RSS
piątek, 30 września 2005

"To zabawne" - myśli Ten od teledysku, niecałą minutę po wysłaniu poprzedniego wpisu. - "Ilekroć wpisywałem tu coś w Times New Roman", próbowało się to opublikować w Verdanie. Gdy poddałem się i uznałem Verdanę, tekst ukazał się w Times New Roman". Teraz, Ten od teledysku, nie wierzy już w rządy przypadku.

Nieznana sztuczna inteligencjo blogowa, coraz bardziej lubimy Cię obaj.

15:44, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »

Ten od teledysku, który - jak widać - poddał się i nie walczy już z Verdaną oraz układami tekstu na stronie, bez względu na to, czy stoją za tym kosmiczne siły przypadku, sztuczna inteligencja blogowa, czy też wrodzona niedbałośc autora, zaryzykował ostatnio spotkanie, które odbyło się zupełnie inaczej, niż to sobie, na dowolny ze sposobów, wyobrażał. Darujmy sobie opowieści o niedostrzegalnym, w każdym razie przez Tego od teledysku, upływie czasu o zmianach, rozczarowaniach i zdziwieniach. Powiedzmy, że wracając do domu próbował wykreować jakąś ogólną i wielką prawdę życiową, a jedyne, co przychodziło mu do głowy, to fakt, że dawno go tu nie było.

Ponieważ sentymentalizmy chodzą niczym lordowie sith - parami, Ten od teledysku zaryzykował wpisanie swojego loginu i hasła i zaraz pobiegnie na spotkanie z Jasną, której nic o tym nie powie. Nawet, gdyby chciał, nie miałby szans - Jasna nie dopuści go do głosu, zarzucając go opowieściami o swoim zapracowanym mężu oraz dwócg batalionach innych nieszczęść przyczajonych za rogiem. Ten od teledysku wysłucha wszystkiego niecierpliwie i jak najszybciej ucieknie do domu.

Na cały, długi weekend, podczas którego - jak mu się marzy - nie wydarzy się nic.

15:42, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2005

Zastanawiałem się, czy napisać o tym wieczorze, kiedy Ten od teledysku spotkał się z Pieszczochem nad Rzeką. Tak, aby nie była to próba zwrócenia na siebie uwagi, usprawiedliwiania się i użalania. Zastanawiałem się, czy jest w ogóle sens pisać o tym. Ale jeśli nie, to po co właściwie ten blog?

Skądinąd, niezłe pytanie.

Ten od teledysku i Pieszczoch siedzieli nad Rzeką, która ciemniała z każdym upływającym kwadransem, a potem jeszcze szybciej. Na drugim brzegu, dziesiątki latarni świeciło w ten ciepły, miły dla oka sposób, plącząc się ze sobą, z światłami przelatujących samolotów, przejeżdżających samochodów i tylko z światłami domów się nie plącząc, nie było ich bowiem.
Rozmawiali o tym, co zwykle. Tak to jest, że ludzie mają stałe tematy rozmów, poza które wypuszczają się niechętnie, rzadko, jedynie w wypadku nadzwyczajnych wydarzeń. Rozmawiali więc o przyjaźni, uważając, by nie nazwać po imieniu, o byłej pracy, o kłopotach Pieszczocha i irytacjach Tego od teledysku. Aż wreszcie, Pieszczoch powiedział o człowieku, który się powiesił. Zupełnie nie wiadomo dlaczego zakończył tę wypowiedź stwierdzeniem: “Wiesz, to wtedy, kiedy nam pomagałeś i to ty namówiłeś jego matkę, żeby przyjechała.”
Ten od teledysku jeszcze nic nie poczuł, nie przeczuł. Przypomniał sobie tylko, że matka była kluczowa, a chłopak stanowił dodatek. To prawie tak, jakby to on go ściągnął, przekonał, prawie zmusił do przyjazdu.
- Czemu się powiesił? – zapytał, nie czując żadnego napięcia. Nic się nie zmieniło. Kaczki pływały po Rzece, kusząco odziane nastolatki i dwudziestolatki przechodziły obok ich ławki, a oni zadzierali głowy i odprowadzali je wzrokiem. Nie spadł żaden samolot.
- Ktoś go zobaczył w telewizji, ktoś z pracy. Zwolnili go, on się załamał i powiesił.
- Zwolnili go za to, że wystąpił w telewizji? – upewnił się Ten od teledysku.
-  No.

Chciałbym napisać, że w tym momencie Ten od teledysku poczuł się wstrząśnięty, że coś niezwykłego zaszło w jego umyśle i sumieniu. Że choć powiedział coś znaczącego, ważnego. Ale on powiedział tylko: “kurwa”, a Pieszczoch powtórzył tylko: “no”.
Ten od teledysku jest rozsądnym człowiekiem. Ani przez chwilę nie pomyślał, że zabili z Pieszczochem człowieka. Zabiły go okoliczności, słabość, szef, który wyrzucił go z pracy, niekorzystny biometr, błędy wychowawcze, koledzy, którzy naśmiewali się z niego w dzieciństwie... Nie potrzebował tych usprawiedliwień, bo nie pomyślał: “zabiłem go”. To nie tak. Co nie znaczy, że nie poczuł się podle i w jakiś sposób winny.Dał temu wyraz, wygłaszając litanię imion ludzi, których nie może zapomnieć. Pieszczoch wysłuchał go i znów pokiwał głową.
-   Stary, ilu myśmy ludzi skrzywdzili...
-    A jeszcze byliśmy dobrzy – mruknął Ten od teledysku.
-   Właśnie. Myśmy się starali chronić naszych gości... – spróbował się ratować Pieszczoch.
-   Miałem na myśli, że byliśmy dobrzy w tym, co robiliśmy – przerwał mu Ten od teledysku, który najwyraźniej nie miał nastroju na podtrzymywanie złudzeń. – Prawie nikt nam nie odmawiał, przekonywaliśmy kogośmy chcieli.
-    Ano tak – zasępił się Pieszczoch. – Rzeczywiście, byliśmy dobrzy.

I tak się to toczyło. A na drugi dzień, w budynku o dziesiątkach korytarzy, do Tego od teledysku dotarła wreszcie fala uderzeniowa z poprzedniego wieczora.
To zajęło mu trzy godziny. Powolne rezygnowanie z kolejnych sposobów na oczyszczenie myśli z poczucia winy. Przez pierwszą godzinę miotał się, zastanawiał dokąd uciec i z kim porozmawiać. Potem zajął się pracą, którą nie musiał się zajmować, potem nie zadzwonił do jeszcze innego byłego kumpla z pracy, potem nie wygadał się przed Jasną, potem nie poszedł do Szałapacha, potem nie pojechał do swojej byłej pracy, by nakłaść po mordzie producentowi, potem przestał o tym myśleć, potem sobie przypomniał, potem pomyślał, że to nic, że przejdzie, że – może – za dwa lata opisze to gdzieś. Wymyślił, że zrobi o tym reportaż, poczuł się na myśl o nim jak hiena cmentarna, wypluł ten pomysł. Znów sobie przypomniał, że to przejdzie.
Pomyślał: “jeśli o tym napiszę, to tak, jakbym część tego z siebie zrzucił”. I postanowił, że nie będzie o tym pisał. Potem uświadomił sobie, że za dwa tygodnie będzie im to służyć za przekleństwo miotane na Firmę, po trzech tygodniach jako dowód na chorobę toczącą telewizję, jeszcze później jako wspomnienie, wyrzut sumienia, w którym jest coś z samobiczowania się. I coraz to bardziej i bardziej będzie obojętnieć, stawać się zwykłą częścią życia. Za dwa lata, wspomną go. Za trzy ktoś może nawet zażartuje na ten temat. Cokolwiek się stało, dołączy do zbiorów wydarzeń z przeszłości gromadzonych skrzętnie na półkach pamięci i zależnie od tego, jaki nastrój zaświeci, jaśniejących, lub mroczniejących.
Czas leczy rany, myśli Ten od teledysku, i bardzo niedobrze, że tak się dzieje.
Kiedy będzie mu bardzo źle, przypomni sobie starego człowieka na polu ziemniaków, wiatr, bo wtedy też był już wrzesień, kumpla, który szturchał go łokciem po żebrach i syczał: “on cię wyraźnie polubił, uderzaj, a się zgodzi”.
Odczuwa satysfakcję na myśl o tym, że rzeczywiście go przekonał, że po raz ostatni dał pokaz swej skuteczności.
I jeszcze większą na myśl o tym, jak doprowadził do tego, że ten apetyczny program, na który napalił się sam bóg jego Firmy, nie powstał.
Dobrze jest czasem zachować się jak człowiek, jest się czego chwycić, kiedy dopada nas lawina własnych podłości.

Niech to wszystko nie znika, ani dobre, ani złe.

15:56, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »