RSS
środa, 29 czerwca 2016

Odkąd trzy lata wcześniej pierwszy szerszeń wpadł do mieszkania Tego od teledysku rozpoczynając tym samym prawie co wieczorną serię odwiedzin, kończących się zwykle śmiercią nieproszonych gości aż do tego jednego razu, gdy szerszeń ukrył się między książkami, by przenocować między nimi i spokojnie odlecieć o świcie, Ten od teledysku ciągle słyszy bzyczenie. Jakby szerszenie wygryzły gniazdo w styropianie oblepiającym ocieplająco ściany jego mieszkania. Czy Ten od teledysku siedzi przy biurku, czy kładzie się spać, coś bzyczy.

 

Szerszenie nie przylatują ostatnio, choć przecież przysłały zwiadowcę wiosną. Ale wczoraj coś sporego przeleciało obok głowy Tota, dostrzegł jeszcze przezroczyste skrzydła, duże ale roztrzepotane bardziej jak wśród ciem, niż szerszeni. Wyobraźnia dopowiedziała żółty korpus, albo może oczy naprawdę go dostrzegły. Stwór był jednak cichy. Czmychnął w odmęty sargassowego kawałka podłogi, gdzie puste kadłuby butelek po winie ociekają kurzem po ostatniej wizycie Rudego. "Widziałem kolibra u siebie na balkonie", opowiadał Rudy przeglądając etykiety na butelkach wyciąganych z "piwniczki" - ciemnej przestrzeni za łóżkiem wyszczerzonym z segmentu uginającego się pod książkami, to tam kiedyś ukrył się szerszeń, "Rok temu nie mogłem uwierzyć, że widzę kolibra w Belgradzie na Dunaju, a wczoraj widziałem go u siebie na balkonie w Nowej Hucie." Stwór zniknął i być może Ten od teledysku znów nocował z obcym.

 

I może właśnie myśl o tym nie dawała mu spać. Obudził się w okolicach czwartej. Odsunął firankę, otworzył szerzej okno i prawie całkiem odrzucił kołdrę ciesząc się chłodem świtu. Ptaki darły się po swojemu, a on uświadamiał sobie, że ostatnio coraz mniej spotyka na podwórku gołębi, choć innych ptaków przybywa. Może to sprawka kun, może lisów, może puszczyka, który całkiem niedawno wpadł na pomysł zapolowania na miniaturowego psa sąsiada?

 

Spróbował zasnąć, ale to nie takie proste, gdy już się raz otworzy oczy i nie zamknie ich wystarczająco szybko. Leżał więc nie myśląc przez chwilę o niczym, aż uprzytomnił sobie, że znów słyszy bzyczenie. Pomyślał o szerszeniach budzących się tuż obok jego głowy w gnieździe wygryzionym w ścianie. Ale to nie szerszenie się budziły a miasto. Ruch narastał na głównych arteriach nie tak całkiem dalekich od podwórka Tego od teledysku. Dobiegał doń właśnie jako bzyczenie. Uparte, niezmożone, narastające coraz wścieklej.



Za chwilę obudzi się wszystko. A wtedy jeden z tych skurwieli, którzy od trzech lat remontują kamienicę obok Tego od teledysku przy użyciu wierteł znów wprawi cały świat w wibracje. Ten od teledysku codziennie myśli o nożu w szufladzie, którym mógłby podrzynać gardła wszystkim draniom z świdrami i wiertarkami. Albo marzy, że mógłby się dogadać z szerszeniami, żeby to one pozabijały robotników w kamienicy obok. Czasem dochodzi do wniosku, że  jedynym rozwiązaniem jest wysadzenie całej kamienicy.



Tak się to właśnie zaczyna, Od bzyczenia, którego nie można ugasić.

 

 

06:26, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 czerwca 2016

Rudy biegł środkiem drogi machając rękami, jakby spodziewał się, że tej nocy grawitacja musi wreszcie mu ulec. Tak rozświergolonego Ten od teledysku nie widział go chyba jeszcze nigdy. Rudy cieszył się ze wszystkiego i do wszystkiego się śmiał. Nie potrafił usiedzieć w jednym miejscu. Podczas, gdy Ten od teledysku i Os. oddawali nieco absurdalnej przyjemności rozmawiania w dwóch językach równocześnie, Rudy biegał wokół nich i cieszył się życiem; beztrosko, nieco na przekór sensom. Aż wreszcie oświadczył, że nie zgadza się na to, by wieczór zakończył się tutaj, że muszą wszyscy iść do Cycatki, inaczej cały ten wyjazd się nie spełni.

 

- Cycatka? - zapytała blondynka, najbardziej chyba spośród gospodarzy zainteresowana rozmową.

 

Spróbowali jej wytłumaczyć. Gdy zrozumiała, wymieniła z kolegami kilka uwag w języku, z którego Ten od teledysku rozumiał mniej, niż piąte przez dziesiąte. Rozpoznał jednak rozbawienie na ich twarzach, gdy je zobaczył.

 

Wyruszyli więc we trzech do Cycatki, choć ujrzeli ją wcześniej tylko przez chwilę, gdy mijali knajpę, w której stała za barem. Przez chwilę i we fragmencie ukazanym przez półotwarte okno. Ten fragment sprawił jednak, że Rudego opanowała obsesja nakazująca mu wymusić na pozostałych porzucenie przyjemnego miejsca i podróż przez pogrążoną w nocy ulicę wiodącą przez wieś, której prawie wcale nie znali do knajpy, której przaśność sprawiała wrażenie wyheblowanej tępo na pokręconym kawałku drewna.

 

Stali i jedyni bywalcy potraktowali przybycie Rudego, Tota i Os.a jak zdarzenie, które można jedynie zlekceważyć bądź zabić. Trzech durnych turystów zeszło ze ścieżki i wbiło się w środek spokojnego nocnego życia kilku mężczyzn uciekających zapewne co noc do knajpy prostej i posępnej, wolnej od ekstrawagancji ozdób, reklam, czy jakichkolwiek zbędnych zachęt. Oddawali się pod opiekę monstrualnej barmanki w miejscu zbudowanym jedynie z niezbędnych elementów: czterech ścian, kilku stołów, krótkiego baru składającego się z pięciu ścianek ze sklejki, piwa i Cycatki.

 

Nawet Rudy przyznał, że lepiej stamtąd odejść, nim nieodwracalnie zrujnują istotę tego miejsca swoją obecnością. Prędko wypili piwa i rozwiali się jak niepotrzebne sny.

22:49, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 czerwca 2016

...a to było tak. Siedzieli we dwóch w Punkcie Docelowym i kompletnie nie zwracali uwagi na pustkowienie knajpy, bo zbyt się skupiali na tej ultraślicznej nadseksownej blondynce, do której startowali obaj na przekór wichrom różnic wieku. Wreszcie Os. pierwszy raz podupadając na duchu i kondycji knajpowej bąknął: "to ja was zostawię" i zniknął. Dopiero wtedy Ten od teledysku zorientował się, że w knajpie został tylko on, prześliczna i barman. Ten ostatni przysiadł się i przyobejmował do przedostatniej, wobec czego Ten od teledysku też sobie poszedł. A w każdym razie tak mu się wydaje, bo prawdę mówiąc ostatnie zachody tego wieczoru trochę mu umykają.

 

W każdym razie w domu był po czwartej.

 

I oto dziś, przekracza Wisłę w jakże intelektualnym towarzystwie jednego z tych właśnie młodych pisarzy, którzy ostatnio są znani i należą do znanej grupy (pierwszej chyba takiej od czasów Skamandrytów). Ktoś wyskakuje zza pleców, okazuje się, że to znajomy literata i nowy sąsiad Tota. Chwila na uściski dłoni i wspólna decyzja prowadzi ich, już trzech, do Puktu... A stamtąd nagle piękna blondynka, zawarkoczowana, zgrabna, nadniebiańsko seksowna gna ku nim rozkładając ramiona, a właściwie rozrzucając je w dzikiej, spontanicznej radości. Hurra, co za powitanie. "ale szczęście ma literat albo sąsiad" - myśli Ten od Teledysku.

 

Cóż za błąd! To dla niego rozkładały się te ramiona, których nie zapamiętał, w imię wspomnień, których nie pamięta.

 

Jeśli to nie jest umieranie, to on nie wie, co może nim jeszcze być.

01:17, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2016

... napisała do Tego od teledysku, że jest beznadziejną osobą (ona, nie on). W efekcie od rana Tot stoi przed lustrem i wrzeszczy: "Ludzie ogarnijcie się! Ja za was tego nie zrobię!". Oczywiście, że nie. Wrzeszczy do lustra, bo doskonale wie, że sam się ogarnąć też nie potrafi. To jednak żadne usprawiedliwienie dla całej reszty świata.

10:25, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2016

Siedzieli z Rudym snując plany. Opowiadali o koralowych morzach, górach strzępiących chmury w poszarpane sny i o plażach, na których piasek jest zawsze jak złoty dotyk opuszków palców gejszy. Mówiąc prosto: śnili na żywo.

Rudy już prawie wątpi. Opowiada o tym, jak Jasna przebąkuje o rozwodzie. Myśli o uldze towarzyszącej straceniu ostatnich szans. Kiedy nie masz już nic, przed Tobą wszystko staje otworem. To prawda, o ile nie masz czterdziestu lat i dziecka. Ale, bądźmy szczerzy - kto z nas nie marzył o utopii wiecznego zaczynania od podstaw?

22:06, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »