RSS
sobota, 20 marca 2010
Dawno, dawno temu wierzyliśmy w naszych rodziców. Rany goiły się pod ich chuchnięciem i świat zdrowiał tylko dlatego, że cudotwórcy ujrzeli jego rany.
Dziś Ten od teledysku marzy i myśli. A świat to tylko te metry w zasięgu jego ramion. Za mało? Owszem. Dlatego Ten od teledysku wierzy we mnie - ten jeden, trudny do opowiedzenia cud.
00:59, tenodteledysku
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 marca 2010
Wschody słońca zawsze są takie same. Cichną wszystkie te stworzenia, rzeczy i zdarzenia, które swoje miejsce odnalazły w nocy. Powoli zaczynają rosnąć w siłę głosy stworzeń, rzeczy i zdarzeń porannych i dziennych. Budzą się cienie i robi się chłodniej pod światłem, jakby chłód zbierał siły na ostatni popis tuż przed tym, jak zapanują słońce i ciepło. Ruchy przebudzonych dzielą się na leniwe, pospieszne od zaskoczenia, czasem odruchowe. Miliony otwierają oczy i mało kto myśli o tych, którzy musieli wstać wcześniej, bo świt to zwiadowca poranka - czasu zgiełku i pospiechu. Na wszystko brakuje czasu, czy okażemy się zdyscyplinowanymi pobudkowiczami, czy leniuchami zwiniętymi w poduszki, albo w siebie nawzajem.
Na razie jest jednak jeszcze w miarę spokojnie, choć promienie słońca wypierają już ze świata ostatnie przyczółki nocy i czas odpoczynku dobiega końca.
Czasem ktoś budzi się przedwcześnie. Zamruga zdziwiony, zerknie na zegarek, jęknie. Przez kilka chwil będzie się zastanawiał co począć z tą niepunktualnością. Może uniesie się na rękach i zerknie przez okno by dostrzec przedświt? Co za pech! Wstanie, albo da sobie jeszcze tych kilka minut snu przez co zaśpi i spóźni się do celu.
Jedni się budzą, inni zasypiają; pada deszcz, albo wieje wiatr, mogą nawet i wściekać się gromy, jednak - pomijając te szczegóły - wszystkie wschody słońca są zawsze takie same.
I tylko każdemu z nas, czy będzie to Ten od teledysku, czy ktokolwiek inny, kto przecież też jest tylko drobnym szczegółem na tym wielkim świecie, czegoś może być straszliwie brak, jeśli zabraknie tego jednego, jedynego szczegółu, który był z nim tak długo, że wydawało się, że na zawsze.

20:26, tenodteledysku
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 marca 2010
Jeżeli świat jest jak ocean (a dla dobra mojego samopoczucia przyjmijmy na chwilę, że tak właśnie może być), to życie jest jak te wszystkie efekty zmian ciśnienia, które raz delikatnie mierzwią powierzchnię wody, by zaraz szarpać ją nieznośnie, albo nawet i miotać falami przewyższającymi wielkością marzenia na własny temat egocentryków.
Ponieważ zaś w każdym z nas siedzi więcej niż jeden kretyn, Tego od teledysku można by w takiej sytuacji porównać do okrętu obsadzonego przez załogę tak niezgraną i niesubordynowaną, że gdyby to wszystko nie były metafory mówilibyśmy już o serialu katastroficznym, a nie w miarę zwyczajnym blogu poświęconym w miarę zwyczajnej kupie nieszczęść.
Na przykład ostatnio, kiedy zamawiał przy barze piwo głosem dziko seksownym od zapalenia krtani, stojąca obok całkiem niezła ruda zareagowała jak należy, to znaczy natychmiast obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Z powodu panującego, jak to w knajpach bywa, półmroku, nie rozczarowała się od razu tak do końca, co zaowocowało spojrzeniem przez ramię, kiedy odchodziła i jeszcze jednym, znacznie bardziej powłóczystym znad szklanki z czymś zielonym i liściastym. I z kawałkami pomarańcza. I z lodem. 
Oto jak wyglądała wtedy sytuacja na okręcie Tego od teledysku:
Facet, któremu wydawało się, że powinien być kapitanem poczuł impuls, by rozpocząć reakcję łańcuchową prowadzącą do abordażu. Podniósł się od stołu, by wyjść na pokład i wydać rozkaz sternikowi. Rozmyślił się jednak wpół gestu. Usiadł. Znowu wstał. Znowu usiadł. Zaczął się zastanawiać co w ogóle robi i po co i czy w ogóle ktoś by go słuchał. Ostatecznie postanowił pójść na kompromis i zaczął drzeć się w niebogłosy, mając nadzieję, że sternik zrozumie go i usłyszy.
Był z tym pewien problem, ponieważ sternik akuratnie szalał, starając się naprowadzić okręt na kurs kolizyjny z rudzielcem, w czym udatnie przeszkadzały mu pokręcone koordynaty wydawane przez faceta w bocianim gnieździe. Siedzący tam chudy jak ćwierć śmierci kurdupel na przemian podawał kurs na rudzielca i na dawno nie widzianego kumpla Tego od teledysku siedzącego przy stoliku a horyzontem. 
- Niechże pan coś zrobi, bosmanie! - wrzeszczał zirytowany sternik, skutecznie zagłuszając tym dobiegające spod pokładu coraz bardziej schrypnięte ryki faceta mającego niejasne wrażenie, że chyba jest kapitanem. 
Niestety, bosman przeżywał właśnie jedno ze swoich wzruszających załamań nerwowych i wymyślał sam sobie za to, ze nie potrafi odpowiednio zwymyślać załogi. Z kolei pierwszy oficer nie potrafił zdecydować, czy znajduje się na pokładzie okrętu z misją dyplomatyczną, czy też na pirackim slupie żądnym zdobyczy.
W związku z tym, pomimo właściwej decyzji podjętej przez niepewną siebie jednostkę dowodzącą, okręt kursował od baru do stolika i od stolika do baru, aż rudzielec znudziła się tym wszystkim i sobie poszła.
Facet, prawie pewny, że jest kapitanem darł się jeszcze przez jakiś czas, co zupełnie nie przeszkadzało bosmanowi popaść w bolesną zadumę wynikającą z przekonania o zmarnowanej okazji. Koleś w gnieździe bocianim czuł się szczęśliwy, że nie musi już podejmować żadnych decyzji, a sternik jeszcze przez trzy dni nie odzywał się do nikogo.
Załoga dział puknęła kilka razy na wiwat.
Przeważnie sądzę, że w tym czasie załoga rudzielca, zdyscyplinowana, jak to bywa na atomowych okrętach podwodnych, trwała czujnie na swoich stanowiskach. Z drugiej strony podejrzewam, że każdy z nas miewa czasem tak jak Ten od teledysku.
On z kolei żywi przekonanie, że po prostu bywają takie dni.


11:52, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 marca 2010
Jeden z facetów, z którym przyszło Szałapachowi spędzić trzy dni życia uwielbiał opierać się na prawym łokciu, drapać po łysiejącym łbie - wielkim i prawie idealnie okrągłym - by obwieszczać trzem pozbawionym szans na ucieczkę nieszczęśnikom, że odkąd urżnięto mu nogę zrozumiał, że człowiek powinien cieszyć się tym, co ma. Potrzeba wygłoszenia tej refleksji dopadała go zwykle zaraz po przebudzeniu. Ponieważ jednak zdarzało się, że wstawał w środku nocy, czy to krzycząc od widmowego bólu, czy też po prostu chcąc rozprostować obie nogi, bywało, że dzielił się nowo nabytą mądrością także i w nocy. Ponadto lubił poobiednie drzemki, w związku z czym jego potrzeba zwierzania się dopadała ich wszystkich także pod wieczór.
Piłkarz, młody chłopak o naturze pogodnej i życzliwej uśmiechał się na to i kiwał ochoczo tępawym łbem, być może naprawdę uważając, że z ust mężczyzn starszych od niego spływać może wyłącznie mądrość. Stały Bywalec, który powracał do szpitala z regularnością przekraczającą możliwości PKP przezornie milczał. Widywał już takich "szczęśliwców" i wiedział, że gdy tylko dla Mędrca nadejdzie czas opuszczenia szpitala, faceta dopadnie życie i mądrości zmienią się w depresyjne przekleństwa.
Jedynym, który się z Mędrcem nie zgadzał, był w związku z tym Szałapach. Swoim zwyczajem nie zgadzał się jednak z mężczyzną milcząco, obracając w myślach całą swoją niezgodę i zniechęcenie. Niewiele mógł zrobić. Prawą rękę miał w gipsie a lewą nogę na szynie. Lekarze nastawili mu też trzy żebra. Prawdę mówiąc puściliby go do domu już dawno, gdyby jakiś nadaktywny świr nie zapragnął sprawdzać bez końca, czy pacjent nie ma jakichś obrażeń wewnętrznych. Szłapach podejrzewał, że gość pisze na jego temat pracę, albo coś w tym stylu. Po tym, jak spadł z piątego piętra pewnie powinien był nabawić się jakichś poważnych obrażeń wewnętrznych. A tu nic.
- A panu, co się stało? - zagaił Piłkarz. Stały Bywalec tylko jęknął. Znał już wszystkie typy szpitalne i wiedział, że nie ma się co spodziewać szczerej, życzliwej odpowiedzi.
"Mógłbym powiedzieć, że pękły mi struny głosowe" - pomyślał Szałapach, ale zanim zdążył się powstrzymać, już odpowiadał:
- Bóg zrobił mi dowcip.
Bo jak inaczej wytłumaczyć, że przy tylu okazjach - szerokiej szarej równinie betonowych płyt chodnikowych, młodych krzakach prężących zabójczo grubiejące gałęzie, stosie ostrych kamieni zagrabionych z zabytkowego kamieniołomu a mającym udawać ogródek skalny, siedmiu rurach postawionych na sztorc w próbie przekształcenia ich w dzieło sztuki (coś z aniołami w tytule) on rąbnął z niemałą prędkością zapoczątkowana przez niefartowny poślizg w wcale nie taką znów wielką, własnoręcznie usypaną górę śniegu, która przetrwała początkującą odwilż i zamortyzowała jego upadek.
To musiał być dowcip.
- Pewnie chciał panu coś przez to powiedzieć - oznajmił, jak było do przewidzenia Mędrzec.
Szałapach domyślił się co, zanim Mędrzec wygłosił następne wiekopomne słowa.
09:01, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »