RSS
niedziela, 27 czerwca 2010
Ten od teledysku wylądował pod lodówką. 
Trochę się tego spodziewał i trochę obawiał. Znoszenie stołów, wersalek i segmentów - nawet tych wymagających z lekka akrobatycznych wymian na półpiętrach - nie było czymś mrożącym mu krew w żyłach. Nawet pralkę dało się znieść. Ale lodówka - o, to co innego.
No, ale skoro zgodził się pomóc Ojcu w przeprowadzce, nie było wyjścia. Uginał się więc pod lodówką i w towarzystwie trzech innych niewprawnych tragarzy targał ją z czwartego piętra. Mięśnie uśmiechały się sarkastycznie obiecując im wszystkim zakwasy następnego dnia.
A kiedy wreszcie znieśli już lodówkę i cudem jakimś zatargali ją do nowego mieszkania Ojcu sto metrów dalej, odetchnęli z ulgą, otarli pot z czół i szczęśliwi, że najgorsze mają już za sobą ruszyli po inne gramoty. Po drodze przekonywali się, że wcale to a wcale nie nie przejmują się jutrzejszymi zakwasami.
Jak to często bywa, rozmowa zeszła na krewnych i znajomych. I nagle jeden z szwagrów Ojcu powiedział:
- Brat Asi to teraz będzie miał dobrze.
- Brat Asi! - zawołał Ojcu. - Brat Asi! Nigdy nikt tak mnie jeszcze nie nazwał.
- Egocentryk! - roześmiał się drugi szwagier.
Ale i Ten od teledysku - nie po raz pierwszy przecież - uświadomił sobie, że i on czasem bywa kimś innym, niż sobą - bywa czyimś bratem, czyimś synem, czyimś facetem, czyimś byłym... Jakby ktoś zawłaszczał go sobie, jak on zwykle zawłaszcza sobie innych. I dumał tak nad swoim zwyczajnym egocentryzmem i o tym, że nikt nigdy nie należy w pełni do siebie aż nagle okazało się, że siedzi z innymi przy pizzach a córka Ojcu prosi go o ketchup.
- Chcesz pikantny, czy łagodny? - zapytał.
- Łagodny jak baran boży - odpowiedziała z bezpretensjonalnym wdziękiem właściwym pięciolatkom. 

16:24, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 czerwca 2010
Najpierw poruszyły się wysokie, złote od słońca trawy, których żaden z nich nie potrafił nazwać. Ot, jakaś powszednia roślinność wyschnięta teraz przez kilka upalnych dni. Zerknęli, ale zaciekawili się naprawdę dopiero gdy kołysanie ani myślało ustać - przeciwnie, nabierało na sile i zbliżało się ku nim. W tle wciąż wezbrana, choć już nie tak groźna, rzeka miejscami czerniała od nocy, miejscami oddawała ciepłe światło latarni. Mało kto pchał się na bulwary tego wieczoru, zbyt świeże było wspomnienie powodzi. Gdzieniegdzie przy brzegu pozostały jeszcze porzeczne kałuże i plamy błota. Po mieście krążyły opowieści o krwiożerczych chmarach komarów. Ten od teledysku i Rudy siedzieli więc nad rzeką sami, a ku nim zbliżało się coś bezczelnie kołysząc wybujałą trawą. 
Pomyśleli o grozie takiego tajemniczego zbliżania i roześmiali się, bo cóż groźnego mogło być w stworzeniu tak niewielkim, że mogło ukryć się w trawie. Z ciekawością wyglądali przybysza, a on zaczął fukać i parskać. Prychnął raz, albo dwa i wyszedł by przypatrzeć się im obu i dać przyglądnąć się sobie.
Był jeszcze młody sądząc po rozmiarach. I jak to jeże wzbudzał odruchową sympatię.
- Zaraz ucieknie - szepnął Ten od teledysku, mylił się jednak. Jeż ani myślał uciekać. Kręcił się w okolicy przez kilkanaście minut, a gdy jego coraz bardziej oburzone fukanie i prychanie nie przynosiło spodziewanych efektów, wychodził z traw i obwąchiwał buty niedomyślnych ludzi. Albo stawał przed nimi i patrzył z wyczekiwaniem tymi swoimi lśniącymi, ciemnymi oczyma. 
- Nie widziałem jeszcze tak bezobciachowego jeża - oznajmił Rudy, a Ten od teledysku pokiwał tylko głową. Chciałby poczęstować czymś zwierzaka, ale z rzeczy konsumowalnych miał tylko piwo. 
Wreszcie jeż zrozumiał, że niczego się od tych dwu nieużytków nie doczeka i poparskując odszedł.
Tak zaczęła się ta sensowniejsza część czerwca. Przedtem tylko ulewy karmiły strach przed powodziami. Upały, które nastąpiły po nich nie przyniosły ulgi, jednak nocami można było zacząć żyć.
I tak kręci się druga połowa czerwca - w normalnej pracy, normalnych imprezach i spotkaniach. W niektóre wieczory Ten od teledysku biega nad kamieniołomem, a w niektóre nie. Szałapach śmieje się z niego. Większość ludzi coraz intensywniej, coraz mocniej chciałaby odpocząć. W przeciwieństwie do nich Ten od teledysku czuje potrzebę wzmożenia pracy.
Ale od kilku dni, a konkretnie od wieczora spędzonego pokrótce w jakimś nowym lokalu zaopatrzonym w spory ekran umożliwiający oglądanie mundialu, myśli głównie o tym, co może zdarzyć się za rok.
O statku wypływającym z Irlandii i przez dwa tygodnie tnącym ocean by dopłynąć do Ameryki Południowej, a tam od portu do portu zawędrować do Brazylii.
I pal sześć Brazylię, niech będzie tylko wisienką na torcie. Ale myśl o tych dwóch tygodniach podróży pociąga Tego od teledysku, staje się czymś kuszącym, niemal koniecznością.
A ponieważ jest dzieckiem swoich czasów i mieszka w dwu światach, cały czas zastanawia się czy na takim statku jest powszechnie dostępny internet.  
21:01, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »