RSS
wtorek, 20 czerwca 2006
Poniższe wpisy są stare. Tak mi się jakoś same przeniosły przy edycji i już się nimi nie bawiłem. O skasowaniu zapomniałem, przypomniałem sobie dziś, wszedłem i nie skasowałem. Diabli wiedzą, co będzie dalej. Wsród iluś tam tysięcy blogów pisanych dla jednego czytelnika, ten jest mi jakoś bliski. I nawet nie wszystkich wpisów się wstydzę.
15:25, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »

Ten od teledysku dowiedział się z prasy, że Gagarin nie poleciał w kosmos, Armstrong nie stanął na Księzycu, a Marco Polo nie dotarł do Chin.

Żyjemy w cywilizacji ściemy.

15:01, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »

Zmuszony bezlitośnie gnającymi wskazówkami zegara do skorzystania z usług komunikacji miejskiej, Ten od teledysku, tłoczył się nieżyczliwie w wagonie numer dwa, którego, ponoć, nie odwiedzają kontrolerzy biletów. Korzystając z faktu, że nie musi dbać o zachowanie właściwego kierunku, pozwolił sobie czytać gazetę. Tramwajowy sąsiad Tego od teledysku, pozwolił zaś sobie czytać ją razem z nim. Normalnie, Ten od teledysku zwinąłby gazetę w rulon, który następnie wsunąłby zaglądającemu mu przez ramię podglądaczowi w oko, jednak tym razem usprawiedliwił sąsiada – padał deszcz i tłok w tramwaju niemal wymuszał takie zaglądanie.

Są jednak rzeczy, które trudno wybaczyć nawet w tłoku.
- Ale wymyślili z tą kometą! – sapnął z podziwem podglądacz, jak się okazało nie w bliżej niesprecyzowaną przestrzeń, ale konkretnie, do Tego od teledysku.
Otrzymał w zamian za to nawiązanie próby przyjaźni nieżyczliwe spojrzenie, niezrażony jednak, spróbował raz jeszcze:
- Żeby tak w taką kometę trafić...
- Cholerni imperialiści – warknął więc Ten od teledysku. – Nawet kometę ostrzelali. Wolność dla komety!
Podglądacz zamrugał.
- Że co? Coś pan, oszalał, przecież to żadna agresja, postęp naukowy i techniczny...
- Homofob – wycedził Ten od teledysku, spojrzał na Podglądacza i byłby wyszedł dumnie z tramwaju, gdyby nie musiał się niegodnie przepychać do wyjścia.
Nieco zniesmaczony ową goryczką, która zepsuła mu słodycz triumfu, postanowił poprawić sobie nastrój gnębiąc kolegę z pracy.
- Zdajesz sobie sprawę, że ustawa o ochronie danych osobowych, to pic na wodę? – zagadał, wskakując na pewną popularną wyszukiwarkę.
Kolega zdawał sobie sprawę, choć, najwyraźniej nie do końca. Ten od teledysku udowodnił mu to, wpisując jego imię i nazwisko w wyszukiwarce. Oczom zdumionego kolegi ukazały się informacje o tym, w jakiej szkole się uczył, kto był jego ulubionym nauczycielem...
- W ten sposób mogę dowiedzieć się o Tobie wszystkiego – obwieścił Ten od teledysku złowieszczo. – Odnaleźć cię, poznać wszystkie twoje tajemnice i zdobyć narzędzia nacisku.
Kolega zmartwiał.
- I z każdym tak można? – zapytał.
- Z każdym – ochoczo potwierdził Ten od teledysku. – Nie ze wszystkimi tak łatwo, ale z każdym. Przez trzy lata zajmowałem się znajdowaniem ludzi, to wiem.
Tym razem jego sukces był całkowity. Zostawił kolegę wpatrującego się ze zgrozą w monitor i poszedł do Szałapacha, by podzielić się z nim swoim sukcesem.
 -  A myślałem, że lubisz deszcz – odezwał się w odpowiedzi Szałapach i – jak to on – nie powiedział już nic więcej. Pogapili się we dwóch chwilę na Inkę polującą na krople wyścigujące się po szybie, aż wreszcie Ten od teledysku poszedł sobie, nieco pognębiony. Ponieważ nie mógł usiąść przed swoim komputerem, przed którym ciągle jeszcze wychodził powoli z oniemienia jego kolega, usiadł na korytarzowym parapecie i zamachał nogami.Szałapach, oczywiście, miał rację. Wszystko wzięło się stąd, że poprzedniego wieczora odwiedził swoich rodziców, a tam, jego matka wcisnęła mu w rękę jakąś kocią konserwę, mówiąc:
- Słuchaj, to jest, podobno, coś, za czym koty przepadają. I rzeczywiście, Nerwa prawie mnie pobiła, próbując się jak najszybciej dostać do miski. Ale chciałabym wiedzieć co tam, jest, tylko, że to w jakimś obcym języku. Zobacz, może po angielsku?
Ten od teledysku zobaczył i nie uwierzył. Zobaczył więc, na wszelki wypadek, raz jeszcze.
- Mamo, to po polsku – powiedział.
- Naprawdę? No popatrz – roześmiała się, zabrała konserwę i odtuptała do lodówki.
To, co powinno być zabawne, wprawiło Tego od teledysku w nastrój daleki od radosnego upojenia. Wracając do domu, uświadomił sobie, że nawet własnej starości nie boi się, póki co, tak bardzo, jak starości swoich rodziców.
Odetchnął, przestał machać nogami, zeskoczył z parapetu i wrócił do Szłapacha.
- Mam nadzieję, że jest Bóg, cholera – oznajmił.
Szałapach skinął głową. Też ją miał.
Tylko Inki zupełnie to nie obchodziło.

14:49, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »