RSS
środa, 25 kwietnia 2012
Miejscowość wypoczynkowa składała się z domów wypoczynkowych wznoszonych na kształt bloków – dumnie sześcianiastych i szarych, podzielonych na mniejsze sześciany identycznych sypialni zaopatrzonych w takie same łóżka, krzesła i stoliczki nakrywane ceratą. Trzy razy dziennie należało schodzić na parter, na posiłki, czasem wolno było odwiedzać ciemną świetlicę zaopatrzoną w telewizor. Ponieważ istniały wyłącznie dwa kanały, nadające z grubsza to samo, nigdy nie pojawiły się spory dotyczące wyboru programu. Wiadomo, że dzieci przychodziły oglądać teleferie w okolicach godziny dziewiątej i dziesięciominutową dobranockę wieczorem, mężczyźni oglądali wieczorne wydania dziennika, a kobiety czasem towarzyszyły jednym bądź drugim, ewentualnie przychodziły na film.
Pomiędzy tymi wszystkimi porami posiłków i nadawania chodziło się na basen, albo do rachitycznego lasku pozostawionego na pamiątkę nieprzebytych puszcz.

Kiedy matki, babcie i ciotki nie zabierały dzieci na basen, albo do baru oferującego do picia złotawy herbawit, dzieciarnia wykorzystywała wręcz stworzony do zabaw teren domu wypoczynkowego. Bawiono się w chowanego, bądź ściganego bezceremonialnie przesuwając ustawione na korytarzach pokolenia sprzątaczek wcześniej fotele, zdobywano pokoje, które ktoś przegapił zamknąć, zjeżdżano po poręczach, bądź biegano na złamanie karku po schodach. Jeśli podjęte zostały jakieś wyprawy np. na dach, albo do piwnicy, Ten od teledysku zupełnie o tym nie pamięta. Liczbę lat, które przeżył oznaczano wtedy zalewie jedną cyfrą, ma więc prawo zapomnieć z tamtego okresu więcej niż zapamiętać.
Pamięta tak naprawdę tylko kilka przebłysków otwierających drogę do szerszych wspomnień.

Jeden z nich wygląda następująco.

Ten od teledysku, któremu nie śniło się jeszcze, że kiedyś będą powstawać teledyski, biegnie po schodach. Co pewien czas wychyla się przez poręcz i patrząc w dół krzyczy jak tylko może najgłośniej: „Kościotrup!”. Ponieważ dom wypoczynkowy jest wysoki okrzyki te niosą się przez wiele pięter. Co ciekawe od czasu do czasu ktoś odpowiada mu identycznym okrzykiem. I tak owo mroczne, tajemnicze, wywołujące poniekąd przyjemne dreszcze na chłopięcych plecach słowo niesie się po całym domu wypoczynkowym, od parteru aż po strych. Jego nośnikami są niewielcy zwinni i szybcy chłopcy ganiający tam i z powrotem z piętra na piętro i drący się wniebogłosy.

Ktoś musiał się tym zainteresować.

To był Starszy Pan. Oczywiście, w oczach ówczesnego Tego od teledysku „Starszym Panem” mógł być każdy starszy od jego rodziców. Działo się to, co należy zaznaczyć, w czasach, kiedy starsi mężczyźni kojarzyli się chłopcom podobnym do Tego od teledysku niemal wyłącznie z weteranami drugiej wojny światowej. Wszyscy byli więc, poniekąd, bohaterami z którymi należało się liczyć i którym należało okazywać szacunek. Bo, co także należy zaznaczyć, w owych czasach chłopcy podobni do Tego od teledysku postrzegali wojnę wyłącznie jako pasjonującą rozrywkę polegającą na zwalczaniu tych złych przez tych dobrych (czyli naszych). Ktoś, kto walczył w wojnie automatycznie stawał się więc człowiekiem dobrym, mądrym i odważnym.

- Dlaczego krzyczycie: „kościotrup”? – zainteresował się Starszy Pan chwytając uprzednio rozpędzony nośnik okrzyku za ramię. – To nieładne słowo.
- To nasze hasło! – zawołał ani trochę nie zdyszany Ten od teledysku i dodał: „Kościotrup!”
- Macie hasło?
- Mamy! Żołnierze mają hasła i my też mamy.
- No dobrze, ale czemu „kościotrup”?

Tego Ten od teledysku nie potrafił wyjaśnić. Po prosto oglądali rano z chłopakami jakiś film o wojnie. Gdy zobaczyli, że żołnierze posługiwali się tam hasłem, uznali, że wypada, aby oni też mieli własne. Trudno powiedzieć kto wymyślił, by brzmiało ono „kościotrup”. Na pewno wszyscy przekrzykiwali się promując wymyślone przez siebie hasła, a tych było więcej niż pomysłodawców, bo każdy wymyślał po kilka. Niemniej ktoś w którymś momencie powiedział: „kościotrup” i wszyscy zamilkli od grozy, jaką wywoływało to słowo. Być może Ten od teledysku przypomniał sobie wtedy szkielet napoleońskiego żołnierza, który widział kiedyś w podziemnym cmentarzu jednego z klasztorów, a może owe niepokojące go odwiedziny u dawno zmarłych miały się dopiero wydarzyć (rodzice Tego od teledysku zachęcili go do zwiedzania owej rzadko udostępnianej żywym nekropolii właśnie informacją, że zobaczy tam napoleońskiego żołnierza. Oczywiście dzieciak napalił się na smukłego kolesia w niebieskim mundurze i z karabinem przypominającego jednego z żołnierzy, którymi się bawił. Widok szkieletu w burych szmatach mocno go rozczarował). W każdym razie wszyscy zgodzili się, że „kościotrup” to znakomite hasło.
- Kościotrup to nie jest dobre hasło – oznajmił Starszy Pan. – To dobrze, że macie hasło, ale musicie znaleźć sobie jakieś inne. Bardziej patriotyczne, polskie.
- To znaczy jakie?
- Może „orzeł”?

Po krótkim zastanowieniu Ten od teledysku uznał, że „orzeł” jest równie dobry jak „kościotrup”, a może nawet lepszy, bo jakby bardziej dumny i nie napawający go lękiem.
Kiwnął więc głową i pobiegł na następne piętro wykrzykując orła równie mocno jak wcześniej kościotrupa.

Jego rebelia nie mogła nie zostać nie zauważona.
- No co ty? – dopadł go chłopak, którego Ten od teledysku już nie pamięta. – Czemu nie wołasz „kościotrup”?
Ten od teledysku wyjaśnił mu, że zdaniem Starszego Pana „kościotrup” brzmi niepatriotycznie i żaden szanujący się żołnierz nie używałby takiego hasła. Co innego „orzeł”.

Ponieważ żaden z chłopców nie wyobrażał sobie, by za kilkanaście lat mieli ze wszystkich sił unikać wcielenia do armii, uznali, że jako przyszli żołnierze, którzy, jeśli dopisze im szczęście, będą walczyć z Niemcami, powinni używać patriotycznego, polskiego hasła.

Niedługo później gromada dzieciaków biegała pomiędzy piętrami wrzeszcząc ile sił w płucach: „Orzeł!”.

Tak mi się, patriotycznie, przypomniało.

12:33, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 kwietnia 2012
- Tędy biegłem - oznajmił ojciec Tego od teledysku. - Zgubiłem rękawiczki. To była zima, a ja zgubiłem rękawiczki i bałem się wracać do domu.

Siedzą w taksówce, za którą zapłaci Ten od teledysku. To nic nadzwyczajnego, a jednak jest pewna ostateczność w tym, że dziecko płaci za przejazd rodziców. Niby wszystko, co miało się zmienić, zmieniło się już dawno temu, a jednak istnieją drobiazgi dodatkowo przybijające nas do czasu.

- Była zima, a ja zgubiłem rękawiczki i biegłem do domu, choć bałem się do niego wracać - wspomina ojciec patrząc na świat, którego nie widzi nikt, poza nim. Dawno już minęli okolice domu jego dzieciństwa, ale szyby taksówki pokryła od wewnątrz para a od zewnątrz zalały je krople deszczu, toteż nietrudno się pogubić. Zresztą, teraźniejsza rzeczywistość nie ma znaczenia. 

Temu od teledysku przychodzi do głowy bardzo nieoryginalna myśl o indywidualnych miastach, o tym, że każdy z nas ma własne ich mapy. Ktoś inny napisał to już wcześniej, lepiej, trafniej i dosadniej i Ten od teledysku wie o tym. Wie jednak, że jeśli nie powtórzy myśli wzbudzonych wspomnieniami ojca, stanie się o coś uboższy; niechby nawet o banał.

"Nie zobaczycie mojego miasta - myśli Ten od teledysku. - Nie zobaczycie mojego życia. A ja nie zdołam wam o nim opowiedzieć."
02:55, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »