RSS
czwartek, 20 maja 2010
Ten od teledysku, facet, którego lubią ludzie, wylądował na spotkaniu, na które przyszła i Sowa. Siedział, gapił się po kątach i na nią i dumał.
Wyobraźnia podsyłała mu obrazy, których na pewno nie powinny oglądać dzieci.
Od maleńkości dostrzegamy więcej, niżby chcieli nasi rodzice i opiekunowie. Potem dostrzegamy więcej, niżby chcieli nasi nauczyciele. Dostrzegamy i dokonujemy więcej, iż chcieliby nasi mistrzowie, a nawet więcej, niż my byśmy chcieli. Dojrzewamy, puchniemy doświadczeniem i dumą.
Ten od teledysku sumuje wszystkie swoje doświadczenia. Wspomina tą blondynkę, która zeznawała przeciw swojemu ojcu, wspomina kolesia, który podpalił dom i z siekierą w ręku czekał, by uciekała z niego niewierna żona, wspomina laskę którą wsypała męża - przemytnika i zajęła jego nieruchomości i gościa, który zabił kumpla, bo nie smakowały mu kanapki jego żony. 
Sumuje to wszystko i wie, że on i Ty i Pieszczoch i Perełka i ich żony i Ojcu i Wy, którzy czasem to czytacie  - wszyscy mają słabości i wady.
I to wcale nie cud, że je przezwyciężamy,
Cudem jest, że mamy je dla kogo przezwyciężać.
00:30, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Wiosna zawsze była przykrym czasem dla Szałapacha. Piekły go wtedy oczy, piekło i gardło. Oddychało mu się ciężej (i nigdy nie był pewien, czy to serce nie próbuje wysyłać mu wiadomości). Tylko wiosną zaczynał lekturę lokalnych gazet od stron z nekrologami i zawsze utwierdzał się w przekonaniu, że żadna inna pora roku nie zapełniała nimi gazet tak obficie. Nekrologi zresztą często wędrowały wiosną aż na pierwsze strony, gdy umierał ktoś ważny. A starzy mędrcy, artyści i zwyczajne gwiazdy archaicznych sezonów właśnie wiosnę wybierały sobie najchętniej na czas podróży ku niebieskim pastwiskom.
Szałapachowi nie spieszyło się do krainy wiecznych łowów, kiedy jednak o niej myślał, był pewien, że i na niego nadejdzie czas wiosną. Najbardziej gniewało go, że wedle dość powszechnego przekonania TAM panuje właśnie wieczna wiosna. Dlatego miał pewność, że jakkolwiek nie zostałoby osądzone jego życie, z pewnością trafi do piekła. Albo do tego na dole, albo tego wiosennego na górze.
Wiosną najchętniej nie wychodziłby z domu. Owszem, lubił siadać przed oknem i gapić się na wszystkie te rozkwitające kolory, na igrające z nimi słońce, a najchętniej na zalewający wszystko deszcz. Choć doceniał bolesną dlań barwność wiosny, tak naprawdę wypatrywał burz wieszczących nadejście lata. Latem świat zmieniał się dla Szałapacha na lepsze. 
Tej wiosny jednak wszystko zasłaniały Szałapachowi dźwig i rusztowania. Oto nowy właściciel budynku postanowił uwiecznić siebie dodając do i tak dziko już pokręconej budowli dodatkowe skrzydło. Dziwna to była decyzja, jednak właściciel tłumaczył ją okazyjnymi cenami w czasie kryzysu, równaniami gospodarczych wróżb i wachlarzem biznesplanów wskazujących bez pudła słuszność jego decyzji.
Szałapach, do którego obowiązków należało teraz i rzucanie bacznym okiem na teren budowy, schodził czasem między rusztowania, rowy, stosy gruzu. Dawał jakieś resztki psu uwięzionemu między dwoma betoniarkami. 
Kiedyś wszedł do budy, w której gnieździli się kierownicy budowy. Miał klucze do ich szaf i szuflad, zdobył hasła do przepotopowego komputera postawionego tam nie wiadomo po co, skoro wszyscy i tak przychodzili z laptopami. Niemniej nawet komputer posiadał w pamięci plany budowy. Szałapach przeglądnął je wyobrażając sobie, że mógłby w nich namieszać. Że kiedy wysłuchuje opowieści życia, spija wraz z nimi wspomnienia i umiejętności tych, którzy dzielą się z nim wspomnieniami. Wtedy umiałby wtrącić się w plany - wysłuchał przecież kilku architektów. Wprawną ręką naniósłby na nie kilka zmian i sprawił, że powstałby nieco inny, niż zaplanowano budynek.
Niestety, nie umiał tak. Zresztą, plany zamknięte w starym komputerze nie były jedyne - pozostawały plany w laptopach inżynierów, w teczce majstra, u właściciela budynku, inspektorów nadzoru i bogowie wiedzą gdzie jeszcze.
Dlatego Szałapach musiał działać inaczej.
Porozmawiał z ukrytymi Chińczykami, którzy na odgłosy budowy wypełzli ze swoich kryjówek i za groszowe stawki wykonywali najprostsze prace. Napił się z majstrem i postawił skrzynkę wódki robotnikom. Dzięki temu miał pewność, że powstanie kilka podziemnych korytarzy więcej, łączących i tak już niezłą plątaninę piwnic, że jedno lub dwa pomieszczenia zostaną zamurowane, tak, by umknęły uwadze właściciela i architektów. Potem, gdy będzie już po wszystkim, Chińczycy wykują do nich przejścia i może nawet wstawią jakąś niewielką piracką klatkę schodową?
I budynek będzie taki, jak trzeba, jakim chciał go widzieć Szałapach, a nie jacyś tam, ciągle zmieniający się właściciele.
Świadomość tego, a także radość z mieszania w planach i tworzenia tajemnej rzeczywistości, pomagały mu przetrwać wiosnę.
09:00, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 maja 2010
Zdenerwowanie nie powinno być jego udziałem, a jednak przyjechał na miejsce blisko godzinę za wcześnie, tylko dlatego, że pomyliło mu się w głowie wszytko, co miało związek z przeliczaniem czasu na odległości w podróży do urzędu stanu cywilnego. Kupił kwiaty. Kupił długopis, by umożliwić innym wpisanie się w książeczce, którą przygotował. Kupił kopertę na kasę. Kupił jabłko, by korzystając z okazji oszukać czymś głód, bo przecież wyszedł z domu bez śniadania. Kupił taki sobie kolorowy tygodnik, by oszukać czymś czas.
Potem witali się wszyscy - ile radości! Perełka, świadek Pieszczocha, przyjechał z żoną i kilkumiesięcznym synem. Zjawili się Ojcu i Paweł, którzy nie dotarli na wieczór kawalerski. I oczywiście Rudy i Ten od teledysku. 
Pani kierownik przywitała i udzieliła. Perełka się uśmiechał, Pieszczochowi nie zadrżał głos, prędko było po wszystkim. Szybko wyczerpała się kolejka z życzeniami, zajechały samochody. Wszyscy bez trudu trafili do restauracji o ludowym wystroju. Na sporym piecu poukładano bale drewna. Goście rozsiedli się, jak należy, przy stolikach. Ten od teledysku ucieszył się, że usiadł naprzeciw ślicznej brunetki o ciemnych oczach i nie ucieszył się, że obok siedział jej facet. Taki los. 
Odśpiewali, odklaskali, odżyczyli. Żartowali przy stolikach, wznosili toasty. Perełka zagadał o wieczór kawalerski - nikt nie pamiętał końcówki, ale pewnym jest, że znów nie dotarli pod wieżę telewizyjną, by popatrzyć ponad świtem na odświtne miasto. 
Obiad, deser i koniec. 
Ojcu, Rudy i Ten od teledysku poszli na majowe piwo w knajpianym ogródku. Darujmy sobie ich rozmowy. Ojcu odszedł prędko do żony i dzieci. Rudy nie zdołał, bo Ten od teledysku podstępnie przywołał Pieszczocha i resztę. Połazili nad Wisłą i nagle Rudy i Ten od teledysku znów znaleźli się sami w ogródku (ale zupełnie innej) knajpy, sącząc piwo i gadając o pierdołach. Podczas powrotu Tego od teledysku z toalety, jakiś koleś, na oko lumpiasty, zgadał do Tota o kasę na jakieś życie lub piwo.
- Wybaczcie panowie, ale nie mam ani grosza przy sobie - odparł Ten od teledysku, co było zgodne z prawdą, gdyż toaleta Mleczalni mieści się po drugiej stronie knajpianego ogródka, w którym Tot zostawił Rudego, swoje piwo i kurtkę z portfelem.
- No nie ściemniaj - oburzył się lumpiasty. - Zobacz jak wyglądasz!
Wyglądał Ten od teledysku rzeczywiście fatalnie. Zagarniturowany, w niezłej koszuli i niezłym krawacie, zupełnie nie pasował do atmosfery wieczornego Kazimierza. Ale kasy przy sobie nie miał i już. I kiedy już myślał, że przekonał o tym lumpiastych, jeden z nich poderwał się z chodnika, dopadł Tego od teledysku i zawołał: "czekaj!"
- Kiedy naprawdę nie mam kasy!
- Nie o to chodzi. Chcę ci coś powiedzieć.
- No, mów.
- Nie pysznij się tak. Albowiem nie szata czyni człowieka!
W takich chwilach należy zachować spokój. Pomyślmy jednak, że Ten od teledysku wypił już kilka piw, a także znajdował się w stanie silnego pobudzenia emocjonalnego.
- Nie pysznij się? - zawołał przekonany, że jedyne, co osiągnie tym protestem, to konieczność bójki. - Szata? Ty tępy durniu! Ja nienawidzę garniaków! Nienawidzę krawatów! Noszę je tylko, kiesy muszę! Więc odpieprz się ze swoją gadką o pysznieniu się i szacie! Wydaje ci się, że każdy facet w garniaku to [tu padło słowo nieprzystojne]? Więc widzisz tylko mój krawat, moją koszulę i mój garniak! I zero człowieka za nim. Nic nie wiesz, nic nie widzisz, jesteś tym o co mnie oskarżasz. 
Do bójki nie doszło. Ten od teledysku i Rudy wypili jednym piwie. Zjedli potem po pysznej kiełbasce i zasiedli przy barze pubu Omerta, gdzie wspominali wszystkie nie wykorzystane w liceum okazje damsko męskie. Pożalili się nad sobą, wypili dwa piwa i wyszli, co przyszło im tym łatwiej, że zamykano już lokal.
Ot ślub. Niby tak prosto, tak oszczędnie w gesty i gości, tak zwyczajnie w słowach, a tak wiele się stało. Niby nic ponad symbol i urzędnicze ogłoszenie; cóż znaczy druk nad pieczątką i maczki podpisów ludzi, którym charakter pisma zmienia się co kilka lat? To wszystko - prawie jak nic. A jednak ci ludzie, którzy już mieszkali ze sobą i wyczyniali ze sobą to, co mężczyzna i kobieta wyczyniać ze sobą potrafią, począwszy od sprzeczek aż po seks, ci ludzie - oni oboje a za nimi wszyscy - zgadzają się teraz, że istnieją teraz jakoś inaczej. A przecież nie stało się nic poza spotkanie, gesty, symbole na palcach (złote obręcze, to jakby założyć sobie na palce Słońce), obiad, spacer, piwa i pożegnania z tymi, co zostają.
Rankiem, już innym rankiem, inaczej, oni polecą na Kretę.
Niedługo przed pożegnaniem, Ten od teledysku zapytał:
- To złamiemy tradycję i dziś nie pójdziemy do Pięknego Psa?
- Jestem zbyt zmęczony - jęknął Rudy.
Bywa. Właściwie nic nadzwyczajnego. Na wszystkie dni ich życia, obaj spędzili w Pięknym Psie kosmicznie niewiele nocy i poranków.
A jednak było coś dziwnego w tej zmęczonej decyzji. Bo Ten od teledysku poczuł szczyptę żalu na myśl, że tym nie zobaczy tego niespodziewanego świtu, o którym mógłby napisać także dla siebie i dla tej gdzieś tam tęskniącej za takimi świtami dziewczyny. 
Co oczywiście znów prowadzi nas do umowności słów, czynów i gestów. Trochę śmiesznej, a trochę istotnej. 
02:16, tenodteledysku
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 maja 2010
Czasami nasza wiara w cuda owocuje niespodziewanymi spełnieniami. Ciułamy marzenia od dnia do dnia,a kiedy się spełniają, zastają nas zaskoczonych i niepewnych. Co gorsza jednak zastają nas także tak bardzo zanurzonych w oczekiwaniu, że aż trudno nam się oprzeć.
Ruda znalazła wreszcie faceta, który spełniał jej oczekiwania. Gdy się poznali na imprezie u wspólnej znajomej, spojrzał jej w oczy, po czym pochylił się, zgiął w pół, by pocałować ją w rękę. Zamarł tak na trzy uderzenia serca, wyprostował się, znów spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się jedynie prawdziwi mężczyźni.
Gdyby wtedy był tam Ten od teledysku, ostrzegłby ją, że kobietom takim jak ona nie wolno ufać facetom szafującym całowaniem po rękach. Ale Ten od teledysku popijał wtedy z trzema przyjaciółmi, bo Pieszczoch się żenił. Zwiedzali miasto od zachodu do wschodu i znów witali świt na moście. 
Później, rozkołysana z nim myślała, że, ach, to pięknie, że tyleż jest on, ach, pianistą, co współpracownikiem teatru. Że, och, pięknie robi zdjęcia z premier i ach, pięknie gra na pianinach, fortepianach i programach muzycznych.
I dba o siebie, odkłada pieniądze na przyszłość, zarabia dodatkowo to tu, to tam. Planuje.
Ach.
I tak jakoś dziwnie a dobrze się złożyło, że musiała wyjść z domu tego piątku, wyskoczyć na miasto, załatwić to i owo.
Wracając minęła knajpę, w której dorabiał przy pianinie.
Dotąd ukrywał przed nią widok grającego siebie. Dlatego tym bardziej zamarła obserwując jak lekko, niewinniej i bardziej skupiony niż w nocy, kołysał się, jak skupiony wpatrywał się w klawisze, jak wpatrywał się w melodię, której może nawet nie słyszał, ale którą widział w bieganinie swoich palców, aż musiała pomyśleć o tych dwóch bieganinach i dwóch instrumentach,
Grał i patrzył. Obserwowała. Myślała znów, jak to niezwykle, że są i tacy mężczyźni - tak skupieni, tak uważni, tak pewni siebie i ruchów i gestów. Patrzyła jak gra na knajpianym pianinie i wspominała te same palce, te same dłonie, to samo skupienie na niej.
I ani jej do głowy nie przyszło, że on potrafi tak patrzeć, tak się skupić, tylko sam na sobie.

Tymczasem Ten od teledysku wciąż i wciąż myślał o tym, że Pieszczoch się żeni.
Już jutro.
Uch.
00:13, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »