RSS
piątek, 31 lipca 2009
Tak się jakoś złożyło, że w tym samym czasie Ten od teledysku siedział daleko od miasta i wyżej od niego i gapił się w gwiazdy. Nie w te dwie, trzy, jakie widać poprzez światła ulic, domów, podświetlanych zabytków i kominów, ale w całe mrowie gwiazd. Gapił się, a w ciemności na lewo od niego jakiś on i jakaś ona zbliżali się do siebie i zbliżali, aż jej się chyba to znudziło, bo zawołała na pomoc zgraję znajomych. Ci chętnie obsiedli ławkę by wdać się w rozmowę o tradycyjnych nocnych pierdołach.
Na prawo od Tego od teledysku gromada młodocianych bredziła na podobne tematy już od jakiegoś czasu. Chłopaki zastanawiali się jak latać w kosmos i czy gołym okiem można oglądać pulsary. Jedyna w ich towarzystwie Basia wtrącała od czasu do czasu "who cares" i chyba dzieliła z Tym od teledysku zdziwienie, że chłopaki skupiają się na niebie zamiast na niej.
Rankiem wszystko było inaczej. Rankiem Ten od teledysku zasuwał w dół stromą śliską ścieżką pełną kamieni i korzeni. Pomiędzy drzewami szeleściły w całkiem gęstych krzewach ciekawskie jelenie a drobne ptaszyny udawadniały ze wszystkich sił, że potrafią narobić hałasu nie gorszego niż chorągiew pancerna niedźwiedzi. Ten od teledysku trochę zwracał na nie uwagę, a trochę nie. Zasuwał przed siebie skupiony przede wszystkim na stawianiu kroków, ale zmylił jeden, gdy nagle, nie wiadomo skąd, przyszło mu do głowy jakie to fajne tak po prostu pomykać stromo w dół i nic a nic przy tym nie myśleć.
23:22, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
Tego mężczyznę Szłapach znalazł przypadkiem. Odezwała się jego zbuntowana stopa, co to od roku wyzłośliwiała się nieregularnie przypominałąc o własnym istnieniu ostrym, kłującym bólem w pięcie. Ilekroć tak się zdarzało, zaskoczony nielojalnością fragmentu własnego ciała gubił krok, a bywało, że gubił i rytm i pion. Tym razem zaszedł radykalny przypadek. Szałapach potknął się, zatoczył i uratował przed upadkiem opierając o ścianę stanowiącą kawałek zaniedbanego muru, pod który beztroscy mieszkańy okolicy zwalali wysłużone, a niechciane już: fotele, strzępy wersalek, niemodne a nieorientalne lampki nocne oraz rozmaite inne fragmenty umeblowania.
Tym razem pośród całego tego przesyconego wspomnieniami bogactwa leżał niespecjalnie zaniedbany mężczyzna. Fakt, iż Szałapach omal go nie przydeptał uznał za na tyle oburzający, by zmoblizować go do otworzenia jednego oka, którym natychmiast łypnął nieżyczliwie, oraz wygłoszenia mało przyjemnego komentarza.
Szałapach spróbował się tłumaczyć wirowaniem Ziemi, od którego czasem kręciło mu się w głowie. Tak oryginalne usprawiedliwienie skłoniło mężczyznę do otworzenia drugiego oka.
- To dlatego, że jest pan ostały - oznajmił. - Ostali wiecznie gubią się w rzeczywistości. Pan nie podróżuje, nie wędruje, prawda?
Szałapach przyznał, że prawda.
- Ano, właśnie - westchnął mężczyzna. - Widzi pan, ludzie - wszyscy ludzie - są bez ustanku w podróży. Ruch to przyrodzony stan istnieia człowieka. Wędrujemy, czy tego chcemy, czy nie. Niestety, stłumiliśmy instynkt podrózniczy, który tysiące lat temu kazał nam przenosić się z miejca na miejsce całymi hordami, czy tam plemionami. Osiedliśmy, ostaliśmy. I od tego popieprzyło się nam w głowach.
Szałapach odważył się wyznać, że nie do końca zrozumiał.
- Widzisz pan, istnieje czas i przestrzeń - to są wymiary naszego życia - wykazał nieco cierpliwości mężczyzna. - I w czasie poruszamy się cały czas. Każdy dzień jest dla nas innym dniem. Można powiedzieć, że przenosimy się z jednego dnia na drugi, tak? A czy tak samo bywa z przestrzenią? Nie, przestrzennie siedzimy w miejscu. W połowie więc pozostajemy w ruchu, a w połowie ostaliśmy. Od takiego dysonansu można zwariować no i ludzie wariują.
- Niezła teoryjka - mruknął Szałapach przeklinając w duchu złośliwą piętę. - Ale...
- Żadne ale - przerwał mu mężczyzna. - Z naszego ostania wynikają wszystkie te depresje i wojny. Bo ostałe życie jest męczące i nudne. To jak pół śmierci. Niby żyjemy, ale jakoś tak niezaużalne i bez sensu. Czy pan pamięta, gdzie pan był wczoraj o czternastej?
Szłapach wytężył pamięć.
- Piłem kawę w domu - oznajmił z triumfem.
- I czym była naznaczona ta chwila? Co ją różniło od wszystkich innych chwil?
- No... To była niezła kawa?
- Widzi pan? Niczym. A ja wczoraj o czternastej byłem w zupełnie innym mieście. Biegłem przez przednieścia, rozcharatałem sobie łokieć na zniszczonym płocie. Jakiś ciul mnie gonił. Tym była naznaczona moja chwila. A przedwczoraj wspinałem się na małą górkę, pod tamtym miastem i zobaczyłem z niej całą jego zasyfioną panoramę. Rozumie pan? Każda moja chwila coś znaczy, bo ja wędruję i poprzez czas i poprzez przestrzeń. Żyję. A pan?
"Już niedługo - chcia ripostować Szałapach. - Już niedługo, skoro opowiadasz mi o swoim życiu." Ugryzł się jednak w język, bąknął coś na pożegnanie i uciekł.
Im bardziej zbliżał się do domu, tym bardziej sensowna wydawała mu się teoria mężczyzny. Rzeczywiście, cywilizując się ludzie oddalali się od natury. Może oddalali się też od istoty istnienia?
Postanowił, że zmieni swoje postępowanie. Że nie będzie podróżował tylko poprzez czas, ale i przez przestrzeń. Już jutro wyruszy na jakąś wyprawę. Może wybierze się w góry?
Ledwie zamknął za sobą drzwi rzucił się do szuflady z mapami w poszukiwaniu celu. Ponieważ chciało mu sie pić, porzucił stos map i zrobił sobie kawę. Jej aromat oszołomił go. Ucieszył podniebienie jednym gorzkawym łykiem i już już miał wrócić do map, kiedy uznał, że jeden łyk to za mało. Pociągnął więc drugi. Uznał, że nie wypada pić kawy stojąc jak głupi i przybrał bardziej przynależną kawie pozycję mężczyzny rozpartego w fotelu.
Kwadrans później kręcił zaangażowanie starym, wyblakłym globusem i zatrzymywał jego ruch przyciskając doń palec.
- Osaka! - wołał ucieszony - Jestem w Osace!
Potem znów kręcił globusem i odnajdywał się w: Teksasie, Weronie, Sigishoarze, Kijowie.
Szczerze uradowany podróżował tak do północy, a życie nabierało dlań nowego sensu.
18:57, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009
Do późna w nocy Szałapach oglądał pełną informacji telewizję. Na przemian z katastrofami pysznili się w niej politycy tak pewni swego, że nie miał wątpliwości, iż musieli być co do jednego zakłamanymi sukinsynami. Tak bardzo zmęczyło go to migotanie danych, że dla odprężenia zadzwonił do przestraszonej kobiety, której numeru nie pozbył się z komórki.
Komórka Szałapacha była stara, ciemna i spora. Jej wyświetlacz znał tylko dwa kolory - ciemny i trochę mniej ciemny. Przebiegał przez niego wykres pracy serca o malejących szczytach.
Właśnie mijał poniedziałek a zaczynały się przymiarki do wtorku. Szałapach szykował się więc do krótkiej, jednostronnej rozmowy z pocztą głosową. Postanowił, że da jej się wygadać, po czym przerwie połączenie. Dlatego, kiedy kobieta odebrała po pierwszym sygnale, był tak zaskoczony, że nie powiedział ani słowa. Ale i nie rozłączył się.
- Czułam, że pan zadzwoni - wykorzystała ciszę, jaką jej zapewnił. - Jego tu nie ma. Poszedł sobie. Może nie ma mi już nic do odebrania? Wie pan, my kobiety właśnie takie jesteśmy - wciąż dajemy i tak niewiele dostajemy w zamian.
- Każdy mówi tak o sobie - odezwał się wreszcie. - Cieszę się, że jest pani już bezpieczna. To dobranoc.
- Nie jestem bezpieczna! - zaprotestowała szybko, nim zdążył się rozłączyć. - Jestem stara!
- Stara? - spróbował przypomnieć sobie ją w czymś więcej niż tylko głosie. Nie wydała mu się stara. Miała może lekką nadwagę i chyba uważała, że pozjadała wszystkie rozumy. I jeszcze jej oczy wydawały mu się dość płytkie, ale i pociągające. Stara? Nie. - Nie jest pani stara. Może trochę zmęczona.
- Jestem stara! - uparła się. - Wiem to! Człowiek, kiedy jest młody, ma same marzenia. Ciągle marzy o tym co będzie i jaki będzie. A kiedy jest stary już tylko wspomina - o czym marzył i jaki był. I ja taka jestem. Odkąd tamto pożarło moje marzenia, nie mam już żadnych. Jestem stara!
- Bzdura. Człowiek zawsze ma marzenia. Choćby o tym, by być młodym, jeśli nie pozostaje nic innego.
- To nie marzenia! - zaprotestowała żywo.
- Nie? A co?
- To wiara w Boga. Albo przynajmniej potrzeba takiej wiary.
To go przestraszyło. Chyba to wyczuła, bo zmieniła ton.
- Może pan do mnie przyjedzie? Mam butelkę wódki.
- Nie składam drugich odwiedzin.
- Otworzylibyśmy ją - nie zwróciła uwagi na jego protest. - Wypilibyśmy, potem ja zrobiłabym się luźniejsza a pan odważniejszy.
Nie chciał być ostry, nieprzyjemny. Ale słowa jakoś same tak mu wyszły.
- Niech pani pomarzy. Dobranoc.

00:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lipca 2009
- Patrz - powiedział Ten od teledysku gdy wreszcie zapadł zmrok i można było  zacząć żyć. Poszli więc pożyć trochę nad Wisłę. Chowali piwo w torebkach i uśmiechali się porozumiewawczo do nielicznych przechodniów. Nie obawiali się specjalnie, policja rzadko bywała w tej okolicy, ale jednak... Naprzeciwko nich mroczniała świątynia zagłady, po lewej podśmierdywała zapora, po prawej turkotały czasem pociągi. Od czasu do czasu uskuteczniacze joggingu drażnili kaczki i komary. Siekorki miały tu jak w raju.
- Popatrz, - podjął Ten od teledysku - Pieszczoch się żeni.
Nieco dramatyzował. Pieszczoch jeszcze nie stawał przed ołtarzem. Na razie przysłał tylko Temu od teledysku sms: "Chciałem oznajmić, że dnia 20 lipca 2009 roku zaręczyłem się z Miłą".
Niemniej Ten od teledysku popadł w iście dramatyczny nastrój. Teraz Pieszczoch, który jeszcze nie tak dawno temu (ledwie dwa lata wstecz) buńczucznił do Tego teledysku, że oni dwaj, o tak, oni dwaj to nie z tych! Oni dwaj wolne duchy, ha! - teraz i on przyjdzie i przy jakimś pijaństwie zagai "a co z tobą stary? Najwyższy czas!".
- A ty? - zapytał Szałapach, bo wypadało.
- A ja jestem okazem muzealnym - zarechotał na pokazTen od teledysku. - Widziałem dziś takie ogłoszenie na przystanku. Możliwość jazdy tramwajem muzealnym. Ty wiesz, co to tramwaj muzealny?
- Wiem - powiedział szybko Szałapach, ale nic to nie pomogło.
- To takie drewniane pudło trzeszczące i huczące po szynach. Turyści mogą się dzięki niemu poczuć jak w ubiegłym stuleciu. Albo jeszcze wcześniej. Tyle, że ja, jak miałem 14, 15 lat i wcześniej, jeszcze takimi jeździłem zupełnie zwyczajnie. Do szkoły. Trzęsły się, trzeszczały, huk był taki, że trzeba było wrzeszczeć podczas rozmowy, jak drań przyspieszał na długiej między cmentarzem podgórskim a Płaszowem. Jak chciałeś przystanku na żądanie ciągnąłeś za sznurek a nad głową motorniczego dzwonił taki zwyczajny dzwonek. Rozumiesz? Jeździłem muzealnymi tramwajami, jeździłem muzealnymi taksówkami - warszawami i wołgami. Jedno wielkie muzeum. Ja.
- Tak pieprzysz dla pieprzenia, co? - domyślił się Szałapach.
- Tak nawijam dla rozładowania nostalgii - przyznał Ten od teledysku. - Bo Pieszczoch się żeni.
19:28, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lipca 2009
Ten od teledysku i Perełka siedzieli na tle wyjątkowo niezdecydowanej burzy i rozmawiali o tym, o czym zwykle rozmawiają faceci wieczorem, na świeżym powietrzu, przy niepierwszym piwie.
Perełka skończył właśnie tłumaczyć Temu od teledysku, że powinien się wreszcie, do cholery, ożenić. Popatrzył w okno, za którym spała jego żona. Coś tam sobie pomyślał. Przyszło mu do głowy, że jak wróci do domu, pewnie mu się oberwie za te wszystkie piwa. Nieważne; czasem warto oberwać.
Choć to oczywiście śmieszne, bo siedzi przecież pod blokiem, nie kozaczy. Ot pije trzecie albo czwarte piwo i tłumaczy tamtemu, że powinien się ożenić. Ale kobiety tego nie rozumieją.
- Widzisz - odezwał się, gorączkowo starając się nadążyć za myślami, które niespodziewanie przegalopowały mu przez głowę. Zwykle takie mu się nie trafiały. Nie miał kompleksów, ale nie miał i złudzeń - to łeb Tego od teledysku był pełen myśli. Bo Ten od teledysku miał całkiem nieźle poukładane w głowie. Zdaniem Perełki lepiej niż on. Ale - z drugiej strony - Perełka miał znacznie bardziej poukładane w życiu. Więc może się opłacało? Ale dość. Bo myśli umkną! - Widzisz. Nam się wszystkim wydaje, że my jesteśmy fajni, poukładani, sensowni. Że z nami jest ok. Żebyśmy się nie wiem jak zrobili grubi, jakoś tam będzie nam się wydawało, że wszystko jest w porządku. Że może, ok, przekroczyliśmy trochę. Ale nadal mamy to pod kontrolą. Jak coś zjebiemy, to nam się wyda, że nie zjebaliśmy. Jak się z kimś pożremy, to nam się wyda, że to inni się z nami pożarli. Jak spotka nas coś, ktoś, kogo nie rozumiemy, to nam się wydaje, że to on jest dziwny.
- Jak się z kimś nie zgadzamy, to zdaje nam się, że to on się z nami nie zgadza - przytaknął Ten od teledysku. - No i co?
- Nie wiem - roześmiał się Perełka. - Ty coś wymyśl.
- Wymyśliłem, - odezwał się po chwili namysłu bardzo zmobilizowany zaufaniem Perełki Ten od teledysku - że jakby nie to, to byśmy chyba powariowali. Jakbyśmy zawsze i pomimo wszystko nie byli tymi dobrymi.
- Bo my jesteśmy dobrzy - zgodził się Perełka obserwując z żalem oddalające się myśli. Gnębiło go podejrzenie, że nie do końca to chciał powiedzieć. - Ale moja żona czasem tego nie rozumie.
- Bo żony właśnie od tego są. Żeby czasem nie rozumieć.
- Aha. A kumple?
- Wręcz przeciwnie.
- Spłyciliśmy to, cholera. To miało być COŚ. To, czego nie powiedziałem.
- To jest życie.
- Co jest życie?
- Spłycanie.
- Pierdolicie, panie. Życie to jest moja żona, która mnie opierdoli, jak wrócę. Jakbyś się ożenił, to byś to wiedział.
Wróciwszy w ten sposób na grunt, na którym czuł się pewniej, Perełka pociągnął łyk piwa po czym nie zważając na słabe protesty Tego od teledysku powiedział mu co o tym wszystkim myśli.
20:01, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lipca 2009

"Zeżrę twoje marzenia!" - tak powiedział.
Edytowałam akurat wpis na blogu. O czym blog? Tak trochę o mnie. Jak wszystkie blogi. Chyba. No o takiej mnie, jaką bym mogła być. Bo ja piszę bloga tak, jak się pisze anonse. Trochę filuternie, trochę zalotnie, zawsze dowcipnie. Cała masa ludzi tak pisze. Nie tylko kobiety.

W każdym razie edytowałam tego bloga. Niewiele zmieniałam, przecinki trochę szyk – kosmetyka. I wtedy zawiało o to wlazło.

- To?

- Najpierw myślałam, że to brat.

- Ten, co teraz w kuchni?

- On. Nie, żebyśmy mieszkali razem. Po prostu czasem wpada jak pokłóci się z Anką. Jak pan chce, to ja to wszystko mam na blogu cała historię! Tam pan wszystko pozna!

- To nie był brat, tak?

- Nie. To było ono. Takie… No wyglądało jak facet. Przystojny. Boże, jaki przystojny! Wielki taki, brunet o oczach jak siła i ustach jak szatan – znaczy, że się tak uśmiechał zawadiacko. Ciacho, ale takie z tabasco. Dziki. Więc pomyślałam, że mi się śni. Albo że zwariowałam od tej samotności. Bo widzi pan jak wyglądam!

- Ładnie pani wygląda. Przestraszenie, ale ładnie.

- Ech, flirciarz z pana! A on nie. On z tych, co to biorą, co jego. Siadł na stole, pochylił się nade mną – pachniał samą dzikością, jak step. Pan wie jak pachnie step?

- Pyłem i końskim moczem?

- Jak nieposkromiona dzikość. Jak rzeka męskości. Tak pachnie step. I on usiadł na biurku, przechylił się, żeby zobaczyć co mam na monitorze, potem pochylił się nade mną i powiedział: „Zeżrę twoje marzenia”. Potem mi popatrzył w oczy i czekał. Spytałam go: „Co pan mówi? Czego pan chce?”. A on znowu: „Zeżrę twoje marzenia”. No to podniosłam wrzask, a on uciekł. Nie, żeby jakoś w panice. Po prostu mrugnęłam i już go nie było. Ale następnego wieczoru, akurat przeglądałam anonse na takim jednym… No więc przylazł i powtórzył. I tak już trzy razy. To zaczęłam się bać. I porozmawiałam z Kaśką. A ona…

- A ona powiedziała, że zna takiego jednego łachudrę – dokończył za nią Szałapach. – I dała pani mój numer. Dlaczego mów pani o swoim gościu na przemian „on” i „to”?

- Pan się będzie śmiać.

- Ja się nigdy nie śmieję. Zapomniałem już jak to się robi.

- Ja tak czuję. Jak go widzę, to widzę supersamca. Ale jak znika, to mam takie przeczucie, że to jakieś „coś”.

- Ma pani rację, to coś. Ale zupełnie nie z mojej działki. Nie pomogę pani.

- O boże! Jak nie pan, to kto? Ja już nie wiem co mam robić! A jak mnie… Jak mnie zabije?

- Nie ma pani powodów do obaw. Nie zabije pani. Jest niegroźny.

- Niegroźny? To co to robi?

- Tak jak mówi. Zeżre pani marzenia, jeśli mu pani pozwoli.

- Marzenia? Zeżre? Ale to nie boli?

- Wręcz przeciwnie. Raczej przynosi ulgę. Na pani miejscu bym się zgodził.

- Ale jak tak można? Bez marzeń?

- Jeśli to panią uspokoi, one wrócą. Może te same, może trochę inne, ale wrócą. Zawsze wracają.

- To mówi pan, że warto?

- Ja bym się zgodził.

- A pan... Pan kiedyś się zgodził? Na to?

- Nie proszę panią. Mnie te stwory nie odwiedzają. Ja swoje marzenia zjadam sam - odpowiedział Szałapach, po czym z niekłamaną ulgą czmychnął.

22:54, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »