RSS
niedziela, 23 sierpnia 2009
dwa tysiące trzeci.

Iza nie miała nic, oprócz słoni. Słonie były miłe, wesołe i w ogóle przyjacielskie, super i sympatyczne, ale jednak czegoś Izie w tym wszystkim brakowało. Nie bardzo jednak wiedziała czego, a i słonie nie potrafiły wyjaśnić jej nic w tej sprawie. Biegały tylko wokół machając trąbami, cokolwiek, zdaniem Izy, zbyt beztrosko i łypały na nią wielkimi niebieskimi oczyma. W oczach tych można było dostrzec troskę, miłość oraz całą masę innych pozytywnych uczuć, ale ani trochę zrozumienia. Nic. Zero. Nul. Ani du du.

Gdybyż, choć to wszystko działo się w Afryce, albo w Indiach! Ale nie.

Właściwie, powyższe zdanie nie do końca odpowiada prawdzie, tak naprawdę, bowiem, nikt - ani Iza, ani słonie, ani nawet ja, nie ma pojęcia gdzie to się działo. W związku z tym, czysto teoretycznie, mogło dziać się, potencjalnie, także w Indiach lub Afryce. Prawdopodobieństwo takiego umiejscowienia słoni i Izy istnieje i wykluczyć się go nie da, chociaż jest maleńkie. Tycie. Gdyby bakterie miały swoje własne, maleńkie, nawet w skali bakterii, bakterie, to prawdopodobieństwo mogłoby być zbliżone rozmiarem do bakterii tych tycich bakterii.

Ponieważ wszystko zrobiło się nieco tajemnicze i poplątane, pozwólcie, że przybliżę wam nieco historię Izy. I słoni, oczywiście, i słoni.

Wcale nie tak dawno temu, ale jednak w czasach, które pamiętać można głównie dzięki starym, pożółkłym zdjęciom, początkującemu kinematografowi oraz wspomnieniom pradziadków, pewne opływające w dostatek towarzystwo oceaniczne zbudowało wspaniały, potężny i niezatapialny okręt, któremu, jak to w takich przypadkach bywa, zdarzyło się zatonąć podczas pierwszego rejsu.

Statkiem tym płynęła Iza w towarzystwie swojej niani i rodziców. Rodzice przebywali wprawdzie zazwyczaj poza horyzontem postrzegania Izy, ponieważ oddawali się z ukontentowaniem światowemu życiu, w którym nie było miejsca dla siedmioletniej dziewczynki, jednak nie wypada ich pominąć. Znacznie ważniejsza była w życiu Izy niania, ponura zołza ubierająca się bez wyjątku na fioletowo i strasząca często dziewczynkę jeszcze bardziej fioletową parasolką zakończoną dziwaczną, szklaną kulą. Fioletową, naturalnie. Iza nauczyła się bać i nienawidzić fioletu, jeszcze nim zaczęła raczkować. Szczęście, że słonie nie miały fioletowych oczu, bo pewnie by je pozabijała.


23:42, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
Na godzinę i kilkanaście minut przed poniedziałkiem Ruda siedzi w jedynym swoim pokoju wynajętego mieszkania i układa na krześle rzeczy wyprasowane na następny dzień. Dwie spośród jej sublokatorek piją wino, trzecia jest na poza domem - gdzieś, z kimś. Ruda wyrzuca sobie, że tak późno kładzie się dziś spać, że spłoszyła chyba tego sympatycznego chłopaka z naprzeciwka i że zachowuje się wciąż, jakby była na studiach, choć dawno już na nich nie jest.
Zaskakująco wiele podobnych wyrzutów wobec siebie samej ma Jasna. Także siedzi w domu, daleko, daleko od mieszkania Rudej. Podsumowywanie życia stanowi w przypadku Jasnej, rykoszet operacji. Otarła się o śmierć i boi się teraz, że niewiele jej zostało po tym zwycięskim starciu.
Ślimak ma inaczej. Właśnie wysunął się spod blondwłosej szczuplanny o boleśnie wystających żebrach. Coś jej szepce, ona śmieje w odpowiedzi. Ślimak stara się odepchnąć przeczucie migreny i całą masę wątpliwości związanych z kontynuacją tego wieczoru. Z jednej strony chciałby móc być twardzielem, który skończy to jak trzeba, z drugiej, chciałby ciągnąć ten związek w nieskończoność i jeszcze, żeby było jak trzeba.
Okey pije i opędza się od szczeniąt hodowanych przez żonę. Rudy popija whisky i opisuje na naszej klasie jakie to fajne. Perełka dogasza grilla na działce ciesząc się myślą o coraz bardziej zaokrąglonej żonie, zaś Pieszczoch kultywuje narzeczeństwo.
Szałapach kolejny weekend ucieka przed porządkami, a Ten od teledysku kolejny weekend ucieka przed bałaganem.
Jutro wszystko zacznie się od początku, a potem jezcze raz i jeszcze. Póki Ziemia będzie się kręcić.
Wygląda na to, że mamy przed sobą długie wirowanie.
22:59, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2009
-Widział pan "Podziemny krąg"? Wie pan, film, o mężczyźnie, który okazuje się być kimś innym. Poszłam na niego niechętnie, bo to podobno był film walki, takie kung fu bez kung fu. No ale nie był, jak się okazało. Na szczęście.
Kiedyś, dawno temu, w czasach gdy modne były krótkie spódniczki w szkocką kratę, Szałapach potrafił minutami wpatrywać się w atrakcyjne kobiety palące papierosy. Żadne kocie przeciągania się, panoramy ramion ani dłonie poklepujące miękko krzesła i kanapy na znak, że powinien znaleźć na nich swoje miejsce, nie wydawały mu się tak zmysłowe i seksowne jak papieros w kobiecych ustach i oczy przymrużone nad nim od dymu. Obecnie papieros był już tylko papierosem i czasem Szałapach przyłapywał się na myśli, że lata stają się stanowczo zbyt ciężkie od zwyczajności. Kobieta zaciągała się znacznie sprawniej niż nastoletnie piękności, a gdy wydmuchiwała dym, nie było w tym nic z pełnej pokusy niedopowiedzianej zachęty, jedynie zmęczenie. A mimo to moc wspomnień sprawiła, że powiedział coś, czego nie powinien:
- Proszę tego nie robić. Proszę nie opowiadać do końca tej historii. Opowie mi ją pani innym razem.
- Już ją kiedyś opowiedziałam - pozbawiła go nadziei. - Takiemu jednemu wysokiemu gościowu. Miał kutasa w oczach, ale zapomniałam o tym, gdy słuchałam jego głosu. Chciałby pan wiedzieć jaki był w łóżku?
Nie chciał.
- Niech więc się pan zamknie i nie przeszkadza mi. Coś na pewno panu opowiem. Albo jedną historię, albo drugą. Więc jak będzie?
- Pani wybór.
- Zgadza się. Mój wybór, cholera. No więc poszłam na ten film. Wbrew sobie. Ale wyszłam zaczarowana. To było jakby ktoś huknął mnie w łeb. Albo jakbym się naćpała. Ćpał pan kiedyś?
Potrząsnął głową. Patrzył jak cała układa się pod kolejne zaciągnięcie - głowa lekko do tyłu, oczy przymkniete jak za starych czasów, nie wiedzieć czemu naprężała przy tym palce; włosy leko za uszy, sztucznie jasne, co poznał po ciemnych odrostach. Drobne zmarszczki wokół ust i oczu. Niewielka i niemłoda blizna z lewej strony czoła.
- No więc ja też nie. Dziwne, co? Ale prawda. Czasem się napiłam za dużo. Trudno było inaczej. Ale nie ćpałam. Ale po tym filmie było jakbym się naćpała. A potem dowiedziałam się, że jest książka. I to była pierwsza książka, jaką przeczytałam od czasu szkoły. W niej było więcej. Na przykład o tym, co można zrobić z benzyną. W książce było o monitorach komputerowych, ale pomyślałam, że telewizor to właściwie to samo. I okazało się, że chyba miałam trochę racji. Wybiegłam szczęśliwa - bicie się skończyło. Skończyło się popisywanie przed kumplami, zmienianie mi imion na zawołanie i całowanie na klęczkach ręki "pana". Tego dobrego, wspaniałomyślnego supermana, który zaopiekował się taką głupią krową jak ja. Biegłam jakbym miała skrzydła i myślałam jak to wspaniale, że poszłam na tamten film, na który wcale nie chciałam pójść.
A on, skończony głupi sukinsyn, zamiast przyjść do domu, najebać się i zasnąć przy wiadomościach, przyprowadził kumpli. Znałam ich. Jednemu chyba nawet było mnie żal, patrzył tak inaczej, smutno. Nie, żeby powiedział słowo w mojej obronie. Ale chyba chciał mnie trochę, tylko bał się to powiedzieć, albo nie wiedział jak. Wie pan, są tacy faceci, co to nigdy nie wiedzą jak.
Jak wybuchło zabiło ich wszystkich. Okazało się, że wóda nie czyni nieśmiertelnym, jak zawsze się śmiali.
Policja znalazła mnie szybko i tak mnie załatwili, że nawet nie wiem kiedy się przyznałam. Sąsiedzi, nawet jego ojciec, zeznawali na moją korzyść i kto wie jakby to się skończyło, gdyby nie tamtych dwóch. No i zabrali mi parę dobrych, fajnych lat. Ale to nieważne. Ważne, że siedzę tutaj, czasem boję się zapalić światło i nie mam telewizora. Zmieniłam kolor włosów, zmieniłam imię i nazwisko, nawet styl ubierania zmieniłam, choć to akurat nietrudne. Wymyśliłam sobie życie od nowa i opowiadałam je każdemu, kto chciał. A pomimo tego wszystkiego ciągle jestem tą samą głupią krową.
- Nie jest pani głupią krową - zaprotestował.
- Patrzysz na mnie, jakbym ci się podobała. A ja nie wiem co ci się we mnie podoba - ciało, coś więcej czy ten dreszczyk spania z morderczynią.
- W dupie mam dreszczyki.
- To zabrzmiało niezdrowo - zgasiła papierosa. - Ale ok. Chcesz jeszcze coś usłyszeć?
- A chcesz jeszcze coś opowiedzieć?
- Przynieś mi kiedyś kwiaty. Są faceci, którzy mi je przynoszą, ale nic nie wiedzą. Ty przynieś kwiaty dla mnie.
Obiecał. A potem złamał obietnicę, ale zupełnie inną.

20:15, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
Siedzieli na wzgórzu i rozmawiali o tym, jak to w życiu wszystko się układa. Przyświecało i przygrzewało im słońce, ale i przywiewał wiatr, nie narzekali więc na upał. Pod nimi skała szła w dół biało i ostro by wpadać w byle jaki, postrzępiony asfalt, na którym bataliony tubylców porozrzucały gruz i szkło. Dalej nudziła się boczna ulica, czerwieniał kościół, a kamienice nie mogły doczekać się na remont krążący po okolicy. Potem już tylko rozwijał się widok na miasto - najpierw chaos dachów, jakieś przebitki rzeki iskrzącej od popołudniowego światła i zieleń wzgórz okalających miasto. Gdyby spojrzeli trochę w prawo, zobaczyliby zamek. Gdyby upierali się przy tym kierunku zobaczyliby całkiem spore zgromadzenie kominów. Ten i ów pewnie by dymił.
Za ich plecami najpierw szczerzyła się dziura w siarce, potem wieża telewizyjna prężyła anteny, potem już znowu zieleń wchodziła w paradę patrzącym.
Dzień przyspieszał w stronę zmierzchu, słońce robiło się cięższe i czerwieńsze. Ptaki darły się po swojemu, ale było ich coraz mniej z każdą minutą. Za to pięć owadzich ekosystemów uwijało się wokół nich korzystając z skrzydeł i odnóży, jakby dzień się nie zmieniał, a czas nie miał znaczenia.
- Wszystko się układa - mówił Szałapach. - Spinasz się, walczysz, albo przeciwnie - zwijasz się w kłębek i czekasz, żeby wszystko minęło. Tak, czy owak wszystko się układa. Świat jest cholernie elastyczny, o ile nie przydarza się jakaś katastrofa, a ty nie robisz czegoś wyjątkowo głupiego. Rozmawiałem z masą ludzi i zawsze było tak samo - koniec końców wstawali rano i ruszali w miasto. I jakoś szło.
Ten od teledysku kiwał głową, na wszelki wypadek nie wspominając o tych kilku samobójcach, których zdarzyło mu się poznać, kiedy jeszcze była ku temu okazja. Powiedział tylko, że dobrze mu się tu siedzi.
- I tego się trzymaj - zamruczał usatysfakcjonowany Szałapach. - Tego się, chłopie, trzymaj.
Tym razem posłuchał. Siedzieli więc i gapili się na powolny, jak to latem, koniec dnia i obaj robili już ciche plany na następny dzień.
Jak zwykle.
18:18, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
Dawno, naprawdę dawno temu, kiedy lata liczono od wakacji do wakacji, ten mniejszy, powszedniejszy czas od klasówki do klasówki, kiedy wszyscy widzieliśmy świat wyraźniej, a źródła rzek pozostawały nieodgadnioną i kuszącą tajemnicą, nie zaś czymś, o czym wcale się nie myśli, Ten od teledysku spotkał Rudego. Nie pamiętam już jak to się stało. Zdaje się, że Ten od teledysku wybazgrał na okładce zeszytu jakieś zdanie w elfim języku, a Rudy dostrzegł to przechodząc i zdziwił się: "O!".
Potem różnie bywało. Przez jakiś czas siedzieli w jednej ławce licząc przejeżdżające za oknem tramwaje, dzielili uwagi za nieuwagę na lekcjach, jakieś imprezy lokalne i wyjazdowe. Poszli na te same studia i obaj ich nie skończyli. Rudy ożenił się i rozwiódł, a Ten od teledysku nie. Za to przytyli obaj. Rudemu zawsze podobało się "gdzieś dalej", Ten od teledysku niechętnie zamieniał widoki podwórek za oknem. Obaj koniec końców, okazali się równie ciapowaci.
Potem znajomi zaczęli mówić o Rudym nieprzychylnie. Nawet zaprzyjaźniony z nim od osiedlowej maleńkości Okej. Ten od teledysku mamrotał coś obronnie, albo milczał. Samemu trudno przychodziło mu zrozumieć, czemu Rudy zostawia nową żonę z dzieckiem w kraju, samemu jeżdżąc co pięć minut w inną stronę świata, zawsze z nowymi wielkimi planami kończącymi się kolejnymi niepowodzeniami. Po zastanowieniu zrozumiał eskapistyczny mechanizm, ale nie zaakceptował go, choć wyobraził sobie, że pewnie mógłby, gdyby się postarał. 
Potem Jasna wylądowała w szpitalu, a Rudy znów znalazł powód by nie przyjechać. Teraz Jasna znowu nasiąka farmaceutycznymi zapachami w jakimś posępnym miejscu o zielonych ścianach, sprawa jest poważniejsza i wszyscy się zastanawiają, czy Rudy zachowa się wreszcie przyzwoicie, czy też znów znajdzie jakiś sposób by wytłumaczyć sobie, że wyszło jak wyszło i trzeba jakoś z sobą żyć.
To dzieje się ciągle, zawsze i wszędzie. Nie jest to jakieś wielkie zło, rozciągnięte w mroczny, kłapiący pastą cień. Tym, co nas zjada nie jest demoniczny Adolf, ale małe, ciche draństwa pomiędzy jednym a drugim poniedziałkiem. A przecież, jak w The Fixer
"Widziałem taki program w telewizji. Dziecko, kiedy jest wewnątrz mamy... ma serce wielkości ziarenka maku. Malutkie. Nawet taki Jude. Z całym tym... brutalnym, chorym gównem w środku. Nawet on miał kiedyś serce wielkości ziarenka maku.", co zaraz przywodzi na myśl początek "Krainy Wód" Swifta o tym, że każdy człowiek, nawet skończony drań, był kiedyś maleńkim dzieckiem ssącym mleko z piersi matki. 
Potem sobie rośniemy, nabieramy wagi i grawitacja przyciąga nas coraz bardziej do ziemi. A od tego cholernego wirowania robimy się coraz bardziej i bardziej pokręceni aż potrzeba cudu, by po prostu zachować się przyzwoicie.





08:42, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 sierpnia 2009
Niechby to było tak:
Ten od teledysku obudziłby się nie w towarzystwie, co czasem mu się zdarza, ale w powszedniej wspólnocie pościeli. Pewnie czas jakiś przypatrywałby się kobiecie (bo zwykle budzi się przed nimi i przypatruje się ich sennym sylwetkom - fikuśnym układom ciała, twarzom ozdobionym zamkniętymi jeszcze, lekko napuchniętymi od nocy oczami, ustom czasem niedbale półotwartym, a czasem luźno zamkniętym, zawsze sennie gorącym). Możliwe, że pozwoliłby sobie na perwersję dominującej nad śpiącą pieszczoty. Powędrowałby dłonią niewinnie przez ramię, piersi i brzuch ku udom, albo mniej niewinnie może też, gdyby odważył się zaryzykować przerwanie snu. Poranny seks ma w sobie coś niedostępnego wieczorom - pewne rozleniwienie, powolne wychodzenie od nieobecności ku zabawnemu zdziwieniu, że to jakże, że już, że tak, ależ właśnie! I potem można patrzyć jak ona się przeciąga z czasem dopowiedzianym, a czasem niedopowiedzianym mruczeniem. Hej, dniu! Hej Ty od teledysku! No mrrrau.
Tak by się to zaczęło, jak czasem się zaczyna, gdyby było jak nie jest.
Potem narobiłby porannego hałasu krzątając się w kuchni. Pewnie by zaklął przy jakiejś okazji, ale to nic nadzwyczajnego, bo poranne przekleństwa towarzyszą mu i tak. Co najwyżej ktoś by mu coś na to odpowiedział.
Ale tak naprawdę ten wpis miał być o czymś innym. Tyle, że łatwo nam przychodzi niespełnianie oczekiwań.
(prawdę mówiać mogliby się też spieszyć i potykać o siebie nawzajem, bo bywa i tak).
09:07, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2009
Czasami myślę o rzeczach, które się nie zdarzą. Patrzę na Tego od teledysku i wydaje mi się, że dostrzegam wszystkie jego błędy, jak i to dokąd go zaprowadzą. Myślę, że mógłbym porozmawiać z nim i wytłumaczyć mu co i jak powinien zrobić, by wydarzenia potoczyły się lepiej. Przyglądam się Szałapachowi i wiem co powinienem mu powiedzieć. Obserwuję Rudą i wiem w którym miejscu wciąż niewłaściwie zakręca w drodze pomiędzy domem a pracą. Z czasem jednak uświadomiłem sobie prostotę niemożności. A było to tak:
Ten od teledysku i Ślimak siedzieli u tego drugiego w nie jego mieszkaniu na poddaszu. Było to dziwne miejsce - pokoje gnieździły się wokół pokręconego długiego przedpokoju upstrzonego bałaganem butów, kurtek i zwierzęcych zabawek. Każde drzwi były inne - jedne drażniły niepomalowanym drewnem, inne wygłupiały się nierówno nałożoną farbą, jeszcze inne poprzetykały żółtym, grubym szkłem niby to stylizowane sklejkowe listwy. Nie wiedzieć czemu w jednej trzeciej przedpokoju wyrosła kiczowata biała kolumna nieudolnie udająca antyczną ozdobę. Było ciemnawo i chłodno.
- Mam już swoje lata - mówił Ślimak, ciesząc się, że znów rozmawiają z Tym od teledysku, jak robili to w dzieciństwie. Zastanawiał się czy może Ten od teledysku czuje chęć nagrywania i tej rozmowy. Jako dzieciak był prawdziwym maniakiem nagrywania. - Mam swoje lata i potrafię, wiesz, spojrzeć na to, co było i zobaczyć co spieprzyłem. Więc wydawałoby się, że jak widzę błędy, to powinienem umieć jakoś ich unikać, później. Że powinienem się czegoś nauczyć.
Ten od teledysku pokiwał głową. Nie odzywał się, trochę zarażony szałapachową niechęcią wobec słów, trochę niepewny co sensownego mógłby powiedzieć. Zorientował się jednak, że Ślimak oczekuje jakichś słów, jakichkolwiek.
- Mam tak samo - odpowiedział więc.
- No właśnie. I gówno. Rozumiesz? Spotykam laskę i robię to samo, co zwykle. Jak po sznurku.
- Podobasz się kobietom - przypomniał sobie Ten od teledysku. - Lubią cię. No i wiedzą, że nie jesteś jakimś kolesiem od westchnień i trzymania się pod rękę. Umiesz z nimi rozmawiać, umiesz się z nimi bawić i umiesz z nimi spać. To wszystko cenne.
- Tak. Ale równocześnie za każdym razem, gdy zaczynam coś nowego chciałbym, aby wreszcie coś z tego wyszło. Ale wiem, już u samego początku wiem, że tak nie będzie. Wiem jakie błędy popełnię i popełniam je. Jeden po drugim. Aż do końca.
- Wiedzieć to za mało - wymyślił Ten od teledysku, w tej chwili rzeczywiście rozumiejąc i jak przystało na rozmowę, w której naprawdę można się czegoś dowiedzieć, myśląc o sobie.
I tak to było. Od tamtej rozmowy i ja wiem to, co odkryli tamci dwaj. Patrzę na Tego od teledysku i wydaje mi się, że znam wszystkie jego błędy, dostrzegam każdą bezwzględnie wykorzystywaną okazję do popełniania pomyłek. I wiem, że gdybym stanął przed nim i wręczył mi oparty o tę wiedzę poradnik, mapę sensownego życia; że choćbym usiadł mu na ramieniu i dyktował każdy krok - nic to nie zmieni.
Dlatego od czasu do czasu myślę o rzeczach, które się nie przydarzą. O wszystkim tym, co mogłoby czekać na Tego od teledysku, gdyby nie mylił, częściowo świadomie, drogi.
Sądzę, że kiedyś - on albo ja, albo może Ślimak, lub ktoś inny, kogo znamy, wymyśli wreszcie jak wykorzystać tę zdobytą z niemałym trudem wiedzę. I wtedy napiszę o Tym od teledysku coś zupełnie nowego.
23:53, tenodteledysku
Link Komentarze (3) »