RSS
czwartek, 24 kwietnia 2008
Pierwszego prawdziwie słonecznego dnia nowej wiosny Ten od teledysku odkrył strych. A strych odkrył jego. Przyglądli się sobie nawzajem dłuższą chwilę w dusznym, zatęchłym powietrzu. Nie jest do końca pewne co strych pomyślał o Tym od teledysku, niemniej możemy z całą pewnością stwierdzić, że Ten od teledysku myślał o strychu marketingowo.
Oto co wymyślił.
Najpierw obliczył pokręcone przestrzenie strychu i ocenił je. Dodał do siebie szerokości i wysokości, po czym przeliczył je na euro. Uśmiechnął się. Uznał, że mgłby otworzyć na strychu z piętnaście biur i wynajmować je wszystkie za wściekłe pieniądze. Nikt nie powinien się zorientować. Strych był nie zamieszkany, prawie nikt go nie odwiedzał, a do budynku przez cały dzień wchodziły tłumy nieznanych ludzi. Wynajmujący biura mogliby pracować nie mając pojęcia, że robią to nielegalnie, zaś właściciel budynku też nie wiedziałby o nich. Uroki bałaganu.
Ten od teledysku oddawał się przez chwilę słodkiemu marzeniu, po czym westchnął, wyjął spod stosu gratów podniszczone godło i ku uldze zamieszkujących strych kun i pająków poszedł sobie nareszcie.
Odtąd strych mieszka w zgraconej niezrealizowanymi pomysłami części umysłu Tego od teledysku obok wielkich hal produkujących kaczeńce, firmy remontowej i sieci chałupek w Rumunii.
Natomiast na strychu, między smugami kunich tropów, katedrami pajęczyn i całą masą cichych duchów zamieszkało wspomnienie po Tym od teledysku. I jakkolwiek Ten od teledysku zapomni kiedyś, być może, o strychu, to wspomnienie o nim pozostanie już na zawsze w tym dusznym raju. I może ktoś nawet dostrzeże je kiedyś?
19:02, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 kwietnia 2008

Koniec końców, przed lustrem przy goleniu, przy myciu zębów, przyglądaniu się kompromitującym dziurom w skarpetkach, niespodziewanie tęsknym wyglądaniu za okno (zazwyczaj nocą, kiedy to i tak bez sensu, bo jedyne, co widać w szybie oświetlanego od środka pokoju to nasze odbicie) – we wszystkich tych drobnych chwilach jesteśmy sami.

Nie – w życiu. W życiu otaczają nas przechodnie, zabiegani koledzy i zakłopotani przyjaciele. Wpadamy sobie nawzajem w ramiona – o ile odważymy się na to, pomagamy sobie przenosić to i owo i pożyczamy sól i cukier. Siadamy przy piwie, by powspominać i poplanować. Kombinujemy z kimś lepsze rozwiązania. Bzykamy się, chichoczemy skrycie w niewłaściwych momentach lub śmiejemy w głos ignorując zasady. W życiu są przy nas ci wszyscy Oni, z którymi da się poukładać całkiem udane „My”.

Czasem bywa inaczej. Czasem zdarza się jakaś katastrofa, której musimy stawić czoła bez niczyjej pomocy. Wtedy płaczemy, lub zaciskamy zęby, ale zdajemy sobie sprawę, że w którymś momencie tej podłej zawieruchy znajdzie się ktoś, kto położy nam rękę na ramieniu. A nawet jeśli nie, to będziemy tak wściekli, że sami wyjdziemy na świat, żeby wytłumaczyć mu to i owo. I którakolwiek z tych alternatyw by się nie spełniała, wydarzenia zaowocują ludźmi, z którymi będziemy pić i planować, smucić się i narzekać, a także tańczyć, kochać się i kpić.

Ale koniec końców, prędzej czy później, przed lustrem przy goleniu, w jakiejś minucie sam na sam z komputerem, w którejś z tych drobnych chwil, których nie potrafilibyśmy nikomu przekonująco opowiedzieć, będziemy sami.
(trzydzieści minut przed niedzielą, kiedy Ten od teledysku obejrzał dość smutną komedię romantyczną i odkrył, że prawie od roku nic o nim nie wpisano)

23:32, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »