RSS
środa, 18 marca 2009
Bura miała wyraźną wadę zgryzu, która sprawiała, że czasem, gdy siedziała na parapecie, lub w jakimś innym wysoko położonym ale dostępnym dla wzroku domowników miejscu, jej dolna szczęka opadała lekko, zupełnie bez woli swojej właścicielki i to, co powinno być twarzą dumnego a tajemniczego łowcy zmieniało się w wyraz zabawnego zagubienia. Jakby kompletnie nie znała swojego miejsca we wszechświecie, ale dziwiła mu się nie na sposób filozofów, lecz dzieci; nie dążyła do rozwikłania zagadek, ale po prostu przyglądała się temu wielkiemu, kolorowemu zamieszaniu z mieszaniną niewyczerpanego zdumienia i zatrwożonego zachwytu. I nawet nie przeszkadzało jej, że wygląda wtedy tak pociesznie. Pewności siebie nabierała jedynie w chwilach, gdy nachodziła ją chęć na pieszczoty. Mrużyła wtedy oczy, wyprężała się i mruczała. Bywało, że podchodziła do człowieka ostrożnie, udając, że zmierza ku niemu jedynie przez przypadek, na drodze do jakiegoś innego celu. Rozglądała się wtedy, zwracała niby to uwagę na niepozorne drobiazgi, pochylała się na krawędzi wersalki, by zobaczyć co gnieździ się za jej oparciem. A potem człowiek miał już ją  na sobie, całą urozkosznioną i rozmruczaną. Potrafiła jednak wyrwać swoją ofiarę bezpośredniej, po prostu wskakując na kolana, opierając jedną łapę na piersi i utrzymując na niej ciężar wznieść się ku twarzy i ku oczon, w które patrzyła mrużąc swoje. To także był zabawny widok - to jej flirtujące, kokieteryjne spojrzenie, jakby zawodowej uwodzicielki, co to złamała już niejedno serce i doskonale wie, że nikt nie potrafi się jej oprzeć. Trzeba by jej nie znać, by w to uwierzyć. Trzeba by nie wiedzieć, że była jedną z największych kocich ciamajd na świecie, trzeba by nie widzieć, jak nie udawały się jej skoki, jak spadała z półek i z telewizora, jak potrafiła się poślizgnąć na każdym terenie. Trzeba by nie pamiętać tych wszystkich jej wtop, wywrotek, chybionych skoków. Zapomnieć jej zdumioną minę, gdy mysz, którą przyniosła dumnie do domu (nareszcie ja! nie żaden inny kot, tylko ja!) przestała udawać martwą i piszcząc rzuciła się w rajd po mieszkaniu w poszukiwaniu kryjówki. Trzeba by nie wiedzieć, że bała się własnego cienia, że zrywała się na równe łapy z powodu byle rzeczywistego lub wyimaginowanego hałasu i gnała na złamanie karku, byle jak najdalej od niebezpieczeństwa.
O mało którym kocie opowiadano w rodzinie tyle anegdotek.
Ten od teledysku zdjął jej jeszcze trochę miękkie ciałko z szafy, na której od trzech dni chowała się przed śmiercią. Pomyślał, że przynajmniej miała ładny, słoneczny ten ostatni dzień. Że było spokojnie, tak jak lubiła. Jeszcze ją pogłaskał. Czuł pokusę, by otworzyć oczy, które zdążyła zamknąć, by jeszcze raz w nie spojrzeć. Trochę zalotne, trochę przestraszone, zawsze ciekawskie. Zielone i wesołe, gdy już uspokoiła się na tyle, by nie bać. Zawsze zdziwione.
Zawinął ją w stare poszwy i pochowa dziś w nocy.
Biorąc na ręce, myślał: "to już tylko ciało, tu nie ma kota".
Ale i tak ją pogłaskał.


19:32, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 marca 2009

No dobra, może trochę więcej niż dwa. Owa rozrzutność bierze się z faktu długotrwałego milczenia palców na klawiaturze, ale też z powodu kolejnego zamieszania alkoholowego, w wyniku którego Tot powiedział, być może, kilka słów za wiele do zbyt wielu osób. A może niekoniecznie? W każdym razie nie pierwszy to raz okazało się, że komórka może być narzędziem szatańskim, by nie rzec zgubnym. Za jej to pośrednictwem da się dzwonić o każdej porze dnia i  nocy, oraz – co gorsza – niezależnie od stanu, w jakim znajduje się dzwoniący.
A wszystko to przy okazji przepicia. Tot znów, jak zwykle po przedawkowaniu alkoholu, postanawia nie pić więcej. Przecież nadmiar alkoholu prowadzi do zmęczenia następnego dnia, niewyspania oraz zaników pamięci, o narzucaniu przesadnie ciężkiej pracy wątrobie nie wspominając. Oczywiście, można po pijanemu dokonać rzeczy niezwykłych, doznać przypływu może nie odwagi, ale fatalistycznej i straceńczej pewności, że co ma być to będzie, a świat nie skończy się od kilku słów lub czynów za dużo. Można. Niemniej wcale nie najostatniejszą z złych cech pijaństwa jest ów fakt nieprzyjemny, że stan upojenia mija w końcu, a opuszczone przezeń miejsce zajmują autorefleksje i przypomnienia. Ba, może być jednak i jeszcze gorzej – mogą zdarzyć się autorefleksje zbudowane nie na przypomnieniach, a na ich braku, na intuicyjnym przeczuwaniu najgorszego – słowem na niepewności. Wielkiej, zatrważającej pustce.
Kiedyś, dawno temu, Tot był młody i rozsądny. Jakkolwiek dziwacznie, wręcz heretycko to brzmi, tak właśnie było. Oznaczało to, iż mógł budzić się po całonocnym albo i dłuższym pijaństwie i wstawać do nowego dnia z kamienną pewnością, że czegokolwiek by nie dokonał w stanie upojenia i zamroczenia, cokolwiek zapomniał i czegokolwiek nie pamięta – z pewnością nie zrobił nic nadto głupiego. Ponieważ w najbardziej nawet upojnym stanie Tot kontrolował się na tyle, by czegoś tam nie chlapnąć, czy czegoś tam nie zdziałać. Mógł nie panować nad żołądkiem, mógł gubić poczucie równowagi i przegrywać z grawitacją, jednak panował nad słowami i czynami. Ten czas minął a rozsądek, pewność i spokój dnia następnego razem z nim. Obecnie Tot nie tylko nie pamięta, ale też obawia się tego, co wyślizgnęło się jego pamięci.
Dlatego, nie po raz pierwszy, postanawia nie pić więcej. Odmawiać piwa, wódki i wina, rezygnować z uciech odrywania się od przyziemności, odrzucania ciężaru opresywnej osobowości, jaką wykształcił w sobie sam, przy niebagatelnej pomocy społeczeństwa.
Być może to wszystko przez stres, być może trzeba odreagować, być może pijaństwo stanowi element owego rytuału, który pozwala Totowi organizować sobie życie w system, w którym się nie pogubi. Być może to geny, wszak jego ojciec popijał wcale nierzadko i niemało. Być może to część pijackiej kultury całego kraju, tradycji narodu dziedzictwo po przodkach co to na przemian sięgali po szablę, lub szklankę, a bywało, że trzymali w łapach jak bochny chleba jednocześnie jedno i drugie. I jeszcze umieli przy tym podkręcać wąsy. Być może to eskapizm. Ucieczka w zapomnienie o świecie sprzed i poza pijaństwem, przechodzące w metazapomnienie, gdy człowiek  budzi się na drugi dzień i znów nic nie pamięta. Być może to tęsknota za dziką postniewinnością z czasów licealnych, gdy już łapało się koleżanki za pupy i piersi, gdy można było pysznić się penisem i chlało się wesoło w kompanii podobnie grzesznych urwisów, by potem biegać po łąkach, siadać pod drzewem, do którego dochodziło się czasem i na czworaka poprzez starą, zardzewiałą bronę ukrytą w trawie, by wyznać sobie przyjaźnie, żale i szczęścia. To już nie wróci, w każdym razie nie naprawdę, choć przecież starają się Tot i kumple czasem przywrócić tamte czasy właśnie siadając i chlejąc. Teraz jednak piją niespiesznie, przystają z trunków lepszych niż spirytus rozrobiony przegotowaną wodą z cukrem. I wspominają. Wspominają bez końca.
Jakkolwiek by nie było, Tot mówi tym wszystkim przyczynom, że ma je gdzieś. Odrzuca je, ucieka przed nimi, po prostu uwalnia je od swojego ciężaru. Niech znajdą sobie kogoś innego, niech osaczają innych niepewnych kolesi tyleż szukających przyczyn, co usprawiedliwień. On już tak nie chce i nie będzie.
W każdym razie, jak sądzi, nie dziś.

15:23, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 marca 2009
I po Zamiastconie. Pochylając się z troską ale i odpowiednią porcją surowości nad Tym od teledysku, stwierdzić trzeba, że niestety, niewiele z niego pamięta. Znalazł coś ze dwa swoje zdjęcia na stronie Lokatora. Na jednym z nich wygląda jak na większości zdjęć z większości imprez, jakie mu się przytrafiły, należy więc sądzić, że zachowywał się i bawił jak zwykle.
Zamiastcon i związane z nim nadrugodzienne samopoczucia wprowadziły Tego od teledysku w marzec. Póki co cholerny ten miesiąc wygląda jak wielki kac. W pracy spełniają się najgorsze prognozy, pogoda nie tyle dogaduje się z miastem, co wisi nad nim jak ołowiana kurtyna nie marząca o niczym innym, jak tylko o tym, by przygnieść każdego, kto jeszcze ma siły się ruszać. I na dodatek zamykają Paradox Cafe. Pies w domu Tego od teledysku kicha, bachor piętro wyżej drze się całymi dniami (od trzech lat mniej więcej). Kac, po prostu kac.
Szałapach milczy. Kręci się gdzieś po własnych ścieżkach, zaczepiany kiwa tylko głową, ewentualnie tłucze placem wskazującym po czole Tego od teledysku, zapewne na jakiś znak.
Ten od teledysku myśli, że czasem świat po prostu splątuje się na amen, jeśli nie oddziałujemy na niego odpowiednio mocno. Jeślibyśmy wzięli się za siebie samych, dynamika naszego rozpychania się łokciami, a może emitowana przez nasze realizowalne pragnienia i pomysły energia nie pozwalałaby na zsupłanie się świata. Ale jeśli tylko się obijamy, jeśli tylko pozwalamy jedynie nieść się dniom, jakbyśmy wszystko mieli w głębokim poważaniu, to powszedniość ośmielona naszą fajtłapowatością skurczy wszystkie horyzonty, pogubi się i w końcu zaplącze nam świat w supeł.
I wtedy tylko ten cholerny arogant, przeklęty picuś niesiony własną megalomanią, ten nieszczęsny pomyleniec, czyli mówiąc prosto, któryś z pierwszych z brzegu aleksandrów wielkich (wielkich - phi!), czy będzie człowiekiem, czy wydarzeniem, czy uczuciem, czy wreszcie, jakimś pieprzonym cudem naszym własnym zachowaniem porywem wkurwu lub choćby zniecierpliwienia sobą - tylko on będzie mógł nas wyzwolić z supła całą bezrefleksyjną bezczelnością krótkiego, prostego cięcia.
Niech i tak będzie.
19:58, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »