RSS
wtorek, 16 sierpnia 2011
Nocne zwiedzanie miasta powinno mieć własny rytm, niechby nawet był rwany dziko, niechby roztrzaskiwał harmonię. Byleby nie zgubić kroku, nie ogarnąć się nagle w samym środku nigdzie, dokąd doszło się w mgle opatulającej umysł. Byleby się tylko nie obudzić w jakimś nigdzie z jakimś nikim. Byleby siebie samego źle nie zaskoczyć. 

Jeśli nocne zwiedzanie ma swój rytm, wszystko idzie dobrze.

Można zacząć w czeskiej, lekkim piwem o nienarzucającym się smaku, łagodnym i przyjemnym. Siedzi się tam z Rudym i Bolem, kelnerka przynosi kolejne piwa. Potem Bolo uruchamia festiwal przystawek i przebiegają przez stół sery marynowane i przysmażane, bułki i grzanki, coś z warzyw, coś z mięs. Bolo ogłasza wreszcie, że jeśli zaraz nie przybędzie na dawno umówione domowe spotkanie, to już jego żona się postara, by dzieci nie zobaczyły więcej ojca. Rudy i ten od teledysku trochę się pośmieją na to. Rudy trochę głośniej, bo on swoją żonę wysłał na wakacje. Po jedenastej ona zacznie pisać do niego smsy.

Na razie ruszają dalej. Znajdują maleńki stolik w Omercie i wypijają przy nim dwa nieznane im dotąd piwa. Na nic nie patrzą, rozmawiają o bzdurach i uciekają do Hawany, gdzie trafiają na entuzjastycznego stałego klienta, który opowiada im o dawnych czasach i pokazuje zdjęcia minionych barmanek. Obecni barmani, dziewczyna o imieniu, którego niesłusznie nie lubi i chłopak, którego imię nie zainteresowało Rudego i Tego od teledysku, szepczą: "Pomóżcie nam. Zabierzcie go od nas". Wędrownicy na chwilę dadzą się porwać nieszczęśnikowi, a on im poopowiada o bliznach na barze i o czymś jeszcze, co rychło zapomną.

Potem dwa bączki przy Mostowej, jakaś rozmowa z barmanem i skok kładką przez rzekę, przez chmary owadów, tony kłódek, rzęsiste strumienie turystów przemieszczających się między knajpami. Teraz są już w innej dzielnicy, tu trzeba zamówić taksówkę i pospać, jeśli jutro mają trafić do restauracji polecanej im przez Bola.

Spotykają się tam. Rudy co chwilę wychodzi zapalić, a wtedy pozbawiony towarzystwa Ten od teledysku gapi się na plakat przedstawiający obfite ale zgrabne damskie pośladki obciągnięte kusymi spódnicami. Uznaje, że zdjęcie pasuje do klimatu włoskiej knajpy. Jej właściciel wykrzykuje trochę po włosku, trochę po polsku wyrazy jowialnego zachwytu przybywaniem klientów. Blondwłosa, zdecydowanie polska kelnerka, uśmiecha się do wszystkich, a kucharz o twarzy jak rozpacz sumienia mafiosa wychyla się czasem z kuchni, by zagadać coś chrapliwą odmianą włoskiego. Sycylia w żydowskiej dzielnicy. Jest pysznie. Zapewnią o tym tego korpulentnego właściciela, on ich poklepie po ramionach, coś tam krzyknie za nimi. Oni już prawie biegną wypić po dzikim piwie nad rzeką. Nie wolno tego robić, miasto nie pozwala na takie wybryki. Ale oni tak lubili te wieczorne letnie piwa nad rzeką! Siadają więc tam, gdzie kiedyś napastował ich młody jeż i gapią się na rzekę, balon nad miastem, na samo miasto - ciemne kontury kamienic, podświetlone kościoły i zamek, od którego jaśniejszy jest tylko drażniący telebim na barce. Pójdą tam, rozłożą leżaki i pogapią się trochę na rzekę legalnie. Rudy na nowo odkrywa miasto. Wiele w nim przegapił przez kilka lat nieobecności.

Chcą siąść przy barze knajpy o całej masie piwnych tytułów, ale tę już zamykają ku oburzeniu Rudego. Co im pozostaje? Idą do Psa. Pies oczywiście jest otwarty, ale nic nie dzieje się w nim tak wcześnie. Wypijają po małej wódce z dużym lodem i zmartwieni opuszczają lokal. Tu należy przychodzić najwcześniej o drugiej w nocy. I raczej w sobotę niż w niedzielę. 

Wracają na bardziej znane sobie tereny łowieckie. Rudy jest głodny, ale zrobiło się naprawdę późno i nawet placówki "idź sobie Asiu" są już pozamykane. To niedziela, a kiełbaski i najbardziej oblegane zapiekanki, które mogłyby być otwarte, nie funkcjonują w niedziele. Zestresowany Rudy idzie do otwartej trzy dni wcześniej modnej knajpki, którą upierali się wzgardzić by nie ulegać hajlajfowi. Wsuwa tam śledzie i galaretkę labidząc nad upadkiem świata. Ten od od teledysku odnajduje się niespodziewanie w rozmowie z niemieckim śpiewakiem operowym, który zwiedza miasto samotnie. Gdy Niemiec idzie szukać swoich znajomych, Ten od teledysku i Rudy sięgają po kieliszki, noc zaczyna gubić rytm, robi się szósta rano. Ten od teledysku odmawia taksówki, bo chce stanąć na moście i machnąć komórką kilka portretów świtu, gdy ten wspina się na mosty. Wychodzą mu kiczowate tak, jak kiczowaty potrafi być świt. 

10:47, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 sierpnia 2011
Gapił się z tarasu schroniska. Akurat przestało padać godzinę wcześniej i turyści wylegli na ten taras, a czasem i dalej, ścieżką przez łąkę i stadko owiec, przez wrodzoną podejrzliwość pilnujących ich psa i obojętność pasterza, ku zarysowi chaty, gdzie można było uszkodzić sobie układ trawienny żentycą. 

Ci rozsądniejsi pozostali na tarasie. Popijali piwo i gapili się.
Gapienie sprzyja zamyśleniu, zamyślenie sprzyja przypominaniu sobie.

Drogą, którą szli w innych górach, dawno temu, była nielekka. Przede wszystkim nie było drogi. Zmyła ją rzeka wzbierająca i wzbierająca w szale powodzi, jakiś miesiąc wcześniej. Teraz wciąż padało, ale wody opadły. Co nie znaczy, że było bezpiecznie. Ostrzegano ich przed osuwiskami i rzeczywiście, za kilka godzin Ten od teledysku miał zjechać o dwa metry w dół z masą ziemi i piachu.

Na razie wędrowali brzegiem starszego osuwiska, chwytając się pni i gałęzi drzew i śmiejąc się z tej przygody, której wrażenia wzmacniali nadinterpretowywaniem każdego kroku. Mieli rację i mylili się równocześnie, w każdym razie bawili się dobrze. Ale kilka godzin później, na szarej od deszczu hali nie mieli już sił walczyć. Rozbili namiot, zjedli kolację i po kilku partiach remika okraszonych wspomnieniami z minionego dnia ("myślałem, że już straciliśmy namiot, gdy porwała go rzeka"/"ale, stary zobacz jakie dobre buty, nie przemokły, a biegłem tą rzeką dobrych parę metrów") zasnęli.

Nim się tu wybrali, Ten od teledysku puścił Siwemu film o tych górach, pełnych wodospadów, wilków, niedźwiedzi i mgły. Tak jak jego, zachwyciły też Siwego. "Musimy tam pojechać" - zawołał. Pojechali więc, choć wtedy jeszcze nie docierała tam kolej ani autobusy.

Gdy rano obudził Tego od teledysku dziwny dźwięk, gdy otworzył oczy i zobaczył jak płótno ugina się pod naciskiem czegoś wielkiego, przypomniał sobie tamten film. Przede wszystkim fragmenty poświęcone niedźwiedziom.

Coś uparcie, ale łagodnie naciskało na materiał, wyginało go do wewnątrz. Ten od teledysku myślał o pazurach i o cierpliwości ich właściciela. Wreszcie znudził się niepewnością i wyjrzał na zewnątrz uzbrojony w menażkę.

Konie. Stadko puszczonych luzem koni przyglądało się zdziwione nowym mieszkańcom ich pastwiska. Ten, który zdecydował się obudzić Tego od teledysku był biały. Podobny do konia prowadzonego przez dziewczynę w zielonej flaneli, całkiem blisko tarasu, na którym popijał piwo teraz, lata po tamtym spotkaniu. Koni było tu chyba pięć, a dziewczyny, jedna w niemal kowbojskim kapeluszu, dwie. Poiły konie, czyściły ich sierść, przemawiały do nich, możliwe, że łagodnie, możliwe, że zwyczajnie. Gdy wyszedł na taras następnego poranka wciąż tam były. Zbierały się do drogi. Wyruszyły nie dosiadając żadnego z koni. Ten od teledysku odprowadzał je wzrokiem niedaleko, do linii drzew, a potem ruszył w przeciwną stronę, ku szczytowi, gdzie po zmroku powalone drzewa wydawały się takie groźne. I nikogo tam nie było.
08:42, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »