RSS
czwartek, 16 grudnia 2010
Natężenie złowieszczych wieści w sieci jest chyba większe niż w telewizyjnych wiadomościach lubujących się w odmalowywaniu świata czarno - czerwonymi barwami. Wszystkie obrazy Hieronimusa od mrocznych tryptyków nie niosą tyle ponurych treści, co jeden serwis informacyjny. A internet jest przecież bogatszy i pojemniejszy. Pomiędzy wieściami o wojnach i zamachach uwijają się raźno pierdoły - obrazkowe dowcipy dowolnej jakości, przepisy kulinarne w takiej ilości i rozmaitości, że nie starczyłoby dla ich realizacji zapasów siedmiu planet, plotki i metaplotki oraz opinie na temat opinii. Na forach internetowych ludzie spierają się za wzięcie na tematy, które już dawno przestały istnieć, na czatach rozmawiają wyłącznie o seksie pod tysiącami przykrywek. Kobiety w różnym wieku sprzedają swoje ciała a mężczyźni w różnym wieku prężą swe męskości i dyszą do mikrofonów i monitorów. Pedofile wszystkich krajów zakładają pułapki na dzieci i sami wpadają w pułapki policji wszystkich krajów. Śledzeni przez socjalistów faszyści ogłaszają listy ludzi, których nienawidzą. Internet to bestia, moloch pożerający nasz czas i dusze. Wessał nas tak, że prawie nie ma nas już bez niego. Rozsiadł się w naszych komputerach, w naszych telefonach i w naszych mózgach, które przebudował, by ich struktury, ich łącza neuronowe lepiej nadawały się do przebywania w nim. Wie o nas wszystko - gdzie aktualnie jesteśmy, w których restauracjach jadamy i na co wydajemy pieniądze. Nasze życie stało się jego częścią a informacje o nas wzmagają chaos danych, nabrzmiewający huragan tępej, bezrefleksyjnej wszechwiedzy. Oto nowa twarz chaosu - już nawet nie zło, ale mnogość tak wielka, że pokracznie nijaka.

Można i tak.

Albo można o poranku porozmawiać z człowiekiem, którego zna się praktycznie głównie przez internet i pomartwić się wspólnie o innego internetowego znajomego, któremu pomaga jak może inna jeszcze internetowa dusza. Można znaleźć ludzi i przekonać się, że we wszystkich tkwi potrzeba bycia z kimś i troska o innych. Że cały ten chaos składa się, być może, właśnie na tych kilka spotkań i do tego w istocie dąży. Jakby cały wszechświat pracował tylko na jedno dobre słowo. A gdy się ono spełni zaczynał od nowa. Na następne.

08:25, tenodteledysku
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 grudnia 2010
Całe miasto przecieka odwilżą. Kałuże mieszają się z śniegiem niepewnym, czy już nie zmienił się w wodę; kapie niebo i dachy, nie ma ucieczki przed wodą. Jakby zaczynała się wiosna, a przecież do niej jeszcze daleko. Niemniej pojawiło się życie.

Wieść o nim dotarła do Tego od teledysku wieczorem, co ważne, ósmego grudnia. Ósme dni miesiąca to w rodzinie Tego od teledysku dni naznaczone, być może błogosławione, a być może dotknięte w czasach pogańskich spojrzeniem jakiegoś bóstwa, lub w czasach chrześcijańskich autystycznego anioła układającego sobie wieczność w szczegółowo uporządkowany sposób oparty o drobiazgi. Rodzice Tego od teledysku urodzili się ósmego dnia różnych miesięcy, jego siostra przyszła na dnia ósmego dnia jeszcze innego miesiąca i pewna reprezentacja dziadków także. Ten od teledysku wykazał się buntowniczą postawą, rodzina wpisała go jednak w tradycję sumując cyfrę opisującą dzień tygodnia z tą opisującą miesiąc; w sumie dawały oczekiwaną ósemkę. Tylko brat Tego od teledysku się wyłamał skutecznie - z jego datą urodzin nic się nie da zrobić, nie ma w nim ósemki i już.

Córka siostry Tego od teledysku miała kontynuować bunt. Lekarze naznaczyli jej czas urodzin na okolice dwudziestego grudnia. Ale co tam knowania lekarzy, co tam marzenia bojowników realizmu i wymazywaczy z życia magii. Gdy nadszedł ósmy dzień grudnia spisek pogańskiego bóstwa i autystycznego anioła doprowadził do uszanowania rodzinnej tradycji. Na świat przyszło dziecko, o którym kompletnie pogubieni w tym wszystkim rodzice mogli tylko zawołać: "malutka! Jest taka malutka!", gdy Ten od teledysku zadał oczywiste w takich sytuacjach pytania a one pognały na tą wcale nie tak daleką, ale też nie tak znowu bliską wyspę, na której mieszkają. 

Może i malutka, ale wystarczająco kumata, by wiedzieć kiedy się urodzić i na tyle uparta, by do tego doprowadzić na przekór całemu światu. I dobrze. 
18:50, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
niedziela, 05 grudnia 2010
Być może pojawiają się bardzo wcześnie, może jeszcze przed naszymi narodzinami - jako bolesne głosy, niepokojące gwałtowne ruchy niosące zapowiedzi późniejszych obaw. Później, gdy jeszcze nie znamy nazw i nie potrafimy określać nic poza uczuciami, przybywają pod postacią cieni i tajemnic. Wreszcie dorastamy, a wtedy ich liczba rośnie. Gdy zyskujemy na świadomości siebie i gdy potrafimy nadawać nazwy swoim uczuciom, one zyskują jeszcze łatwiejszy dostęp do naszych serc i umysłów, bo już nie tylko tego, co przychodzi z zewnątrz zaczynamy się bać, ale i własnych wahań, potknięć i małych (oby nie rosły) podłości.

Ten od teledysku nie posiada specjalnego notesu, jak niektórzy łowcy duchów, gdyby jednak miał taki, mieściłby on niepokojąco dużą listę potworów. Czasem o nich myśli, choć zwykle pozwala uciekać od nich myślom. Inaczej, gdyby poświęcał im uwagę mogłyby - jak sądzi - uzyskać do niego dostęp i rozszarpać go na strzępy.

Zna wiele systemów, w których mógłby odmierzać długość swojego życia, choć zwykle ukrywa je przed sobą, jako przed pomniejszymi potworami. Jakiej jednak sumy nie wskazywałyby obliczenia, wolałby nie liczyć ich w zaniechaniach, jednym z tych skrytych, podstępnych potworów, które potrafią nas z pozorną łagodnością głaskać po duszach zatrutymi szponami aż pozostaną tylko wspomnienia po wszystkim tym, co nie leży już w naszym zasięgu.
20:54, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »