RSS
wtorek, 26 maja 2009
Było jeszcze wcale nie tak gorąco, gdy Ten od teledysku zasuwał w stronę pracy, zastanawiając się jaką katastrofę przyniesie mu tego dnia rozbuchana wiosna. Czy wspominano, że Ten od teledysku nie przepada za wiosną? Jest to niechęć mocno uzasadniona - przeczytał dawno temu, że wiosną właśnie najwięcej umiera ludzi, w związku z czym i swego odejścia oczekuje gdy przyjdą maje i kwitnąć będą bzy. Znacznie gorsza od tego wróżenia z pór roku jest dla Tego od teledysku świadomość, że po iluśtam latach od zbawiennej palinkowej kuracji znów wiosną kicha i czuje pieczenie w gardle.
Pal jednak sześć wiosnę ze wszystkimi jej potwornościami. Ten od teledysku zasuwał w stronę pracy, ale nie do niej samej, tego bowiem akurat poniedziałku wziął wolne, by zostać świadkiem wręczenia tytułu doktorskiego swojej niegdysiejszej nauczycielce serbskiego. Ponieważ jak zwykle był prawie że spóźniony zasuwał żwawo. i nagle, po dwóch przecznicach i jednym skrzyżowaniu drogi, gdy mijał ciężką żelazną bramę niewielkiego muzeum, zgubił niespodziewanie rytm kroków.
Młodzieńczy zupełnie chudzielec w takich sobie zwyczajnych okularach (co oznacza modne, drogie i wypasione, jak wszystko obecnie) czekał aż mężczyzna o trudnym do określenia wzroście, bo zgięty w pół, skończy kręcić zabytkowym zapewne kluczem w zabytkowych zamku zabytkowych drzwi. W ręce trzymał dwa, lub trzy egzemplarze "Barbarzyńcy".
Przeszłość wyskoczyła, jak to w zwyczaju znienacka i trzasnęła Tego od teledysku przez łeb.
Dawno dawno temu, w czasach rozpasanego studiowania, Ten od teledysku wspólnie z dwoma znacznie bardziej zaangażowanymi w całą sprawę kolegami, założyli to pismo. Najpierw było kilkoma kartkami papieru powielanymi na ksero i spinanymi zszywaczem biurowym. Potem rosło, aż w końcu zniknęło, bo wszyscy trzej skończyli studia i już im się nie chciało, a następcy obijali się i już. Pismo czasów Tego od teledysku w najlepszym nawet momencie nie wyglądało choć w ćwierci równie dobrze i profesjonalne jak to, które trzymał chłopak w okularach.
Ponieważ stał gdzie stał, Ten od teledysku uznał, że należy on do redakcji, albo przynajmniej jest z nią związany koleżeńsko lub jakoś tam. Ten od teledysku poczuł chęć by podejść, zagadać, pochwalić się jaka z niego skamielina. Pokonał pokusę w ułamku sekundy, wyrównał a może nawet i wydłużył krok i pomknął dalej, ku Gordanie, która za jakieś dwie godziny miała go zapytać: "a kiedy się ostatnio widzieliśmy?". Odparł, że chyba dwa lata, temu, ona policzyła, że osiem. Uciekł w komplement, ona się uśmiechnęła i czas znów nie miał do nich dostępu.
Ale najpierw zasuwał ulicą i próbował uplastycznić jakąś tą chwilę, ubrać ją w jakieś kosmiczne prawo, które możnaby zapisać prostym a niezwykłym wzorem. Chwilę gdy mijał kolesia będącego jakimś tam spadkobiercą jego (i kumpli) pomysłu. Chwilę, w której zawirowania prawdopodobieństw uśmiechnęły się do niego i musnął dowód na swoje istnienie - obiektywny spadek po swoich czynach sprzed iluś tam lat. Magia, którą przywołał, zawierała się w tajemnicy, tym, że ów okularnik cierpliwie czekający by pracownik muzeum uporał się z zamkiem, nie wiedział, że oto przeszłość i teraźniejszość musnęły się. I jeden człowiek świadomy tego pomknął na spotkanie innej przeszłości, drugi zaś pozostał błogosławienie wolny od skojarzeń i wspomnień, skupiony na tym, co jest i co będzie.
16:08, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 maja 2009
To było w samym środku lasu, tak mi się w każdym razie zdawało w ciemnościach jak gnałem między tymi cholernymi drzewami, które przestawały być niewidzialne na jakąś sekundę przed tym, jak człowiek na nie wpadał. To musiał być sam środek lasu, bo biegłem i biegłem, choć przecież, gdy przychodziliśmy tam, jeszcze za dnia, deptaną drogą, wcale nie wydawał się ten las duży. Właściwie wcale nie widziałem tam lasu. Zresztą, jaki tam las pod Wieliczką?
Ale noc wiele zmienia.
No więc biegłem i inni też ze mną biegli, co zresztą było głupie, bo nie myśleliśmy, nie patrzyliśmy, tylko żeśmy gnali przed siebie za tą dziewczyną, która nagle dostała ataku histerii i po prostu pognała z płaczem w las.
Najpierw ruszyły za nią dziewczyny, bo tak im kazała samicza solidarność i wrażliwość. Faceci pewnie staliby tam i naśmiewali się z idiotki dopóki nie przyszłoby im do głowy, że ten, który ją dopadnie i pocieszy będzie mógł potem ją przelecieć. Ale jak już ruszyły dziewczyny, to oni pobiegli za nimi, bo tak wypadało. Bo tak było trzeba.
No, nieważne.
W każdym razie jakiś czas później, jak już powyłaziliśmy z tego lasu, ona siedziała na takim podmurowaniu przy schodach. Nie bardzo wiem, jak to nazwać, bo ten dom, w którym urządziliśmy imprezę nie był jeszcze całkiem gotowy. Pustaki, kamienie, trochę drewna, dziury w podłodze na wyższych piętrach. Gotowa była tylko kuchnia i dwa pokoje. W jednym zaczęła się impreza, by oczywiście przenieść się do kuchni. W drugim sypialnię urządziły sobie dziewczyny.
No więc siedziała na tym nieokreślonym kawałku betonu, a ja siedziałem razem z nią. Wszyscy inni poszli już do kuchni, zostawiając nas tam. Żeby miała się przed kim wygadać.
Gadała i gadała. Nie bardzo wiem o czym, bo musiałem całą siłą woli powstrzymywać się przed tym, żeby nie zacząć się do niej dobierać, a tylko o tym myślałem. To była... No, w każdym razie tamtej nocy wydawała mi się niesamowitą laską. Fajne oczy, fajne usta, fajne cycki - wszystko miała fajne. Oprócz nawijki. Siedziała i nawijała o facecie, który jej nie kocha a ona tak cierpi. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, prawie wiem to na pewno, że chciała, żebym zabrał się wreszcie do rzeczy. A ja strasznie chciałem to zrobić, tylko blokowała mnie ta jej nieszczęśliwa miłość. Proszę się nie śmiać, miałem wtedy szesnaście lat. Ja wiem, że jest kupa szesnastolatków, którzy by się nie patyczkowali, ale ja byłem właśnie z tych, co się patyczkują.
No i tak siedzieliśmy. Teraz to nawet śmieszne - ona chciała, żebym zaciągnął ją w krzaki, ale puściła zupełnie niewłaściwą opowieść. Ja chciałem ją przelecieć, ale opacznie ją zrozumiałem. I tak żeśmy się nie rozumieli, aż ona w końcu sobie poszła.
Komedia omyłek.
Tym większa, że - jak się na drugi dzień dowiedziałem - inna laska, która koniecznie chciała mnie zaciągnąć tej nocy w jakieś ustronne miejsce, czekała na mnie i czekała. Ale ponieważ ja siedziałem z tamtą tak strasznie długo, uznała, że nic z tego nie będzie i dała się zaciągnąć na strych mojemu kumplowi, który strasznie ją chciał.
Komedia omyłek.
Jaki ja byłem wściekły na siebie i na tamtą zapłakaną na drugi dzień! Ale najbardziej na siebie, że się z żądną z nich nie przespałem.
Ale potem, jakieś pół roku później, jak zobaczyłem co ta druga zrobiła z tamtym moim kumplem, to uznałem, że ta laska, która nie dała mi wtedy dupy, tam przy tych schodach, to był mój anioł stróż. I cała te komedia omyłek uchroniła mnie przed strasznym gównem. Raz w życiu spotkałem prawdziwą kobietę fatalną i to była ta druga, ta co ją kumpel dopadł na strychu.
Tyle chciałem panu powiedzieć. Tylko to. Dziwne, nie?

- Dziwne - zgodził się Szałapach wyłączając dyktafon. - Ale zbierałem już dziwniejsze dusze.
- Zostanie pan jeszcze na chwile?
- Nie mam już po co. Bo pan już nic nie opowie, prawda?
- Nie. Już nic. jak o tym myślałem, po tym, jak się umówiliśmy, wydawało mi się, że to jest historia z jakimś morałem. Że niby człowiek nie wie jak się obróci chwila, którą właśnie traci. Ale teraz nie jestem już tego pewien.
- Nie ma historii z morałem - oznajmił Szałapach zbierając się do wyjścia.
- Nie?
- Nie. Żeby zaistniał morał, historia musi się kończyć. A żadna nigdy się nie kończy.
- Jak nie jak tak? Moja się kończy na ten przykład.
- Nie.
- Jak nie?
- Nie i już. Ktoś będzie pana pamiętał, może ta dziewczyna, której pan nie przeleciał. Może to, że pan jej nie przeleciał, coś tam dla niej zmieniło. Na pewno zmieniło dla pana kumpla, że pana nie przeleciała ta druga. Wszystko się miesza, plącze, trwa. Do widzenia.
- W dupie mam taki brak końca! - oznajmił zamkniętym drzwiom mężczyzna nim zniknął.
16:52, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 maja 2009
W pewnym momencie zaczynamy sami osłabiać własne bariery. To może zdarzyć się gdziekolwiek i jakkolwiek. Od słonecznej chwili pragnienia i jabłek w sadzie, pocałunku z cudzą kobietą, jeszcze jednego kieliszka, albo pierwszego sztachnięcia. W chwili, gdy raz, pierwszy raz w życiu zrobimy coś, czego byśmy się po sobie nie spodziewali, czego zrobienie nie przyszłoby nam wcześniej do głowy, albo nawet i nie postało w naszej głowie - tracimy dziewictwo. Bariera pęka i nigdy już nie będzie tak samo.
Nie, żeby co innego działo się każdego poranka.
Osłabieniu barier nie towarzyszy jednak ta powszednia niewinność, która unudza nasze poranki.
Któregoś dnia przebudzimy się jak Szałapach. Odkryjemy, że nie zostało już chyba nic do przekroczenia.
Wcale nie taki stary mężczyzna myśli o tym siedząc w półmroku własnej piwnicy, tej drugiej, ukrytej i tajemnej.
W pewnym momencie - mamrocze zwijając papierosa, którego nie zapali - być może już od urodzenia, osłabiamy bariery, które chronią nas przed rozmyciem się w głupi, bezmyślny i ślepy tłum. Z każdym dniem tracimy na sobie, zyskując na ciężarze społecznym. Nagle tyle nas, co naniesiemy na siebie rzesz Kowalskich, Kaczyńskich, Czwartowskich, czy Jankowskich. A nie o to chodzi.
Zwinięty papieros upycha za uchem, a potem przypatruje się rzędom kaset i płyt na półkach. I każdą z nich odnajduje z osobna.
21:20, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »