RSS
wtorek, 29 grudnia 2009
Kiedyś, chyba wcale nie tak dawno temu, Szałapach usiadł przy maleńkim barze swojej ulubionej knajpy z czasów studiów. Za oknem padał deszcz, być może to przed nim właśnie Ten od teledysku i Ruda ukrywali się pod plakatem zachęcającym do cieszenia się koncertami którejś z bogatych odsłon muzyki klasycznej. Ale mogło też być to innego dnia.
Szałapach siedział naprzeciw mężczyzny, który wcale się nie zmienił w jego oczach od czasów studiów, nawet nie posiwiał prawie wcale, co bynajmniej nie jest częste w przypadku mężczyzn o kruczoczarnych włosach.
- Byłem na spotkaniu klasowym - pochwalił się Szałapach. Mógł być dumny - do jego spotkania doszło nim pojawił się popularny portal. Wtedy jednak, nie zdawał sobie sprawy z internetowej przyszłości, poczucie dumy ominęło go więc.
- No popatrz, ja też - ucieszył się mężczyzna, pamiętający wciąż Szałapacha jako coraz mniej chuderlawego studenta o ciągle jeszcze długich włosach.
- I jak było?
- Powiem ci jedno. Nigdy nie jedź na czterdziestolecie matury.
To spotkanie, chyba ich ostatnie, przypomniało się Szałapachowi, gdy siedział naprzeciwko dwóch zalanych coraz mniej radośnie kobiet, swego czasu koleżanek z klasy. Już kiedy zadzwoniły niespodziewanie, odrywając go od nic nierobienia, wyczuł, że coś będzie nie tak. Czasem każdemu zdarza się to przeczucie - ktoś dzwoni a ty wiesz, że będzie chciał czegoś więcej niż rozmowy. Mimo to dołączył do nich.
Były radośnie pijane bardziej nawet niż on trzeźwy. Gdy wreszcie Kolanna padła czołem w stół, zniecierpliwiona Smutna wygarnęła Szałapachowi co sądzi o jego niedomyślności. Wtedy pomógł im się pozbierać i wsadził je do taksówki, po drodze wprowadzając w błąd odnośnie swojego sądu na temat ich zaproszenia. Nie otrzymał odpowiedzi na pożegnanie. Kolanna przebywała już we własnym świecie, co bez pudła zrozumiał taksiarz, wykrzywiając się niechętnie na takich klientów, a Smutna dumała niewesoło nad niedomyslnością Szałapacha, co też było mu bardzo na rękę.
Wrócił do domu, pogłaskał Inkę, nalał sobie mineralnej i z rzadko używanej szuflady wyjął notes, w którym rozpisał wszystkie dni swojego życia. W tym, który odpowiadał za czterdziestolecie matury, dopisał: "nie jechać".
23:35, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009
Łacinnik zaznaczył, zaraz po tym, jak przybył, że istnieją granice, których nie chciałby przekraczać z Tym od teledysku, ponieważ Tot potrafi pić zbyt wiele, zbyt otwarcie i zbyt beztrosko. Romantyk odpowiedział mu, iż dostrzegł od kilku już Marcinaliów, iż kończy je zwykle z Tym od teledysku właśnie. Tot, który siedział przy stole stanowiącym plac owej wymiany wspomnień, przypomniał sobie zaraz wszystkie te wydarzenia wymagające - w imię dobrego tonu zachowania - zapomnienia i nie do końca przyznał mu rację. No dobrze, przypomniało mu się, jak prawie bił się z sympatycznym przystojniakiem, o pannę, która koniec końców zaskoczyła ich obu swoim powodzeniem. Przypomniał sobie, że pamięta więcej niż większość bywalców Marcinaliów, przypomniał sobie Magdę, która po Marcinaliach wstydziła się wszystkiego, czego nie pamiętała i wszystkiego, co sobie w związku z tym wyobraziła. Ale - pomyślał - to wszystko mitologia, znacząca, swoją drogą. Przecież kiedyś, kiedyśmy liczyli lat naście, chętnie przypisywaliśmy wszystkie ekscesy sobie. Dziś wolimy przypisywać je kumplom.
Porzućmy jednak wspomnienia.
Siedzieli w pięciu. Romantyk puchł od szczęcia wynikającego z pewności nadchodzącego drugiego dziecka, Niemarcin nie wypowiadał się na ten temat, Łacinnik zaś dostawał zeza rozbieżnego od zerkania w okolony koronkową czernią biust nadzwyczaj zgrabnej blondynki i wpatrywania się równocześnie w egzotycznie drapieżną twarz brunetki o czarnych oczach iskrzących w kształtnym zwieńczeniu klepsydrowego ciała. Niemarcin milczał, jak lubił, puentując życia ich wszystkich. Był jeszcze Rudy, ze swoim spokojnym, prawie dostojnyj milczeniem, świadomy swej przewagi trzeciego dziecka, jakie ma przyjść na świat w okolicach stycznia.
Ten od teledysku doceniał i blondynkę i brunetkę. Odwracał oczy od pulchnej szatynki o dużych oczach i równie chętnych ustach zasysającej się w chuderlawym okularniku i wcale się nie dziwił zrozumieniu ich pożądania. Zrozumiał manifest Niemarcina wyrażony niespełnionym koszmarem, w którym on, Ten od teledysku, żeni się i zadziecia. Pili piwo i cienkiego tokaja, a w lodówce mroziła się dla nich litewska wódka. Snuli wspomnienia i teraźniejsze opowieści o tym, jak radzą sobie z życiem, bądź wywodzą je sprytnie w pole.
Przetasowano kobiety w tle i Ten od teledyslu dojrzał dziewczynę, która mogłaby odmienić jego życie, gdyby kalejdoskop okoliczności ułożył się inaczej. Nie umknęło mu, że znów się wyróżniał.
Facet, z którym przyszła, ostrzyżony i utwarzony zupełnie jak koleś, któremu Tot wciąż odbijał dziewczyny aż do tej nocy, kiedy dostrzegł kolejną jego partnerkę i znów odkrył jak mu się ona podoba i przestraszył się tego, był oczywiście durniem. Gdy ona wystukiwała coś na komórce, milczał w gapił się w ściany, gdy żartowała wywardżał usta. Jego gesty pozbawione były gracji, jego spojrzenia wyobraźni a sylwetka atrakcyjności. Z drugiej strony ona miała duże ciemne oczy pełne budzącej niespokojne pokusy pewności siebie, ukształtowione wyraźnie, obszernie, mocno. Jej usta były wyrazistą namiętnością, do jakiej zdolne są jedynie kobiety tyleż pewne siebie, co swojego mężczyzny. Obiecujące i wolne od dziewiczych wątpliwości. Jej piersi pełniały pod jakże tyleż swojską, co niepowszednią płócienną sukienką. Uzbroiła nogi w wysokie czarne kozaki wspierające się o niebieskie jeansy zgrabnie a niebiesko opięte na łydkach i udach. A wszystko to nie miało znaczenia, bo w jakiekolwiek ubrałaby się szczegóły, Ten od teledysku dojrzałby w niej wszystkie swoje niespełnienia i ubrał ją w pobudzone alkoholem prawdopodobieństwa tego, co być by mogło, gdyby nie obiektywnie zanurzone w fizyce trudności.
Jego koledzy z liceum roztaczali w tle swoje opowieści, wspomnienia i plany - wszystkie cenne na swój sposób. Aż wreszcie jeden wstał, wyraził chęć zintensyfikowania spotkań i zniknął, dając tym samym znak do rozstawania się. Co nastąpiło.
Łacinnik nachylił się nad Tym od teledysku i szepnął, że nie chce tak kończyć wieczoru. Uknuł chytry plan, który miał wywieźć niechętnemu kontynuowaniu imprezy Niemarcina w pole. Wyszło mu to i nie wyszło - dajmy spokój tej dziwnej knajpie o depresyjnej muzyce i piciu piwa na akord dajmy spokój. Dla historii ważne jest, że wsiedli w ciemną polonezową taksówkę, której taksówkarz okazał się starym kibicem chętnie opowiadającym o sukcesach krakowskich drużyn z zamierzchłych lig. Ale czy to ma jakieś znaczenie dla nas? Nie sądzę. Dla nas istotny jest Ten od teledysku zupełnie nieczuły na upływ czasu mierzony w kolejnych dzieciach i rozwodach, pewny natomiast, że nigdy nie powróci chwila ujrzenia ciemnych oczu dziewczyny w płóciennej koszuli i to zdziwienie, że żaden z jego kumpli i nawet jej facet być może stały, być może tylko na okoliczność tego stolika, jej nie docenia. A wszystko było tylko tłem dla świadomości umowności postrzeganego świata. Bo przecież ona wcale nie była taka ładna. Pomijając tych kilka chwil, kiedy świat w oczach Tego od teledysku układał się tylko i specjalnie pod nią.
00:59, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »