RSS
czwartek, 07 stycznia 2016

Pieszczoch przyjechał. Najpierw wysłał esemesa, zapobiegawczego, ale nie dość zapobiegawczego. Ten od teledysku akurat cieszył się piwem w towarzystwie dwóch kumpli o bliźniaczych danych osobowych. Było mu wesoło, dobrze. Za oknem mróz (nareszcie), w knajpce dobre piwo. Zerknął na esemesa i zmartwiał na sekundę albo dwie, choć był to zwyczajny esemes o potrzebie spotkania.

Uznał, że przeczucie nie powinno mu burzyć nastroju tego dnia. Na spełnianie złych przeczuć czas nadejdzie jutro.

I nadszedł.

Przysiedli o rzut kamieniem od domu Tota, w tej samej knajpie, w której niespełna tydzień wcześniej Grzybiarz opowiadał po raz kolejny, że ciężko mu przywyknąć do pojedynczości po jedenastu latach. Pieszczoch usiadł, pociągnął miodowego piwa, westchnął kilka razy i opowiedział prawie to samo, co Grzybiarz, choć oczywiście inaczej, bo z ludźmi zawsze wszystko jest tak samo i inaczej równocześnie.

Dla Tota skończyło się to kolejną nocą pożegnaną w okolicach trzeciej, ciężką pierwszą godziną w pracy zaczynanej cztery godziny później. Dla Pieszczocha wszystko trwa. I będzie już trwało zawsze, bez względu na wynik.

12:47, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 września 2015

Trzy minuty przed zaśnięciem Ten od teledysku nie zastanawia się nad dowolną z filozofii, etyk i moralność. nie gnębi go poczucie odpowiedzialności, ni rozważa możliwych komplikacji konsekwencji wynikających z drugiego człowieka. Prawdę mówiąc estetyka (i to poniekąd potencjalna) ma dlań większe znaczenie niż etyka.

Chciałbym móc opisywać Tego od teledysku jako bohatera bez skazy, z tych, co to wyrastają ponad ludów ułudy. Och, to by było coś, spojrzenie poprzez ideały.

Ale Ten od teledysku miewa erekcje a terkotanie dzwonka bywa dlań uciążliwe. Jedna z jego byłych rządzi swoim życiem, jakkolwiek pupa urosła jej niezbyt pociągająco; inna wciąż wygląda zabójczo, jeszcze inną czasem  mija, prawie niezauważenie.

A to znaczy, że cała Twoja wartość wzrasta w Tobie. Możesz ją zmarnować albo nie. Możesz stłamsić wszystkie swoje postaci i historie, wahania. podejrzenia i błędy.

Albo możesz zawsze, do końca, zadawać pytania.

00:37, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 września 2015

Przed dekadą (z paroma miesiącami) Ten od teledysku był w tym samym wieku, co dziś, bo niedojrzałość jest wieczna i nie posiada wieku. 

Za to Szałapach był znacznie starszy niż dziś.

Po dekadzie (z paroma miesiącami) trochę się do siebie zbliżyli. Choć Ten od teledysku zawsze chciał trochę być jak Szałapach ( zwłaszcza jego mroczna część, czująca pociąg do upadku i tarzania się w słabościach chciała) a Szałapach nigdy nie chciał być jak Ten od teledysku.

Ich pragnienia i oczekiwania, jak się okazało, nie miały wielkiego znaczenia i teraz są prawie tacy sami. Jeden nie odmłodniał a drugi trochę urósł w lata. Ale pod względem niedojrzałości są tacy sami, bo należą do tego rodzaju mężczyzn, którzy nie dojrzewają nigdy. Ma to swoje konsekwencje i nie wszystkie okazują się tak fajne, jak bym chciał.

Ale dziś właśnie Ten od teledysku kupił wino w sklepie mieszczącym się na parterze budynku, którego dziesięć lat temu jeszcze nie było. Za plecami miał muzeum pamięci po zmarłym reżyserze, potem rzekę i dzielnicę knajp. Przed sobą miał faceta chyba zadowolonego, że jakiś klient go odwiedził.

"Tam na dole to takie niespecjalne wino" -tłumaczył sprzedawca. - "To, które pan wziął to już wino posiadające właściwy aromat. A to na trzeciej półce to arystokracja wina, czyste cośtam."


Sprzedawca nie powiedział: "cośtam", ale Ten od teledysku nie zapamiętał użytego słowa, a jedynie jego sens.

- Przyjdę po nie w poniedziałek - oznajmił. - Będę miał wtedy powód.Nagroda, rozumie pan. Jeszcze nikt tego nie wie (prawie) ale zdobyłem ją.

"Będzie czekało" - zapewnił sprzedawca, jakby wierzył, że musi istnieć jakiś powód do picia wina, poza chęcią, by napić się wina.

 

22:00, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 lipca 2012
Napisałem długi tekst pożegnalny. Były tam odwołania do Wszystkich, o których wiem, że czytacie te wpisy. Były tam wyjaśnienia. Ale system (znaczy blogosfera agory) skasował mi je. Może i dobrze.

Nie będzie więcej wpisów. Uzasadniłem to wcześniej, przed awarią. Poświęciłem na to wiele znaków. Chrzanić to - wszystkie skasował los.

Ten od teledysku i Szałapach idą gdzie indziej. Dobrych losów. Wcześniej napisałem jak Was lubię i nawet wpisałem listę, w której się mieściliśćie. Ale system Was skasował. Może to dobrze. Może - choć Szłapach i Ten od teledysku krzyczą, że to nieprawda, jestem sam.

Przekonajmy się.

Sądzę, że nie spotkamy się więcej - Wy i oni, oni i ja.

Ktoś, jak sądzę, musi mieć rację.


06:05, tenodteledysku
Link Komentarze (10) »
sobota, 19 maja 2012
Okularnica na ciemno pod jednym z filarów. Milczy, nawet nie zamawia drinków i nie zerka w poszukiwaniu kogoś, komu mogłaby je postawić. Spod ciemnej kamizelki wystaje ciemnosrebrna bluzka, spod okularów o grubych oprawkach wystają oczy, które mógłbyś - tu wpisz czasownik, jaki ci pasuje.
Ten od teledysku przypatrywał się jej zbyt długo, by nie stracić nadziei. Wreszcie zagadał do Ojcu i wyszli na zewnątrz, po taksówkę, zapominając o niej - ładniej, ale zbyt cichej i chyba oczekującej na typa, z gatunku niezjawialnego. Zwyczajna historia, ale naokoło niej kłębiły się dziewczęta wiedzące, że nie ma sensu oczekiwanie ideałów z czasów wiary w baśnie i oczekiwanie aż ten jeden, właściwy książe dostrzeże dziewczynę o srebrnawej bluzce ukrytej pod czarną bluzą i okularami o grubych oprawkach.
- Mogę już iść, bo jestem żonaty - oznajmił Ojcu i czmychnął. Trudno go ganić, nie widział jak bardzo boi się panna w okularach o grubych oprawkach.
Jeśli zaś chodzi o Tego od teledysku, to sadził, że panna i tak sobie kogoś znajdzie, nie warto więc robić zamieszania. Bo przecież każdy żal kiedyś mija a naturalna kasacja banków pamięci to tylko życzliwość Boga bądź wszechświata.
A zatem to dobrze, że za dzień lub dwa dla Tego od teledysku okularnicy zwyczajnie nie będzie.
01:30, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2012
Blogi przychodzą i odchodzą. Ludzie, którzy poczuli kiedyś nagłą potrzebę opisania siebie, albo szukali iluzorycznej internetowej sławy, albo zwyczajnie dali unieść się modzie, nagle odkrywają, że już się zmienili, że już nie interesuje ich to całe literkowanie. Albo, może być i tak, odnajdują inne techniki komunikacji. Na ich miejsce przychodzą inni, bo wszystko się zmienia.

Ten od teledysku we właściwym momencie wstał od książki o przyjaźni i przemijaniu, albo puścił właściwą muzykę (Beirut), albo przeczytał właściwy wpis w którymś z przejawów sieci, w każdym razie poczuł się lepiej niż przez cały trwający rok. Nic się nie stało, to tylko w jego mózgu zaszła jakaś dawno nie widziana reakcja chemiczna. Więc może to efekt jajecznicy na pieczarkach, którą zjadł zamiast obiadu?

Wszystkie te szczegóły mają albo nie mają znaczenia. Obawiam się, że nie rozstrzygnę tego i odłożę do akt z największymi zagadkami wszechświata. Przykryją leżące na dnie pochodzące z dzieciństwa fascynacje Atlantydą i życiem pozaziemskim i cała masę późniejszego balastu.

W każdym razie Ten od teledysku pomyślał, że jeszcze może zmienić się na lepsze, jeszcze może czegoś dokonać, jeszcze może poczuć zadowolenie z siebie. 

Oczywiście wszyscy wiemy (i on też), że wcale się nie zmieni. Przemilczymy to. Ważne, że wciąż trafiają mu się chwile takie jak ta, kiedy mu się chce.
20:32, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 kwietnia 2012
Miejscowość wypoczynkowa składała się z domów wypoczynkowych wznoszonych na kształt bloków – dumnie sześcianiastych i szarych, podzielonych na mniejsze sześciany identycznych sypialni zaopatrzonych w takie same łóżka, krzesła i stoliczki nakrywane ceratą. Trzy razy dziennie należało schodzić na parter, na posiłki, czasem wolno było odwiedzać ciemną świetlicę zaopatrzoną w telewizor. Ponieważ istniały wyłącznie dwa kanały, nadające z grubsza to samo, nigdy nie pojawiły się spory dotyczące wyboru programu. Wiadomo, że dzieci przychodziły oglądać teleferie w okolicach godziny dziewiątej i dziesięciominutową dobranockę wieczorem, mężczyźni oglądali wieczorne wydania dziennika, a kobiety czasem towarzyszyły jednym bądź drugim, ewentualnie przychodziły na film.
Pomiędzy tymi wszystkimi porami posiłków i nadawania chodziło się na basen, albo do rachitycznego lasku pozostawionego na pamiątkę nieprzebytych puszcz.

Kiedy matki, babcie i ciotki nie zabierały dzieci na basen, albo do baru oferującego do picia złotawy herbawit, dzieciarnia wykorzystywała wręcz stworzony do zabaw teren domu wypoczynkowego. Bawiono się w chowanego, bądź ściganego bezceremonialnie przesuwając ustawione na korytarzach pokolenia sprzątaczek wcześniej fotele, zdobywano pokoje, które ktoś przegapił zamknąć, zjeżdżano po poręczach, bądź biegano na złamanie karku po schodach. Jeśli podjęte zostały jakieś wyprawy np. na dach, albo do piwnicy, Ten od teledysku zupełnie o tym nie pamięta. Liczbę lat, które przeżył oznaczano wtedy zalewie jedną cyfrą, ma więc prawo zapomnieć z tamtego okresu więcej niż zapamiętać.
Pamięta tak naprawdę tylko kilka przebłysków otwierających drogę do szerszych wspomnień.

Jeden z nich wygląda następująco.

Ten od teledysku, któremu nie śniło się jeszcze, że kiedyś będą powstawać teledyski, biegnie po schodach. Co pewien czas wychyla się przez poręcz i patrząc w dół krzyczy jak tylko może najgłośniej: „Kościotrup!”. Ponieważ dom wypoczynkowy jest wysoki okrzyki te niosą się przez wiele pięter. Co ciekawe od czasu do czasu ktoś odpowiada mu identycznym okrzykiem. I tak owo mroczne, tajemnicze, wywołujące poniekąd przyjemne dreszcze na chłopięcych plecach słowo niesie się po całym domu wypoczynkowym, od parteru aż po strych. Jego nośnikami są niewielcy zwinni i szybcy chłopcy ganiający tam i z powrotem z piętra na piętro i drący się wniebogłosy.

Ktoś musiał się tym zainteresować.

To był Starszy Pan. Oczywiście, w oczach ówczesnego Tego od teledysku „Starszym Panem” mógł być każdy starszy od jego rodziców. Działo się to, co należy zaznaczyć, w czasach, kiedy starsi mężczyźni kojarzyli się chłopcom podobnym do Tego od teledysku niemal wyłącznie z weteranami drugiej wojny światowej. Wszyscy byli więc, poniekąd, bohaterami z którymi należało się liczyć i którym należało okazywać szacunek. Bo, co także należy zaznaczyć, w owych czasach chłopcy podobni do Tego od teledysku postrzegali wojnę wyłącznie jako pasjonującą rozrywkę polegającą na zwalczaniu tych złych przez tych dobrych (czyli naszych). Ktoś, kto walczył w wojnie automatycznie stawał się więc człowiekiem dobrym, mądrym i odważnym.

- Dlaczego krzyczycie: „kościotrup”? – zainteresował się Starszy Pan chwytając uprzednio rozpędzony nośnik okrzyku za ramię. – To nieładne słowo.
- To nasze hasło! – zawołał ani trochę nie zdyszany Ten od teledysku i dodał: „Kościotrup!”
- Macie hasło?
- Mamy! Żołnierze mają hasła i my też mamy.
- No dobrze, ale czemu „kościotrup”?

Tego Ten od teledysku nie potrafił wyjaśnić. Po prosto oglądali rano z chłopakami jakiś film o wojnie. Gdy zobaczyli, że żołnierze posługiwali się tam hasłem, uznali, że wypada, aby oni też mieli własne. Trudno powiedzieć kto wymyślił, by brzmiało ono „kościotrup”. Na pewno wszyscy przekrzykiwali się promując wymyślone przez siebie hasła, a tych było więcej niż pomysłodawców, bo każdy wymyślał po kilka. Niemniej ktoś w którymś momencie powiedział: „kościotrup” i wszyscy zamilkli od grozy, jaką wywoływało to słowo. Być może Ten od teledysku przypomniał sobie wtedy szkielet napoleońskiego żołnierza, który widział kiedyś w podziemnym cmentarzu jednego z klasztorów, a może owe niepokojące go odwiedziny u dawno zmarłych miały się dopiero wydarzyć (rodzice Tego od teledysku zachęcili go do zwiedzania owej rzadko udostępnianej żywym nekropolii właśnie informacją, że zobaczy tam napoleońskiego żołnierza. Oczywiście dzieciak napalił się na smukłego kolesia w niebieskim mundurze i z karabinem przypominającego jednego z żołnierzy, którymi się bawił. Widok szkieletu w burych szmatach mocno go rozczarował). W każdym razie wszyscy zgodzili się, że „kościotrup” to znakomite hasło.
- Kościotrup to nie jest dobre hasło – oznajmił Starszy Pan. – To dobrze, że macie hasło, ale musicie znaleźć sobie jakieś inne. Bardziej patriotyczne, polskie.
- To znaczy jakie?
- Może „orzeł”?

Po krótkim zastanowieniu Ten od teledysku uznał, że „orzeł” jest równie dobry jak „kościotrup”, a może nawet lepszy, bo jakby bardziej dumny i nie napawający go lękiem.
Kiwnął więc głową i pobiegł na następne piętro wykrzykując orła równie mocno jak wcześniej kościotrupa.

Jego rebelia nie mogła nie zostać nie zauważona.
- No co ty? – dopadł go chłopak, którego Ten od teledysku już nie pamięta. – Czemu nie wołasz „kościotrup”?
Ten od teledysku wyjaśnił mu, że zdaniem Starszego Pana „kościotrup” brzmi niepatriotycznie i żaden szanujący się żołnierz nie używałby takiego hasła. Co innego „orzeł”.

Ponieważ żaden z chłopców nie wyobrażał sobie, by za kilkanaście lat mieli ze wszystkich sił unikać wcielenia do armii, uznali, że jako przyszli żołnierze, którzy, jeśli dopisze im szczęście, będą walczyć z Niemcami, powinni używać patriotycznego, polskiego hasła.

Niedługo później gromada dzieciaków biegała pomiędzy piętrami wrzeszcząc ile sił w płucach: „Orzeł!”.

Tak mi się, patriotycznie, przypomniało.

12:33, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 kwietnia 2012
- Tędy biegłem - oznajmił ojciec Tego od teledysku. - Zgubiłem rękawiczki. To była zima, a ja zgubiłem rękawiczki i bałem się wracać do domu.

Siedzą w taksówce, za którą zapłaci Ten od teledysku. To nic nadzwyczajnego, a jednak jest pewna ostateczność w tym, że dziecko płaci za przejazd rodziców. Niby wszystko, co miało się zmienić, zmieniło się już dawno temu, a jednak istnieją drobiazgi dodatkowo przybijające nas do czasu.

- Była zima, a ja zgubiłem rękawiczki i biegłem do domu, choć bałem się do niego wracać - wspomina ojciec patrząc na świat, którego nie widzi nikt, poza nim. Dawno już minęli okolice domu jego dzieciństwa, ale szyby taksówki pokryła od wewnątrz para a od zewnątrz zalały je krople deszczu, toteż nietrudno się pogubić. Zresztą, teraźniejsza rzeczywistość nie ma znaczenia. 

Temu od teledysku przychodzi do głowy bardzo nieoryginalna myśl o indywidualnych miastach, o tym, że każdy z nas ma własne ich mapy. Ktoś inny napisał to już wcześniej, lepiej, trafniej i dosadniej i Ten od teledysku wie o tym. Wie jednak, że jeśli nie powtórzy myśli wzbudzonych wspomnieniami ojca, stanie się o coś uboższy; niechby nawet o banał.

"Nie zobaczycie mojego miasta - myśli Ten od teledysku. - Nie zobaczycie mojego życia. A ja nie zdołam wam o nim opowiedzieć."
02:55, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 marca 2012
Jaka szkoda, - napisał na G+ Tenodteledysku podczas niespodziewanej porannej rozmowy, gdy daleka znajoma z miasta leżącego za wieloma zlikwidowanymi połączeniami kolejowymi zagadała o zespole, którego już nie ma - że gdy chodziłem do liceum i kochałem się w tych wszystkich pięknych dziewczynach nie istniały jeszcze komórki z aparatami fotograficznymi, szybkimi i wygodnymi i tymi ogromnymi pamięciami potrafiącymi pomieścić setki zdjęć o potężnych rozdzielczościach. Miałbym tysiące zdjęć tych wszystkich wspaniałych dziewczyn, których twarzy i imion w większości już nie pamiętam. 

Wieczorem pomyślał: "jak to dobrze, że w czasach, gdy chodziłem do liceum nie było tych wszystkich komórek z tymi wszystkimi aparatami i pojemnymi pamięciami zdolnymi zmieścić i z pół mojego życia. Wyświetlałbym je sobie bez końca w wieczory takie, jak ten, gdy zmiana ciśnienia, albo może skok temperatury, jakieś przegapione wydarzenie ciśnięte prosto w moją podświadomość, albo urywek niewłaściwej melodii zagrały na moich emocjach. Wyświetlałbym sobie zdjęcia dziewczyn, których już nie ma, wywołując duchy. A jak powiedziała mi kiedyś ta seksowna egzorcystka, lepiej nie wywoływać duchów, żadna spodziewana korzyść nie jest warta tego ryzyka."

I uśmiechnęła się do Tegoodteledysku w sposób, jak mu się wydawało szczególny, dowodząc, że rzeczywiście jest telepatką. Bo siedząc w jej pokoju, popijając herbatę i słuchając opowieści o cudach, Tenodteledysku ani razu nie pomyślał o duchach. Przeciwnie, miał wściekle cielesne myśli. Takie, które mogłyby wywołać ów szczególny uśmiech u kobiety, która by je poznała.

Telepatki nie powinny być tak atrakcyjne, to nieuczciwe. I tą konstatacją skończymy na dziś.
21:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lutego 2012
A było to tak

Ten od teledysku nie przejmował się narzekaniami gazet, rozgłośni radiowych, telewizji, internetu a nawet wszystkich tych ludzi, którzy przekraczając próg budynku, w którym pracowali zadzierali głowy w górę i wydawali nieżyczliwe pomruki bądź okrzyki. Ignorując ich wszystkich ruszył wesoło do piekarni, w której nie pracuje już ta prześliczna dziewczyna, a szkoda, i cieszył się śniegiem sypiącym się z nieba jak w bajce. Media donosiły o rozmaitych zawiejach, ale miasto Tego od teledysku dopadł śnieg prószący uparcie, lecz łagodnie. Oczywiście, i on odkładał się w zaspy, męczył kierowców i przechodniów zaopatrzonych w niewłaściwe obuwie, nie tworzył jednak wściekłej zawiei buchającej ostrymi kawałkami śniegu w twarze i złośliwie wsypującej drażniące kawałki lodu za kołnierze. Nic z tych rzeczy. Tego dnia śnieg opadał łagodnie, miarowo, drobnymi lekkimi płatkami, które długo tańczyły na kapryśnych zawirowaniach powietrza, nim opadły na ziemię.

Kupiwszy chleb Ten od Teledysku powędrował niemal pustymi plantami i dalej ulicą, na której tego dnia nie tłoczyli się ludzie. Przeszedł przez most nad mniej niż kilka dni wcześniej zamarzniętą rzeką i trafił wreszcie do upatrzonego sklepu, także słabiej niż zazwyczaj zapełnionego klientami. Wybrał te towary, które zaplanował kupić i zmierzał do kasy, kiedy ktoś nagle chwycił rękaw jego kurtki i potrząsnął nim. Odwrócił się, by zobaczyć czubek dziewczęcego, a właściwie już kobiecego  nosa wystający zza zasłony wysoko postawionego kołnierza i futrzanej srebrnej czapy. Rozpoznał ów koniuszek nosa szybko, tak mu się w każdym razie wydawało potem. I gdy właścicielka nosa i czapy wymawiała pytającym tonem jego imię i nazwisko, wiedział już kim była, choć nie rozpoznał jej głosu. 

Prawie nie widział jej twarzy, tylko ten nos i białe zęby prężące się równo w wąskiej szczęce. Cała dziewczyna wydała mu się drobniejsza niż pamiętał. Opowiadała, że mieszka teraz w pobliżu, w dawnym mieszkaniu dziadka, a on próbował odnaleźć jej włosy pod całą tą zbroją, bo wydawało mu się, że nie były już jasne.

"No dobrze, zmykaj już, nie będę cię tu przetrzymywać" - powiedziała chwilę po tym, jak dostrzegł wreszcie ciemne końcówki włosów niegdyś naturalnej blondynki. Odmruczał w pożegnaniu, że skoro są sąsiadami będą się zapewne widywać częściej i odszedł jak głupi, nie odwracając się ani razu.

Dopiero kilka godzin później, oglądając walentynkowy odcinek popularnego sitcomu, uświadomił sobie, że chyba miała dziś urodziny ta jego dziewczyna z liceum, a on nie wykorzystał najlepszej pod zachmurzonym niebem okazji, by sobie o nich przypomnieć.
22:13, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21