RSS
niedziela, 25 października 2009
- Śmieszna sprawa - oznajmił Szałapach zdjęciu kogoś całkowicie mu obcego. - Śmieszna, ale i prosta. Wszyscy oczekują wzajemności. Jeśli ktoś pogłaszcze mnie po głowie, zaraz nadstawi własną do pogłaskania. Jeśli ktoś strzeli mnie w pysk, sam się zaraz zasłoni, pewny, że chcę mu oddać. To najbardziej podstawowa reakcja - zachować się jak odbicie w lustrze i oczekiwać, że druga osoba też to zrobi. Kąt padania równa się kątowi odbicia.
Zdjęcie przedstawiało brązowawą kobietę na brązowawym tle. Było dość stare i wyglądało trochę, jakby zostało ukradzione z czyjegoś nagrobka. W rzeczywistości Szałapach ukradł je bezczelnie z kolekcji jednego faceta, na jego oczach. Gość widział to, wytrzeszczał oczy, ale nie wiedział jak zareagować. Okrzyk: "hej kradniesz zdjęcie mojej praciotki!" wydawał mu się głupi.
Za karę ukradł więc Szałapachowi breloczyk od kluczy. Może planował jakieś negocjacje, ale breloczek przypadł mu do gustu,a praciotki i tak nie znał.
- Bez wzajemności - tłumaczył Szałapach zdjęciu nie swojej praciotki - ludzie wydają się sobie niepełni. Dlatego się żenią, organizują w kluby i korzystają ze zbiorowych wycieczek podczas wakacji. Siedzą potem przy stołach, w fotelach i w autobusach i grają gry w stylu: "ty mnie trochę pozanudzałeś, to teraz ja cię trochę pozanudzam". Wzajemność jest podstawowym prawem wszechświata i pewnie jakoś ma się nawet do krążenia atomów. Pozostając jej wierny, powinienem za każdą usłyszaną i zachowaną historię opowiadać komuś swoją. Wtedy byłbym szczęśliwy jak niemowle przy piersi.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę bez wzajemności, bo spojrzenie cudzej praciotki wędrowało gdzieś w bok, w jakieś starożytne dale. Cokolwiek łączyło ją z fotografem, oddała mu kilka swoich chwil, z których zachował jedną, a on w zamian obdarował ją swoim kunsztem.
- Tylko, że mnie się tak cholernie nie chce z nikim gadać - oznajmił Szałapach i schował zdjęcie, które i tak nie miało mu nic do powiedzenia.

22:55, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 października 2009
Ten od teledysku siedzi i nie gapiąc się w ciemność za oknem naznaczaną gdzieniegdzie białymi plamami latarni, słucha całkiem przyzwoitej muzyki, umiejętnie szarpiącej właściwe struny  jego duszy. Czuje się nieco pobudzony, sądzi, że to z powodu nieznacznie podniesionej temperatury.
"Kiedyś było więcej muzyki takiej, jak ta" - pomyślał.
Zaraz potem przypomina sobie, że kiedyś więcej chorował, więcej czasu spędzał poza domem, więcej czytał i...
Siedzi i powtarza to "kiedyś" i nie zauważa że już prawie koniec roku.
20:16, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 października 2009
W kwietniu 1098 roku Henryk z Vancourt skonał pod murami Antiochii w wyjątkowo niegodny sposób - nie od zdradzieckiej strzały, ciosu miecza lub włóczni, czy choćby wrzącego oleju jakim obrońcy polewali z murów szturmujących. Jego sługa, Robert, który był świadkiem śmierci swego pana, uznał za stosowne porzucić krucjatę, której marnego końca spodziewał się lada chwila i powrócić do domu, by zdać tam relację z marnego końca szlachetnego rycerza. Podróż zajęła mu niemal rok, który to czas spędził w znacznym stopniu na uszlachetnianiu czynów rycerza i własnych. Gdy stanął wreszcie pod murami zamku Vancourt jego opowieść nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością. Niemniej, kiedy przedstawił ją wdowie i czwórce dzieci tym właśnie się stała - prawdą.
Kolejni potomkowie rycerza Henryka Vancourt brali udział w kolejnych wyprawach krzyżowych, nieodmiennie starając się odwiedzać pagórek będący - wedle zapewnieć wiernego sługi mogiłą bohaterskiego rycerza. Potomkowie Roberta nie towarzyszyli im w tych wyprawach, wzorem swego przodka woleli snuć opowieści o cudach, niż być ich świadkami. Otrzymali od Roberta niebagatelny spadek - wiedzę o tym, jak czynić rzeczy prawdziwymi przy pomocy słów. Niektórzy z nich przekazywali tę umiejętnośc dzieciom, niektórzy zabierali ją ze sobą do grobu. Ponieważ jednak ludzie skłonni są pysznić się swymi przewagami, rodzinny skarb trafiał i w inne, mniej lub bardziej przypadkowe ręce.
Możnaby przytoczyć dziesiątki, nie - setki przykładów ludzi, którzy potrafili wyłgać się z opałów, ułgać sobie nieco majątku bądź załgać kogoś na śmierć i nieszczęście. Trudno powiedzieć jak wielu z nich wzniosło się ponad to nędzne rzemiosło ku prawdziwej alchemii opowieści. Niemniej tajemnica, którą odkrył Robert na długo po tym jak powrócił spod murów Antiochii przetrwała wśród ludzi. A nie powinna.
W 1966 roku, na dzień przed grudniem, urodził się Szałapach. Po trzech nużąco szpitalnych dniach rodzice zabrali go do domu i ułożyli w drewnianym łóżeczku o białych kratach. Odziedziczył je po starszym o dwa lata kuzynie, wraz z śpioszkami, stertą pieluch z tetry, biała czapeczką z włóczki i parą ceratowych majtek. Działo się to bowiem w czasach, gdy tak cenne dobra, jak dziecięce ubranka przekazywano z pokolenia na pokolenie.
Trzeciego dnia po osadzeniu w domowym łóżeczku, a szóstego po narodzinach, a zatem na dzień przed świętem świętego Mikołaja, o którym babka Szałapacha, nieco szalona kobieta pochodząca z krainy nazywanej w 1966 roku Ukraińską SRR, pamiętała, że był pasterzem wilków, któremu należało składać ofiary, by jego stada nie nawiedzały gospodarstwa, Szałapach po raz pierwszy został sam w pokoiku, którego część mu przeznaczono. Rodzice, wraz z babcią i dziadkiem Szałapacha mieszkali w parterowym domku nieopodal trasy kolei, małego targu, gdzie kobiety z pobliskich wski sprzedawały owoce i warzywa, oraz tajemniczej manufaktury produkującej nie wiadomo co i po co. Domek ów posiadał dwa pokoje, w tym jeden połączony z kuchnią oraz łazienkę. Gdy Szałapach kończył sześć dni, pozostali domownicy zgromadzili się akurat w ni to pokoju, ni to kuchni, by zastanowić się co dzieje się z psem tak rozdrażnionym od sześciu dni, że aż odmawiającym przyjmowania jedzenia.
Było już późno. Szałapach spał, jego rodzice i dziadkowie radzili a pies skomlał cicho.
Wtedy właśnie, korzystając z tej niezwykłej chwili, kiedy sześciodniowe dziecko pozostawiono na krótko same, nad łóżeczkiem Szałapacha pochylił się ktoś i wyszeptał mu do ucha całą inną historię jego życia, odmieniając je tym samym na zawsze. Szałapach, oczywiście, nie rozumiał ani słowa. Niemniej opowieść zapisała się na trwale w tej części jego umysłu, która zachowuje milczenie przez większą część życia, odzywając się niekiedy, zwykle, gdy jesteśmy czymś bardzo zajęci i nie mamy czasu na przejmowanie się podszeptami ducha.
Gdyby Szałach miał okazję przypomnieć sobie tamtą chwilę, przyjrzeć się tej nieproszonej postaci pochylonej nad jego łóżeczkiem i gdyby do tego mógł usłyszeć raz jeszcze tamte słowa, albo przynajmniej przypomnieć je sobie i zrozumieć, mógłby powiedzieć, że tym, kto go odwiedził był anioł. Najprawdopodobniej ostatni.
Mogłoby też jednak być zupełnie na odwrót.

22:20, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 października 2009
- Był kiedyś taki film, "Matrix" - tłumaczył Ten od teledysku Szałapachowi, który wrócił w końcu z wakacji.
- Jestem starszy od ciebie tylko o pięć lat - wypomniał mu Szałapach. - No, sześć. Wiem co to "Matrix". Widziałem ten film.
- Dobra, no więc był taki film, "Matrix" - nie zrażał się Ten od teledysku. Prawdę mówiąc obaj byli już lekko pijani, a w tym stanie człowiek nie zraża się łatwo. - O tym, że wszyscy są podłączeni do wielkiego komputera i tylko wydaje im się, że żyją, bo tak naprawdę wszystko jest rzeczywistością wirtualną.
- Oglądałem ten film - przypomniał równie niezrażony jak Ten od teledysku Szałapach.
- Nieważne. Słuchaj mnie. Więc rozumiesz, oni żyli w wirtualnym świecie, a wydawało im się, że żyją w prawdziwym. Rozumiesz?
- Rozumiałem już wtedy, gdy oglądałem ten film.
- Świetnie. No to słuchaj. Rok temu pisałem list na kartce papieru, długopisem. Rozumiesz, nie maila, tylko jak za starych czasów. I wiesz na czym się nagle przyłapałem? Że co dwie, trzy minuty stukam długopisem w lewy górny róg kartki, żeby zapisać ten list.
- To taka anegdota, którą dość często opowiadasz...
- Wiem! Czekaj! Bo teraz mam inną pointę. Słuchaj dalej. Dwa lata wcześniej przyłapałem się na tym, że przed przejściem przez ulicę odruchowo chciałem zapisać stan, żeby móc go wczytać, jakby coś się stało. Rozumiesz, jak w grze. A ostatnio oglądałem taką se komedię i przesuwałem pasek czasu przy co bardziej żenujących momentach. W efekcie film, który powinien trwać półtorej godziny, trwał jakieś czterdzieści minut...
- To musiała być wyjątkowo słaba komedia. Pięćdziesiąt żenujących minut na dziewięćdziesiąt w ogóle?
- Skup się, proszę, skup! Kiedy skończyłem ją oglądać byłem przekonany, że w rzeczywistości też minęło półtorej godziny, bo przecież film tyle trwał, tak pokazywał zegar w odtwarzaczu. Rozumiesz?
- Nie - odpowiedział szczerze Szałapach, który pod koniec rzeczywiście się skupił.
- Widzisz, wtedy, uświadomiłem sobie, że ta rzeczywistość komputerowa wydaje mi się prawdziwa. Rozumiesz, ludzie z filmu, z "Matrixa" sądzili, że żyją w rzeczywistości, a tymczasem żyli w matrixie. Z nami jest dokładnie na odwrót. Wszystkim na wydaje się, że żyjemy w matrixie, a naprawdę żyjemy w rzeczywistości. Żyjemy, jakbyśmy mieli do dyspozycji wszystkie te sejwy i loady, cheaty i całą tą resztę.
- Życie bez podróży - przypomniał sobie Szałapach.
- Że co?
- Mówiłem ci jak łaziłem po lesie?
- To ja łaziłem po lesie, Ty popłynąłeś do Grecji z tymi wszystkimi znajomymi. Wynajętym jachtem.
- A fakt. Pomieszały mi się historie.
- Wczytałeś mojego sejwa - mruknął Ten od teledysku. - Teraz rozumiesz?

22:17, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 października 2009
A jeśli czegoś nie możemy? Jeśli tak bardzo nadużyliśmy wszystkich dostępnych nam zaklęć, że aż nadszarpnęło to naszą wiarę w magię a nic się nie stało? Jeśli przegapiliśmy o jeden moment za dużo, jeśli kolejne próby dowiodły nam jedynie daremności dalszych? Co dzieje się z nami, gdy odkrywamy, że czegoś nie możemy? Że nie dane nam jest dotknięcie uczucia towarzyszącego dostępnej dla innych czynności. Że jest coś, czego nigdy, przenigdy, choćby cały świat miał się zatrzymać, gwiazdy spaść a niebo wyblaknąć, nie zrobimy. Że są pewne doznania i uczynki niedostępne dla nas jak ta dziewczyna, która nawet nie zauważała naszych starań, albo ignorowała je po prostu. Jak stanąć wobec świadomości własnych ograniczeń i jej nieuchronności i żyć dalej?
Ten od teledysku wyobraził sobie, że na tym właśnie polega dorastanie. Szybko jednak doszedł do wniosku, że taki wniosek to oszustwo podsuwane nam przez życzliwych, którzy nie chcą byśmy mordowali się z życiem, którzy woleliby zaoszczędzić nam bólu.
- Rzecz, być może właśnie w tym, by olewać niemożność i jakoś kombinować jak ją obejść - oznajmił pustemu mieszkaniu Szałapacha, w którym przyszedł podlać jeden jedyny kwiatek - difenbachię o potencjale trucicielki. - By nie godzić się z tym i próbować.
Podlewał kwiatek nieprzesadną ilością wody, tak jak kazał mu Szałapach, zastanawiając się, co ten mrukliwy ponurak odpowiedziałby mu na to.
- To ładne, co powiedziałeś - odpowiedział w zastępstwie gospodarza kwiat, a Ten od teledysku omal nie wypuścił z ręki plastikowej butelki po badziewnym napoju. - Trochę bzdurne, bardzo naiwne i patetyczne, ale ładne. Od czasu do czasu może się nawet sprawdzić, choć gdy minie ta chwila, pewnie wcale nie będziesz tak myślał. Niemniej, to ładne. Czasem tyle wystarczy.
Ten od teledysku siedział z difenbachią do rana, ale ta nie powiedziała już ani słowa.
Wobec tego Ten od teledysku zaczął się zastanawiać nad znaczeniem słów: "potencjalnie trucicielska".
21:44, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »