RSS
wtorek, 20 września 2011
Ten od teledysku nie jest szczególnie gadatliwym typem (chyba, że przy alkoholu, pod warunkiem, że nie popadnie nagle w ponury nastrój, w którym wszystko wydaje mu się bagatelką - w takich przypadkach ucieka zwykle na spacer, by odnajdywać się potem w dziwnych miejscach na zagapieniu w okolicę; czy to przyroda, czy architektura - widoki potrafią wspaniale przyjmować ludzkie chandry, zasysać je w krajobraz i zmieniać w przeszłość o nikłym, gasnącym znaczeniu). Może właśnie dlatego ja o nim mówię? Pochlebiam sobie, że beze mnie Tego od teledysku tak jakby nie było, w każdym razie wedle tej definicji istnienia, wedle której być, to znaczy być wspominanym.

Teraz właśnie Ten od teledysku przegląda się w cudzych wspomnieniach. One potrafią ukazać nam nas samych wyraźniej i dobitniej niż najdoskonalsze lustro, efekt krzyżówek genetycznych pokoleń zwierciadeł. Ten od teledysku patrzy na człowieka, którego już nie ma, patrzy poprzez jego słowa i między linijkami wychwytuje własne spojrzenia. Chciałoby się napisać, że to wszystko wina propagatora tych dzienników, ale to niewłaściwy blog dla takiego podsumowania. Co więc napisać w temacie, który Ten od teledysku z pewnością przemilczy?

Gdzieś, kiedyś, żyli ludzie, w których możemy się przeglądać. Zachowały się po nich słowa i nasze zdziwienia wszystkim tym, co swojego w nich dostrzegamy. I w tych zdziwieniach i w tym przyglądaniu się sobie nie jesteśmy sami. Ten od teledysku dzieli je z nami, nawet, jeśli kto inny musi to za niego powiedzieć.
15:28, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011
Dziwny, poletni skwar męczył miasto już trzeci dzień. Ludzie stawiali mu na przekór kroki dziarsko, ale spojrzenia mieli przygaszone, a usta suche i popękane. Sprzedawcy napojów i lodów zacierali ręce. Wszystkie okna wszystkich domów pootwierano na oścież, gardła puchły od przeciągów.
Trzeciego dnia wreszcie przybyły chmury. Najpierw pod postacią łagodnych obłoków, których zwiadowcze zagony przemknęły przez gładkie błękitne niebo niemal zbyt pospiesznie, jeszcze ostrożnie, lękliwie. Wróciły jednak z starszymi siostrami, chmurami, które gotowe były zapuścić korzenie na dłużej. 
Miasto wcale nie było od nich lżej. Chmury rozpełzły się po całym niebie, zamiast jednak zapewnić miastu cień, jakby przycisnęły żar do ziemi sprawiając, że powietrze zgęstniało, stało się ciężkie, nieprzyjemne. Ludzie przygarbili się od tego jeszcze bardziej. Trudno było oddychać, nawet wysiedzieć przy biurkach było trudniej - oczy same się zamykały, a głowy pochylały się - cięższe a słabsze, z trudem stawiające opór współdziałającym: grawitacji i zmęczeniu.
I tak to szło do wieczora, kiedy wreszcie spadł deszcz.
Ten od teledysku początkowo stanął tylko przy szeroko otwartym oknie. Potem nie oparł się pokusie. Zszedł po schodach i wyszedł na deszcz.
Gdy ten ustał na chwilę (za moment miał wrócić), Ten od teledysku uświadomił sobie wreszcie, że to już wrzesień.
21:15, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »