może czas zamarzł, a z nim oni wszyscy? To niezła myśl - zostali by tu na wieczność.
Ten od teledysku chodzi ulicami jak przez pole minowe pod ostrzałem - uważa na każdy krok, by nie wywinąć kozła i nie połamać się doszczętnie a przy tym co chwila zerka w górę, pod dachy - gdzie czają się sople. W efekcie trudno mu skupiać się na mijanych kobietach, które przecież tak pięknie wyglądają zimą - poopatulane aż po same nosy, nad którymi opinają się zaraz rozciągnięte do granic możliwości czapidła. Tylko oczy im błyszczą spod tych zbroi i czasem jeszcze strzępy włosów buntują się przeciw dzianinowym niewolom. 
Wszystkie je można teraz sobie wyobrażać. Zupełnie jak wiosnę za lodem.
21:13, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
W roku, który minął nieco ponad miesiąc temu, obecny właściciel labiryntu, w którym pracował Ten od teledysku uznał, że kryzys to doskonały moment, by dobudować do budynku gustowną trzypiętrową przybudówkę. Plan jego zrealizowano w ciągu ośmiu miesięcy wypełnionych setkami rodzajów hałasu, wraz z okazjonalnym szuraniem, przekleństwami w obcym języku, gdy upuszczano cegły, brzękiem tłuczonego szkła i pojękiwaniami kobiet, które nie były w stanie znieść tego wszystkiego. Raz nawet, pod sam koniec budowy, jakiś człowiek krzyczał przeraźliwie przelatując z potworną prędkością za oknem Tego od teledysku. Ponieważ jednak prowadzony przez przywiązaną do czegoś nogę leciał w górę, nie zaś w dół, Ten od teledysku nie martwił się bardzo o jego zdrowie. Odczekał wprawdzie niepewną godzinę, czekając, czy nie przyjedzie pogotowie. Ponieważ jednak nie przyjechało, z spokojnym sumieniem poszedł do domu.
A teraz utknął w tej cholernej przybudówce, zgubił się w niej.
Oczywiście nie mogła być normalna. Musieli zbudować w niej dwie krzyżujące się klatki schodowe, z których jedna pozornie tylko prowadziła w górę. Idąc nią Ten od teledysku trafił niespodziewanie do czegoś, co jeszcze nie było piwnicą, z pewnością jednak dawno już nie widziało słońca. Znalazł tam grupę ludzi, w których po kamizelkach z logo, jakie niejasno zapamiętał, rozpoznał robotników budowlanych. Nie powinno być tu ich od miesięcy.
Byli drobni, wręcz tak malutcy, że w pierwszej chwili wziął ich za skrzaty.
- Nihao! - zawołał jeden z nich, chyba specjalnie dla Tego od teledysku zapalając święcę. Przy jej nikłym, rozedrganym płomyku Temu od teledysku wydało się, że tajemniczy ludzie mają skośne oczy. Wysilił całą swą znajomość azjatyckich języków i wydobył z siebie całkiem niezły początek, brzmiący trochę jak: "łatasziłaaaa..." po czy zamarł, bo więcej już nie pamiętał.
Tubylcy ucieszyli się, choć chyba nic nie zrozumieli i zarzucili go potokiem słów, z których wyłapał jedynie często powtarzające się coś w rodzaju: "łohaomao". Często zdania kończyły się wysoko urywanym prawdopodobnie w znaku zapytania "ma?". Nic z tego nie zrozumiał, poza faktem, że odnalazł zaginioną, a może porzuconą część ekipy budowlanej. Przez grzeczność przyjął miseczkę ryżu, a potem pobiegł po Szałapacha i niemal siłą zaciągnął go na miejsce.
Po tubylcach nie było ani śladu.
- Próbowałem ci wytłumaczyć - wydyszał nieco zmęczony Szałapach. - Ich szefowie okazali się bandą sukinsynów i zostawili ich tutaj, żeby nie opłacać im powrotu. No to siedzą i czekają, aż znajdzie się coś do roboty. Na wszelki wypadek trochę się ukrywają.
- Tutaj?
- A czemu nie? Na trzech piętrach nie uświadczysz żywego ducha, bo przez recesję nie ma ich komu wynająć. Wszystko należy do nich - na dachu uprawiają ryż, a w piwnicy hodują szczury. 
- Boże - jęknął Ten od teledysku. - Nie można im jakoś pomóc?
- Cały czas im pomagam - wzruszył ramionami Szałapach. - Wymieniam ten ich ryż na alkohol. To bardzo przyzwoici ludzie - tłumaczył gdy wracali. - I fachowcy. Pamiętasz, tego, którego ta ich średniowieczna winda wciągnęła na dach?
- Jakbym mógł zapomnieć! - parsknął Ten od teledysku, ale przygasł pod spojrzeniem przyjaciela.
- Zamurowali go w ścianie.
- Że co?
- No wiesz, prymitywne kultury zakopywały pod wybudowanymi  domami koty i psy, żeby ich duchy strzegły domostwa. Oni teżtak chcieli. Ale jak jeden z nich zginął, skorzystali z okazji. To się nazywa oddanie pracy, co?
- No weź! Robisz sobie ze mnie jaja!
- Jak nie chcesz, nie wierz. Ale możesz zapytać Żenię, on wszystko potwierdzi.
- Kogo?
Szałapach aż się zatrzymał.
- Nie mów, że nie znasz Żeni!
- Nie znam Żeni - oznajmił Ten od teledysku. - Kto to jest?
- Wiesz, że pod piwnicami mamy ten schron przeciwatomowy, nie?
Ten od teledysku wiedział.
- No i Żenia był kierownikiem jego budowy, wtedy wszystkie takie rzeczy budowali, albo przynajmniej nadzorowali Ruscy. No i zakochał się Żenia w jednej sprzątaczce i został. Że musiał się ukrywać, bo by go wzięli z powrotem do sojuzów, schował się w takim ukrytym korytarzu, co to go sam zrobił i tam przeczekał. Właściwie wciąż przeczekuje. Co chcę go wyciągnąć na zewnątrz, powtarza mi, że nic nie wiem o KGB.
- Teraz to już na pewno robisz sobie ze mnie jaja! - zaprotestował Ten od teledysku. - Przecież ten schron budowali tu w latach pięćdziesiątych!
- Żenia jest Gruzinem - odparł Szałapach. - Oni są cholernie długowieczni.

21:06, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »