RSS
niedziela, 26 października 2008
Sobotnie porządki zmordowały Rudą do tego stopnia, że niedzielę przywitała dobrą godzinę później niż zwykle. Otworzyła oczy na wysprzątany pokój i odkrywszy, że pogoda za umytym oknem raz jeszcze wyszła naprzeciw jej pragnieniom, przeciągnęła się należycie dla takich okoliczności rozkosznie. A gdy błogość nocy i słodkie napięcie snów umykały końcówkami palców, gdy pozostało już tylko echo mruczenia, podjęła Postanowienie O Wybraniu Się Na Spacer. Ponieważ zaś nie znosiła marnotrawstwa, połączyła spacer z wizytą na cmentarzu, by zadośćuczynić wszystkim znanym sobie krakowskim zmarłym. Następnego tygodnia miała wybrać się do domu, a nie chciała by ktokolwiek z krakusów czuł się pominięty i zapomniany.
Cmentarz zaskoczył ją tłumem i gwarem. W dzień Wszystkich Świętych także wędrują cmentarzami tłumy, jednak są one wtedy tłumami ludzi skupionych na zmarłych, modlitwach, zapalaniu zniczy i polewaniu sztucznych bukietów parafiną, by utrudnić pracę złodziejom.
W tą niedzielę było inaczej. Bukiety, znicze i modlitwy zastąpiły środki czyszczące, szczotki, szmaty i krzątanina. Ruda przyłapała niejedną osobę na rozmawianiu przez komórkę. Minęła kilka kobiecin skwapliwie napełniających wiadra wodą, która natychmiast spieniała się niezdrowo kolorowymi mydlinami. Wiele osób zamiast świec i zniczy paliło papierosy. Ludzie rozmawiali, zbyt głośno, między sobą, a ponad wszystkim głośniki kapliczne charczały kazanie. Spróbowała skupić się na nim i odkryła, że traktuje ono o tym, jak powinno traktować się cmentarz. Rozejrzała się niechętnie po ludzkim mrowiu uwijającym się z wszystkimi swoimi środkami czyszczącymi i pospiesznymi szorowaniami i pucowaniami i doszła do wniosku, że jest jedyną osobą, jaka słucha tu słów księdza. Gdyby potrafiła, potrząsnęłaby tymi wszystkimi poganami i krzyknęła: "Ludzie!!! To jest cmentarz!!! I jeszcze: To jest niedziela!!!"
Zabrakło jej sił. Odeszła więc z cmentarza i dopiero kilka kroków za jego bramą wyjęła własną komórkę i napisała o tym wszystkim Temu od teledysku.
A on, wystawiający twarz do słońca z autobusu, którym wracał od Jasnej, nic, oczywiście, nie zrozumiał. A gdy pojął to, poczuł się niespodziewanie samotny. Zupełnie inaczej, niż Ruda, która poczuła się wyłącznie zirytowana.

22:54, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 października 2008
Trzy budziki nie budzą Tego od teledysku każdego ranka. Nie są w stanie. Dzwonią w pięciominutowych odstępach czasu, ustawione, jeden za drugim według wzrostu, co dziesięć centymetrów. Pierwszy to ten mały, zielony. Mieści się nawet w dłoni dziecka, a w wcale nie takiej małej dłoni Tego od teledysku, znika zupełnie. Może więc Ten od teledysku zaciska na nim swoją wielką dłoń niczym King Kong na owocu na pierwszy tylko sygnał dzwonienia? I dławi dźwięk maleńkiego budzika? Możliwe, ale nie wiadomo, bo przecież Ten od teledysku śpi i nie wie co się wokół niego dzieje.
Drugi, większy, taki, którego nie zamknie w sobie nawet męska dłoń, jest czerwony. Ten od teledysku otrzymał go kiedyś w prezencie, a kiedy przypadkiem utopił w kompocie, zrozumiał, że nic nie wyjdzie z tej miłości. Nie na dłuższą metę. Pomimo tego sygnału z niebiesiech zacisnął zęby i wytrwał wcale niekrótko i nikt nie powie, że nie było to nawet fajne.
Ostatni jest wielki, rosyjski. Mógłby budzić samym tykaniem. Mógłby powstrzymać nacierającą dywizję pancerną faszystów, albo służyć za zastępcę Księżyca podczas jakiegoś zaćmienia Słońca. Gdy Ten od teledysku usłyszał go po raz pierwszy, budzik ponad wszystkie inne budziki grzmiał swoim tykaniem z starej drewnianej szafy, na której wychowały się nie tyle pokolenia, co całe cywilizacje moli i korników. Pomyślał, że jest to budzik doskonały, bo przy samym jego tykaniu nie da się zasnąć.
A teraz żaden z nich go nie budzi. Zielony, czerwony i ten właściwie już bez koloru. Przyszła jesień i sny nabrały wagi od której trwają dłużej. Z tej okazji Ten od teledysku przygląda się czasem swoim snom i nawet cieszy go, że nie odpowiada za nie. Za to nie cieszy go, że z nie - snami jest dość podobnie.
Dlatego znajdzie gdzieś, być może, jakiś nowy budzik. Może mu się to przydać, bo kiedyś, w końcu, trzeba się obudzić.

23:15, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 października 2008
Przychodzi taki moment, kiedy pewne drzwi zamykają się za tobą na amen - tłumaczył Temu od teledysku Szałapach obracając w palcach kieliszek do połowy napełniony wiśniówką. W wymoszczonej starymi kocami szafie w pokoju obok pomiaukiwała Ika. Brzuch miała wzdęty od kociąt. - Do tego momentu jesteś w swoich oczach jak zwykle, taki sam. Widać to po tym jak patrzysz na dziewczyny. Mijasz na ulicach te wszystkie studentki, a nawet uczennice, ocierasz się o nie w tramwajach i cały czas wydaje ci się, że mógłbyś się z nimi umówić. Są śliczne i - w swoich oczach - nie dostrzegasz różnicy między nimi a sobą. Wydaje ci się, że wciąż jesteś młodziakiem, który mógłby i powinien do nich podbijać. I idziesz zadowolony, pewny siebie i swoich szans, aż do tego momentu, kiedy za rogiem ocierasz się o jakieś wspomnienie. Cokolwiek. I nagle zdajesz sobie sprawę, że teraz od twoich wspomnień dzielą cię dziesięciolecia. Nie, jak kiedyś, krótkie odstępy czasu, kiedy wszystko zdarzało się przed chwilą, albo w zeszłe wakacje, czy w poprzedniej klasie. Teraz stajesz na rogu, na którym całowałeś się z tą wspaniała dziewczyną i widzisz, że to nie było ubiegłej wiosny, ale dwadzieścia lat temu. Drzwi zatrzaskują się za tobą na zawsze.
- Nie musiałeś mi tego uświadamiać - pożalił się Ten od teledysku, któremu wciąż wydawało się, że może umawiać się ze studentkami, z którymi jeździł tramwajem.
07:52, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »