RSS
poniedziałek, 19 lipca 2010
29 lipca 2005 roku wpis na tym blogu wyglądał tak:

czekając na burze.
Z powodu upałów, Ten od teledysku stara się wykonywać jak najmniej ruchów. Przebiega jedynie pospiesznie do pracy i z powrotem. Nie rozmawia z Szałapachem, a temu zupełnie to nie przeszkadza. Nie widuje Inki. Umyka przed każdym promieniem słońca, nie należy też jednak do ulicznych łowców cienia, tracących szalone ilości energii na ganianie spod jednej kamienicy pod drugą, w miarę jak mijają godziny a Ziemia wiruje po swojemu. Zamiast tego, Ten od teledysku zaszywa się w swojej dziupli i oddaje się z zapałem leżeniu.
I jak tu pisać o kimś takim?
Pozwólmy zatem, aby Ten od teledysku zniknął, na jakiś czas, z naszego pola widzenia. Aż do deszczów.

To zabawne, zobaczyć jak mało się zmienia. Może to też dodać otuchy. Albo przestraszyć, lub przynajmniej zaniepokoić.
Ten od teledysku nie zamierza jednak się nad tym zastanawiać. Zamiast tego, znów - i jak zwykle chyba, pod wpływem drobiazgu - postanawia wziąć się w garść.
Zanim zaśnie znów pomyśli o tym zabieganym, pełnym dobrej woli i pragnienia uczynienia świata trochę lepszym mężczyźnie, który mniej lub bardziej świadomie związał go dziś mówiąc: "Całe szczęście, że nie pojechał pan na urlop! Lubię tu z panem rozmawiać, bo pan stąpa twardo po ziemi."
Ach tak?
I znowu zaskoczyli go ludzie, w których się przeglądał. A teraz będzie spróbował sprostać temu odbiciu.

23:33, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
Tak wiele w nas legend utkanych z tego wszystkiego co o sobie: myślimy, marzymy i wspominamy, że trzeba - doprawdy - mocno stać obiema nogami na ziemi, by nie pogubić się w tym wszystkim i nie zapomnieć o tym, kim się jest naprawdę. A przecież są i legendy, które to inni myślą o nas.
Niemniej, czasem, warto do nich wracać. A na pewno miło to robić.
Rudy i Ten od teledysku zgubili drogę, nie pierwszy raz tej gorącej, parnej soboty, gdzieś, w Kieleckim. Stopy zapadały im się w miękkim, puszystym piachu, po karkach ściekał pot, komary kłuły ich zaciekle. Ten od teledysku znacznie słabiej rozpoznawał okolicę (może za wyjątkiem tych oczek wodnych - pozostałości po wysychającym od lat jeziorze). Rudy szedł pewniej, ale też to jego dzieciństwa był szlak. Ten od teledysku mógł pamiętać go tylko z imprez, na które wyjeżdżali w czasach liceum, dawno temu.
Aż wreszcie dotarli do domu, który tak łatwo było przegapić w porastającym go gąszczu. Rośliny, które podobno potrafią przekazywać informacje chemicznymi i elektrycznymi kodami, które podobno potrafią nawet pamiętać, obrosły doszczętnie ową pustakową budowlę ukrywając ją przed światem. Można by przejść i o metr obok niej i nie poznać jej. Gdyby Rudy wciąż jeszcze nie widział jej oczami dziecka, pewnie i oni dwaj by ją minęli, bo przecież zgubili wcześniej ścieżkę.
Wiele się działo w tym domu, stanowiącym oś mitu ich szczeniackich burz. Więcej sobie o tym nawzajem opowiadają do dziś, niż naprawdę pamiętają. I pewnie każdy ma taki dom, albo inne miejsce, które wiąże go jakoś z sobą samym sprzed lat i z innymi z tego samego kiedyś. Dociera tam wspomnieniami, albo i naprawdę i dziwi się, jak wszystko się zmieniło i jak bardzo to nowe wpływa na pamięć o starym.
Musieli brnąć po kolana w pokrzywach (ciekawe, co sobie myślały?) by dotrzeć do drzwi i odkryć, że nikt nie pofatygował się zamknąć ich po ostatnim włamaniu. Piekły ich łydki od tej przeprawy, bo przecież upał wymusił na nich ubranie krótkich spodni. 
W środku było ciemno. Przyglądali się w półmroku połamanym meblom. Rudy roześmiał się głośno, na widok słoika patisonów trzymającego dumnie straż na stole. Ilu by złodziei nie odwiedziło tego domu, żaden nie połakomił się na smakołyk, który przywieźli tu na ostatnią imprezę. Ile lat temu? Pokręcili głowami, by nawet sobie tego nie przypominać. 
Rudy zbadał wszystkie kąty, wypowiedział przepowiednię dotyczącą przyszłych lat i wyruszyli w drogę powrotną, ciesząc się odnalezionymi wspomnieniami. 
Skończyli jak zwykle, o świcie nad rzeką, w towarzystwie jakichś rozbawionych ludzi, których kompletnie nie znali. Opowiadali sobie to samo, co zwykle, śmiali się jak zwykle, trochę wygłupiali, trochę błądzili. 
Kiedy znów się spotkają, opowiedzą sobie o tej wyprawie i o tym świcie nad rzeką. Będzie tam sporo zmyślonych historii, które wplotą się w te same legendy, które każdy z nich pamiętał będzie i opowiadał po swojemu.
18:43, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lipca 2010
Z powodu upałów Ten od teledysku okopał się w piwnicach i ledwie dyszy. Nie otaczają go wprawdzie beczki wina, szynki i kiełbasy zwisające z stropowych belek, jak Atosa w "Trzech muszkieterach", ale i tak jest mu tam lepiej niż na powierzchni. Dlatego nie bardzo jest o czym pisać. 
Od czasu do czasu odwiedza go Rudy, czasem alarmująco dzwoni telefon.
Wszystkim tym, którym wydaje się, że niska odporność Tego od teledysku na upały może przeszkodzić w jego brazylijskich planach wakacyjnych, Ten od teledysku mógłby odpowiedzieć, że to tylko pozór. Znajoma Brazylijka omal nie zemdlała od upałów zabytkowego miasta Tego od teledysku. Po prostu w Brazylii są inne upały i tyle.
Byle do jesieni!

08:34, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »