RSS
piątek, 27 listopada 2009
Ten od teledysku zatrzymał się na moment długi jak mrugnięcie okiem, gdy wolniej niż kilkanaście lat temu, ale szybciej od większości przechodniów (ale nie od tej dziewczyny z tego poranka, która biegła jak on kiedyś biegał i zostawiła go daleko za sobą, ledwie przekroczyli ulicę) szedł przez ulicę wyłożoną kocimi łbami, jeszcze nie ostygłą po porannej mżawce zeszklonej przymrozkiem, teraz obłożona ciężkim, gęstym światłem słońca przebijającego się przez ni to smog ni chmury. Zatrzymał się, ponowił krok, zwolnił, znów się zatrzymał. Ponieważ nawet wolno przesuwających się przechodniów irytują takie zmiany tempa i w ogóle tarabanienie się na środku wąskiego przecież i tak chodnika, dodatkowo zastawianego luksusiejąca z roku na rok ekspozycją motoryzacyjnej pychy, usunął się z drogi tym, którzy się nie zatrzymali. Zabrakło im powodu, o co łatwo, gdy chodzi się jak większość tubylców – z wzrokiem utkwionym w najbliższe punkty przed sobą, wiodące bezpośrednio do celu. Ten od teledysku chodzi inaczej. Nigdy się nigdzie nie spieszył, bo zawsze wszędzie gnał, miał więc czas i na zbaczanie ze szlaków i penetrowanie zakątków, przytrafiających się niespodziewanie. Mówiąc krótko – chodząc rozgląda się na wszystkie strony. Tym razem pozwoliło mu to dostrzec wystawę czegoś, co służy za punkt sprzedaży gazet i okolicy, oraz potencjalny przystanek między dzisiaj a rajem. Tym razem czarne cyferki na białym tle osadzonym w żółtej ramce głosiły, że kumulacja sięgnęła piętnastu milionów.
Piętnaście milionów!
Jakaż to okazja! Można by posłać w diabły wszystkie te prace skazujące człowieka na użyczanie własnej twarzy do cudzych projektów i niepowodzeń, ale i porzucić też użeranie się z powszednim nieuchronnym bankructwem własnych biznesowych zamierzeń, zmieniającym wniebowznośne zamierzenia w znoszoną powszedniość. Można by kupić Szałapachowi dom wśród kaszubskich lasów, gdzie więcej mieszka saren niż ludzi i gdzie mógłby mieszkać samotnie radując się brakiem potrzeby odzywania do kogokolwiek, gdzie raz, dwa razy w tygodniu odwiedzałby jakiś sklep i podejmował coraz trudniejszy wysiłek przypomnienia sobie słów, którymi należy przywitać się z kasjerkami i wyrazić uspokojenie, że nic nie szkodzi, iż brakuje jej tych dziesięciu groszy do wydania reszty i on, Szałapach nic nie straci na fakcie, że ona sobie to zaokrągli. Można by rzucić się samemu w te wszystkie kursy, wobec których zawsze miał wymówkę braku czasu, można by po prostu poleżeć bez burzącej beztroskę świadomości wszystkich konieczności następnych dni, można by po prostu ruszyć przed siebie i iść zamieniając zużyte obuwie w mijanych sklepach i dotrzeć tak na antypody, gdzie usiadłby człowiek między tysiącami gatunków węży i wypił piwo z kangurem.
Ileż okazji!
A jednak trzeba by dokonać tego lekkiego na pozór wysiłku. Przekroczyć próg. Wziąć do ręki kupon. Przyjrzeć mu się jak czemuś nowemu, czego tajniki trzeba poznać, by nie popełnić katastrofalnego błędu. Wypełnić go. Nie zmiąć nie wyrzucić i nie wyjść. Wysłać. Zapłacić. Wyjść i żyć z tym jakoś, cokolwiek by nie nastąpiło.
Ileżby to mogło potrwać? Minutę? Kilka kroków, kilka gestów, kilkanaście słów – ot i cały wysiłek, uzupełniony jeszcze nieprzesadnym przecież uszczupleniem portfela, zresztą uszczupleniem inwestycyjnym. Minuta to, lub może dwie? Jak tu wymierzyć w rygorach chronometru cały ten wysiłek stoczenia bitwy z swoimi marzeniami i ogłoszenia ich kapitulacji? Jak tu stawić czoła całemu temu małemu dobru, jakie można by sprawić choćby i nie światu, ale samemu sobie i swoim najbliższym? Jak oprzeć się na jednym, prostym marzeniu, by nim przeciwstawić się podróżom, jachtom, radości obdarowanych, własnej chatce w górach, a może i własnemu jezioru? Wyspie całej? Czy minuta to wystarczająco długo na taką batalię?
Ten od teledysku stoi i gapi się na cyferki i na całą potencjalną przyszłość jaką rozrysowują tak prostym przecież kodem.
A potem odwraca się, z wysiłkiem, a przecież lekko. Odwraca się od wszystkich tych spełnień, wraca na chodnik, wciska między przechodniów i przyspiesza lawirując między nimi.
„Jeszcze nie, jeszcze trochę – mruczy. – Jeszcze trochę w siebie powierzę.”

11:35, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 listopada 2009
Pewnego dnia Ten od teledysku uderzył się boleśnie w palec o drzwi, które nie otworzyły się dostatecznie szeroko. Palec był mały, za to ból wielki. Różne są rodzaje bólu, ten należał do gatunku przypominających o czymś.
Kiedy więc Ten od teledysku skończył złorzeczyć pokoleniom stolarzy i zebrał się z podłogi, otworzył jedną z szafek i sprawdził papiery, po czym oświadczył przestrzeni: "Acha!".
Ponieważ zaś ból to jedna z tych rzeczy, którymi lubimy dzielić się z ludźmi jak mało czym, wziął dzień wolnego i pobiegł do dwupiętrowego budynku, którego betonową szarość burzyło tylko kilka czerwono - białych tabliczek. Znalazł tam właściwy pokój i nawet właściwego człowieka, któremu dość cierpliwie tłumaczył w czym rzecz. I nawet dość długo wysłuchiwał jego znużenie pokrętnych odpowiedzi, aż wreszcie nie wytrzymał - chwycił tamtego za poły marynarki i przycisnął do ściany wywarkując:
- Do cholery, jest listopad! Mieliście czas do pieprzonego lipca, żeby przysłać mi zwrot nadpłaconego podatku! Gdybym ja tyle zwlekał, jużbyście mnie dopadli i zesłali na galery, żebym odrabiał odsetki wiosłując jakimś pieprzonym transatlantykiem! Ale kiedy wy, cholerni dranie, wisicie mi kasę, to oczywiście nic takiego! Żaden z was nie skończy batożony do rytmu pod transatlantycznymi basenami, leżakami i dwudziestoma restauracjami dla zasuszonych damulek i ich znerwicowanych mężów, nie? Jesteście takie wasze macie ponad własnymi prawami!
Jak wszyscy, którzy wolą wrzeszczeć zamiast mordować wyładował swoją wściekłość decybelami i opadł na krzesło pamiętające jeszcze jak siadał na nim kuzym Gierka.
- Ja pana rozumiem, nawet - wydusił z siebie facet zza biurka odklejając się od ściany. Masował ręką gardło. - Zapychamy panu skrzynkę pismami i upomnieniami, a potem okazuje się, że wszystko jest jakie jest. Ale wie pan co? Pan i inni panu podobni raz do roku musicie przyjśc tu złożyć zeznanie podatkowe i to wszystko. Czasem zachce wam się czegoś więcej i będziecie wtedy ganiać po wszystkich tych urzędach, których nienawidzicie i w których my nienawidzimy was, bo dokładacie tylko własne wielotonowe cegły do naszych papierowych piramid. Nie, ma pan rację - nikt mnie nie wybatoży na galerze. Ja tylko całymi dniami zapierdalam na pieprzonej pustyni targając kamole dla faraona!
- Nie musi pan krzyczeć.
- Nie musi się pan wymądrzać! Ile pan tu spędza czasu? Kwadrans? Godzinę? I już nie może pan wytrzymać całego tego olewactwa i wielkiej niemożności? A ja tu siedzę osiem godzin dziennie, wie pan? Osiem godzin po pięć dni w tygodniu razy cztery tygodnie miesiąca razy dwanaście miesięcy w roku gapię się na ludzi, którzy nic nie mogą, patrzę, jak przerzucają między sobą najbłachsze czynności i pocą się z pragnienia, żeby mieć to wszystko wreszcie za sobą. Widzę jak piękne dziewczyny puchną od tego wielkiego nic nierobienia, jak im się oczy podkrążąją od wysiłku zwalania choćby kliknięcia w klawiaturę na innych, jak to wszystko się miesza, zapieka i nakręca w wielkim garncu wszystkich rzeczy, których nie da się zrobić. O zapewniam pana, że nikt tak nie nienawidzi biurokracji, jak urzędnicy! Dla was jest ona tylko niedogodnością, a dla nas cholernym życiem! Pan się powścieka i stąd wyjdzie. Pewnie opowie pan znajomym jaka to wszystko bucówa, a oni pana zrozumieją, bo każdy ma na koncie przynajmniej jedno takie piętnastominutowe doświadczenie. A ja tu zostanę z całym tym kosmosem niemożności, w którym każdy z nas zdaje sobie sprawę z głębokości syfu, w jakim tkwimy ale prędzej będziemy recytować przez tydzień litanie powodów, dla których nie warto ruszyć choćby palcem, niż spróbujemy choć zetrzeć kurz z biurka. Bo to już w nas jest, rozumiesz pan? Mamy kurz zamiast krwi, wykręty sporządzone wedle stosownych wzorów zamiast woli i gąbkę z tuszem pod pieczątki zamiast mózgu. I kiedy zamkną się za panem drzwi ja o panu zapomnę i pan o mnie zapomni, ale pan tylko otrze twarz z potu, a ja będę dalej siedział  tych kilka stopni niej niż pan, nieco bliżej piekła. Więc możesz pan się drzeć, możesz pan pisać na mnie skargę, która i tak trafi do rozpatrzenia na moje biurko, bo jak coś ma moje nazwisko albo numer, przysyłają mi to nie patrząc nawet na tekst. Rób pan co chcesz. I ciesz się pan życiem na tych swoich galerach.
Ten od teledysku odczekał chwilę, a potem podetknął mężczyźnie kwitek, mający świadczyć, że był tu i złożył wszystko, co było niezbędne do złożenia.
- Oczywiście - powiedział mężczyzna zza biurka przybijając pieczątkę. - Osobiście zadbam o wszystko! Zajmiemy się pańską sprawą w pierwszej kolejności.
- Oczywiście - skinął głową Ten od teledysku.
Wymienili się gasnącymi spojrzeniami, a potem Ten od teledysku wyszedł, a mężczyzna zza biurka został.
00:08, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 listopada 2009
To nie alkohol - odkrył Ten od teledysku niedługo po przebudzeniu. -To kobiety sprawiają, że urywa mi się film. Przecież to zawsze jest tak samo - trochę piwa lub wódki, potem nagle okazuje się, że obok jest jakaś kobieta i od tej chwili nic nie pamiętam.
Przynajmniej aż do chwili, gdy świat znów zaczął istnieć, a on odkrył, że dwóch kolesi pochyla się nad Diabłem, który zasnął do góry nogami na niewielkiej, knajpianej kanapie. Już wtedy miał problem z przypomnieniem sobie twarzy tamtej kobiety. Pamiętał jeszcze jej profil na bardzo dużym zbliżeniu - gdyby to było zdjęcie, to zaciemniony na krawędziach, podkreślany jakby filmowym filtrem ciepłym czerwonym blaskiem lampy, czy może neonu zza okna rozsadzałby kadr. Było to raczej wspomnienie sytuacji niż twarzy.
Trochę padało gdy pakował ocuconego wreszcie Diabła do taksówki. Zbliżał się dzień i tramwaje zaczynały już uderzać po szynach. Wszystko, prócz wspomnienia tamtej kobiety było wyraźne i pewne.

21:29, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
Czasami Ten od teledysku zmaga się z wyobrażaniem sobie jakby to było fajnie, gdyby istniały potwory. Gdyby kolejne mutacje Godzilli rozwalały miasta, stwór Frankensteina urywał przechodniom głowy, a strzygi i wilkołaki ryczały i wyły na ulicach po zachodzie słońca. Nie tęskni może do wampirów, tych zmanierowanych dekadentów o prymitywnych gustach, ale chętnie zobaczyłby jak zmory przeciskają się przez szpary w ścianach i duszą śpiących, albo jak mamuny porywają dzieci i podmieniają je na odmieńców.
Bez potworów świat jest smutniejszy. Wszystkie wyżej opisane rzeczy dzieją się wprawdzie i tak, jednak całą tę brudną robotę muszą odwalać ludzie.
Co gorsza ludzka wredność jest głupia i powszednia. Ten od teledysku wstaje czasem rano, mozoli się z porannym rytuałem i gna do pracy pieszo lub tramwajem, który już dawno nie był niebieski i marzy, że przynajmniej co piąty, co dziesiąty współpasażer albo przechodzień zamieni się w coś potwornego, zamiast zwyczajnie dawać popalić tym i owym bliźnim.
Gdyby Ten od teledysku spotkał w takiej sytuacji potwora chyba by go ucałował ze szczęścia. A potem, może - bywają i takie dni - wspólnie poodgryzaliby głowy tym i owym.
22:51, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »