RSS
wtorek, 20 września 2011
Ten od teledysku nie jest szczególnie gadatliwym typem (chyba, że przy alkoholu, pod warunkiem, że nie popadnie nagle w ponury nastrój, w którym wszystko wydaje mu się bagatelką - w takich przypadkach ucieka zwykle na spacer, by odnajdywać się potem w dziwnych miejscach na zagapieniu w okolicę; czy to przyroda, czy architektura - widoki potrafią wspaniale przyjmować ludzkie chandry, zasysać je w krajobraz i zmieniać w przeszłość o nikłym, gasnącym znaczeniu). Może właśnie dlatego ja o nim mówię? Pochlebiam sobie, że beze mnie Tego od teledysku tak jakby nie było, w każdym razie wedle tej definicji istnienia, wedle której być, to znaczy być wspominanym.

Teraz właśnie Ten od teledysku przegląda się w cudzych wspomnieniach. One potrafią ukazać nam nas samych wyraźniej i dobitniej niż najdoskonalsze lustro, efekt krzyżówek genetycznych pokoleń zwierciadeł. Ten od teledysku patrzy na człowieka, którego już nie ma, patrzy poprzez jego słowa i między linijkami wychwytuje własne spojrzenia. Chciałoby się napisać, że to wszystko wina propagatora tych dzienników, ale to niewłaściwy blog dla takiego podsumowania. Co więc napisać w temacie, który Ten od teledysku z pewnością przemilczy?

Gdzieś, kiedyś, żyli ludzie, w których możemy się przeglądać. Zachowały się po nich słowa i nasze zdziwienia wszystkim tym, co swojego w nich dostrzegamy. I w tych zdziwieniach i w tym przyglądaniu się sobie nie jesteśmy sami. Ten od teledysku dzieli je z nami, nawet, jeśli kto inny musi to za niego powiedzieć.
15:28, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011
Dziwny, poletni skwar męczył miasto już trzeci dzień. Ludzie stawiali mu na przekór kroki dziarsko, ale spojrzenia mieli przygaszone, a usta suche i popękane. Sprzedawcy napojów i lodów zacierali ręce. Wszystkie okna wszystkich domów pootwierano na oścież, gardła puchły od przeciągów.
Trzeciego dnia wreszcie przybyły chmury. Najpierw pod postacią łagodnych obłoków, których zwiadowcze zagony przemknęły przez gładkie błękitne niebo niemal zbyt pospiesznie, jeszcze ostrożnie, lękliwie. Wróciły jednak z starszymi siostrami, chmurami, które gotowe były zapuścić korzenie na dłużej. 
Miasto wcale nie było od nich lżej. Chmury rozpełzły się po całym niebie, zamiast jednak zapewnić miastu cień, jakby przycisnęły żar do ziemi sprawiając, że powietrze zgęstniało, stało się ciężkie, nieprzyjemne. Ludzie przygarbili się od tego jeszcze bardziej. Trudno było oddychać, nawet wysiedzieć przy biurkach było trudniej - oczy same się zamykały, a głowy pochylały się - cięższe a słabsze, z trudem stawiające opór współdziałającym: grawitacji i zmęczeniu.
I tak to szło do wieczora, kiedy wreszcie spadł deszcz.
Ten od teledysku początkowo stanął tylko przy szeroko otwartym oknie. Potem nie oparł się pokusie. Zszedł po schodach i wyszedł na deszcz.
Gdy ten ustał na chwilę (za moment miał wrócić), Ten od teledysku uświadomił sobie wreszcie, że to już wrzesień.
21:15, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 sierpnia 2011
Nocne zwiedzanie miasta powinno mieć własny rytm, niechby nawet był rwany dziko, niechby roztrzaskiwał harmonię. Byleby nie zgubić kroku, nie ogarnąć się nagle w samym środku nigdzie, dokąd doszło się w mgle opatulającej umysł. Byleby się tylko nie obudzić w jakimś nigdzie z jakimś nikim. Byleby siebie samego źle nie zaskoczyć. 

Jeśli nocne zwiedzanie ma swój rytm, wszystko idzie dobrze.

Można zacząć w czeskiej, lekkim piwem o nienarzucającym się smaku, łagodnym i przyjemnym. Siedzi się tam z Rudym i Bolem, kelnerka przynosi kolejne piwa. Potem Bolo uruchamia festiwal przystawek i przebiegają przez stół sery marynowane i przysmażane, bułki i grzanki, coś z warzyw, coś z mięs. Bolo ogłasza wreszcie, że jeśli zaraz nie przybędzie na dawno umówione domowe spotkanie, to już jego żona się postara, by dzieci nie zobaczyły więcej ojca. Rudy i ten od teledysku trochę się pośmieją na to. Rudy trochę głośniej, bo on swoją żonę wysłał na wakacje. Po jedenastej ona zacznie pisać do niego smsy.

Na razie ruszają dalej. Znajdują maleńki stolik w Omercie i wypijają przy nim dwa nieznane im dotąd piwa. Na nic nie patrzą, rozmawiają o bzdurach i uciekają do Hawany, gdzie trafiają na entuzjastycznego stałego klienta, który opowiada im o dawnych czasach i pokazuje zdjęcia minionych barmanek. Obecni barmani, dziewczyna o imieniu, którego niesłusznie nie lubi i chłopak, którego imię nie zainteresowało Rudego i Tego od teledysku, szepczą: "Pomóżcie nam. Zabierzcie go od nas". Wędrownicy na chwilę dadzą się porwać nieszczęśnikowi, a on im poopowiada o bliznach na barze i o czymś jeszcze, co rychło zapomną.

Potem dwa bączki przy Mostowej, jakaś rozmowa z barmanem i skok kładką przez rzekę, przez chmary owadów, tony kłódek, rzęsiste strumienie turystów przemieszczających się między knajpami. Teraz są już w innej dzielnicy, tu trzeba zamówić taksówkę i pospać, jeśli jutro mają trafić do restauracji polecanej im przez Bola.

Spotykają się tam. Rudy co chwilę wychodzi zapalić, a wtedy pozbawiony towarzystwa Ten od teledysku gapi się na plakat przedstawiający obfite ale zgrabne damskie pośladki obciągnięte kusymi spódnicami. Uznaje, że zdjęcie pasuje do klimatu włoskiej knajpy. Jej właściciel wykrzykuje trochę po włosku, trochę po polsku wyrazy jowialnego zachwytu przybywaniem klientów. Blondwłosa, zdecydowanie polska kelnerka, uśmiecha się do wszystkich, a kucharz o twarzy jak rozpacz sumienia mafiosa wychyla się czasem z kuchni, by zagadać coś chrapliwą odmianą włoskiego. Sycylia w żydowskiej dzielnicy. Jest pysznie. Zapewnią o tym tego korpulentnego właściciela, on ich poklepie po ramionach, coś tam krzyknie za nimi. Oni już prawie biegną wypić po dzikim piwie nad rzeką. Nie wolno tego robić, miasto nie pozwala na takie wybryki. Ale oni tak lubili te wieczorne letnie piwa nad rzeką! Siadają więc tam, gdzie kiedyś napastował ich młody jeż i gapią się na rzekę, balon nad miastem, na samo miasto - ciemne kontury kamienic, podświetlone kościoły i zamek, od którego jaśniejszy jest tylko drażniący telebim na barce. Pójdą tam, rozłożą leżaki i pogapią się trochę na rzekę legalnie. Rudy na nowo odkrywa miasto. Wiele w nim przegapił przez kilka lat nieobecności.

Chcą siąść przy barze knajpy o całej masie piwnych tytułów, ale tę już zamykają ku oburzeniu Rudego. Co im pozostaje? Idą do Psa. Pies oczywiście jest otwarty, ale nic nie dzieje się w nim tak wcześnie. Wypijają po małej wódce z dużym lodem i zmartwieni opuszczają lokal. Tu należy przychodzić najwcześniej o drugiej w nocy. I raczej w sobotę niż w niedzielę. 

Wracają na bardziej znane sobie tereny łowieckie. Rudy jest głodny, ale zrobiło się naprawdę późno i nawet placówki "idź sobie Asiu" są już pozamykane. To niedziela, a kiełbaski i najbardziej oblegane zapiekanki, które mogłyby być otwarte, nie funkcjonują w niedziele. Zestresowany Rudy idzie do otwartej trzy dni wcześniej modnej knajpki, którą upierali się wzgardzić by nie ulegać hajlajfowi. Wsuwa tam śledzie i galaretkę labidząc nad upadkiem świata. Ten od od teledysku odnajduje się niespodziewanie w rozmowie z niemieckim śpiewakiem operowym, który zwiedza miasto samotnie. Gdy Niemiec idzie szukać swoich znajomych, Ten od teledysku i Rudy sięgają po kieliszki, noc zaczyna gubić rytm, robi się szósta rano. Ten od teledysku odmawia taksówki, bo chce stanąć na moście i machnąć komórką kilka portretów świtu, gdy ten wspina się na mosty. Wychodzą mu kiczowate tak, jak kiczowaty potrafi być świt. 

10:47, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 sierpnia 2011
Gapił się z tarasu schroniska. Akurat przestało padać godzinę wcześniej i turyści wylegli na ten taras, a czasem i dalej, ścieżką przez łąkę i stadko owiec, przez wrodzoną podejrzliwość pilnujących ich psa i obojętność pasterza, ku zarysowi chaty, gdzie można było uszkodzić sobie układ trawienny żentycą. 

Ci rozsądniejsi pozostali na tarasie. Popijali piwo i gapili się.
Gapienie sprzyja zamyśleniu, zamyślenie sprzyja przypominaniu sobie.

Drogą, którą szli w innych górach, dawno temu, była nielekka. Przede wszystkim nie było drogi. Zmyła ją rzeka wzbierająca i wzbierająca w szale powodzi, jakiś miesiąc wcześniej. Teraz wciąż padało, ale wody opadły. Co nie znaczy, że było bezpiecznie. Ostrzegano ich przed osuwiskami i rzeczywiście, za kilka godzin Ten od teledysku miał zjechać o dwa metry w dół z masą ziemi i piachu.

Na razie wędrowali brzegiem starszego osuwiska, chwytając się pni i gałęzi drzew i śmiejąc się z tej przygody, której wrażenia wzmacniali nadinterpretowywaniem każdego kroku. Mieli rację i mylili się równocześnie, w każdym razie bawili się dobrze. Ale kilka godzin później, na szarej od deszczu hali nie mieli już sił walczyć. Rozbili namiot, zjedli kolację i po kilku partiach remika okraszonych wspomnieniami z minionego dnia ("myślałem, że już straciliśmy namiot, gdy porwała go rzeka"/"ale, stary zobacz jakie dobre buty, nie przemokły, a biegłem tą rzeką dobrych parę metrów") zasnęli.

Nim się tu wybrali, Ten od teledysku puścił Siwemu film o tych górach, pełnych wodospadów, wilków, niedźwiedzi i mgły. Tak jak jego, zachwyciły też Siwego. "Musimy tam pojechać" - zawołał. Pojechali więc, choć wtedy jeszcze nie docierała tam kolej ani autobusy.

Gdy rano obudził Tego od teledysku dziwny dźwięk, gdy otworzył oczy i zobaczył jak płótno ugina się pod naciskiem czegoś wielkiego, przypomniał sobie tamten film. Przede wszystkim fragmenty poświęcone niedźwiedziom.

Coś uparcie, ale łagodnie naciskało na materiał, wyginało go do wewnątrz. Ten od teledysku myślał o pazurach i o cierpliwości ich właściciela. Wreszcie znudził się niepewnością i wyjrzał na zewnątrz uzbrojony w menażkę.

Konie. Stadko puszczonych luzem koni przyglądało się zdziwione nowym mieszkańcom ich pastwiska. Ten, który zdecydował się obudzić Tego od teledysku był biały. Podobny do konia prowadzonego przez dziewczynę w zielonej flaneli, całkiem blisko tarasu, na którym popijał piwo teraz, lata po tamtym spotkaniu. Koni było tu chyba pięć, a dziewczyny, jedna w niemal kowbojskim kapeluszu, dwie. Poiły konie, czyściły ich sierść, przemawiały do nich, możliwe, że łagodnie, możliwe, że zwyczajnie. Gdy wyszedł na taras następnego poranka wciąż tam były. Zbierały się do drogi. Wyruszyły nie dosiadając żadnego z koni. Ten od teledysku odprowadzał je wzrokiem niedaleko, do linii drzew, a potem ruszył w przeciwną stronę, ku szczytowi, gdzie po zmroku powalone drzewa wydawały się takie groźne. I nikogo tam nie było.
08:42, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 lipca 2011
W piekarni, w której Ten od teledysku nigdy wcześniej nie był, zabrakło chleba, ponoć prawie najlepszego na świecie. Kilka podenerwowanych głosów zza pleców Tego od teledysku wolało upewnić się co do tego kilkukrotnie, nim ich właściciele w pośpiechu opuścili sklep. Gnała ich rzucona pospiesznie przez ekspedientkę nadzieja, że może w dwóch innych sklepach, do których piekarnia dostarcza pieczywo, prawie najlepszy na świecie chleb jeszcze był.
Ten od teledysku i jego kolega zadowolili się pieczywem, które jeszcze nie zniknęło i pojechali dalej.

Kilka szaf i stołów wyniesionych na strych później przedarli się przez błotnistą drogę, której rachitycznym nurtem podążali przez chwilę, przestraszyli młodego czarnego kota i zasiedli przy prostym stole, gdzie Ten od teledysku nie potrafił odmówić kawy. Takiej zalewanej w  obscenicznie gołej szklance, rozpalonej od wrzątku, drwiącej z zalęknionych opuszków palców.

Musicie wiedzieć, że Ten od teledysku nie jest facetem od picia kawy. Ostatni raz przydarzyło mu się to chyba z osiem lat temu i Pieszczoch z Perełką bardzo żałowali, gnając za nim jedną z głównych ulic Gdańska, że nie powstrzymali go jeszcze przed pierwszym łykiem. Ten od teledysku bardzo lubi smak kawy, ale jego organizm zaczyna krzyczeć, gdy ją pije. Krzyczy o bieganiu, drżeniu rąk i niespożytych ilościach energii, którą trzeba spalić teraz, natychmiast.

Tak więc Ten od teledysku, zgodnie z przyzwyczajeniami wykształcenia, nie odmówił poczęstunku w obcym domu z dala od miasta i wysłuchał opowieści kobiety o blado rozbieżnym spojrzeniu. Ilość dymu z jej gorączkowo odpalanych papierosów, poszczepianych ze sobą niczym wagony prowadzące od jednego do drugiego, starczyłaby do napędzenia lokomotywy ciągnącej całe to nikotynowe życie od lat do lat.

Historia była zwyczajna w stronach jak te, do których zawitali. Dotyczyła zatargu o skrywanych przyczynach, być może naprawdę niezrozumiałych, w wyniku których sąsiedzi zaczynają się nienawidzić aż do niezaspakajalnego głodu wywołującego wizje kolejnych niezawinionych krzywd. Kobieta opowiadała, kolega notował, a Ten od teledysku przypominał sobie jego słowa sprzed godziny:
"Oni tu zawierają dziesiątki umów między sobą, ale nie porządnie, tylko byle jak. Spisują je na kartkach, które zaraz gdzieś gubią, a potem zaczynają między sobą walczyć, bo każdy ma swoje zdanie i myśli, że drugi go kiwa".
- Masz na to jakieś papiery? - zapytał przy stole, wśród kłębów, kolega, z wykształcenia prawnik.
- Coś tam było. Nie wiem, gdzie to teraz jest. Tyle lat minęło.

Potem przyszedł syn, przypominający Temu od teledysku jednego z kuzynów i córka w różowej bluzeczce, kołysząca ramionami i wbijająca spojrzenia oczu o wyraźnym jeszcze kolorze w kolegę spisującego mgliste zeznania. Z każdym słowem z ust mówiącej wylatywał dym, ale nie układał się w słowa, jak słowa nie układały się w chronologiczne i konsekwentne sensy. Kolega uznał mimo to, że w sprawie odciętej nagle wody uda może mu się coś zrobić. Gdy po tym oświadczeniu wstawali od stołu, córka powiedziała cicho: "zostańcie", a Ten od teledysku patrząc na jej przygarbione zbyt wcześnie od domowej pracy plecy przypomniał sobie opowieść o trzech ślepnących siostrach, spod innych nieco, ale niedalekich gór. Pomyślał, że i córkę może czekać taki los i że może przeczuwa to, albo domyśla się tego, skoro tak kołysze ramionami do kolegi. Albo może spragniona jest po prostu kontaktu z kimś z daleka i cieszy ją każda taka wizyta.

Nie posłuchali. Pożegnali się i odeszli. Jeszcze odprowadził ich syn, by porozmawiać o budowie domu kolegi i z dezaprobatą ocenić zaangażowane w nią sumy.
Ponownie pokonali drogę i jej błoto. Minęli niedokończony zbyt drogo, jak twierdził syn, dom. Wsiedli do samochodu. W drodze kolega usprawiedliwiał swoją wydumaną rozrzutność, a Ten od teledysku kiwał głową, tak naprawdę uwagę poświęcając chmurom ciągnącym po górach. Podbrzusza szarpały im się w strzępy przypominające sutki suk, z których czubki drzew spijały chciwie wodę. 

Gdy wysiedli wreszcie z samochodu. Opadł na nich upojny zapach sosen i świerków napęczniałych od deszczu. Drogą szorstką od świeżo nakruszonych kamieni ochoczo przepadli w górę, między drzewami o hipnotycznym zapachu, wzdłuż rozzuchwalonego długimi deszczami potoku.
22:11, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2011
- Jeszcze tylko kilka godzin i wyrywam na wakacje! - oświadczył stanowczo zbyt radośnie Ten od teledysku zasępionemu Szałapachowi próbującemu dla zabicia czasu zbudować z zapałek coś, co wyglądało jak miniatura szałasu.
Odkąd kobieta Szałapacha spakowała ogromną walizkę by wyjechać na szkolenie odbywające się w dalekim kraju, humor Szałapacha spadł jak barometr przed tajfunem. Radość Tego od teledysku nie poprawiała mu nastroju.
- Ty możesz, co najwyżej czmychnąć na urlop - burknął dokładając kolejną zapałkę do konstrukcji.
- A co to za różnica?
- Dogłębna. Konstytuująca twoją pozycję w świecie. Gdy byłeś dzieckiem jeździłeś na wakacje. One nie tylko były dłuższe, przede wszystkim wypadały zawsze w tym samym czasie i stanowiły płynne przejście od zabawy powszedniej w zabawę nadzwyczajną i niczym nie skrępowaną. Nie wywracały twojego świata do góry nogami, ale zwyczajnie urozmaicały go. Teraz, gdy jesteś starzejącym się trybikiem systemu nie jeździsz na wakacje, ale uciekasz na urlop. Urlopy są zawsze za krótkie i nie stanowią ubogacenia świata, ale pozór ucieczki od konieczności. Gdy kończyły się wakacje, z niecierpliwością czekałeś na powrót z nich, by znów spotkać kumpli i zapoznać się z ich wakacjami i opowiadać o swoich. Z urlopem jest inaczej, przede wszystkim dlatego, że on się nigdy nie ma prawdziwego początku. Już od pierwszego dnia urlop zaczyna się kończyć. Na tym polega różnica, ty nieszczęśliwy człowieku.
Ten od teledysku pokiwał głową z szacunku dla głębokiej mądrości Szałapacha, która zawsze zdumiewała go i wprawiała w podziw.
- Tak czy siak jadę na wakacje! - zawołał radośnie. - Przyślę ci pocztówkę!
I zniknął.
10:38, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 lipca 2011
Miarą niedoskonałości Tego od teledysku może być przegapianie tych wszystkich kobiet, które warte były nieprzegapiania. Kobieta to pryzmat życia mężczyzny - mieści w sobie wszystko to, do czego nie dorósł, czego nie spełnił i co przegapił, ale i to wszystkie te zaniechania i przegapienia, które nie uwypukliły jego wad i zaniedbań, ale które nie przekreśliły jego oczywistych pragnień, by zostać Królem Arturem jego i waszych marzeń.

To zawsze będzie niespodziewane spotkanie, jak dziś, gdy kobieta zza ciemnych okularów  cię zawoła, albo gdy blondynka twoich licealnych marzeń dostrzeże twój wzrok po udach do zgrabnych łydek i z powrotem jej koleżanki. Kiedyś kochałeś się w blondynce, dziś nie czujesz się bardzo zaskoczony jej zbulwersowanym odkryciem twojego pożądliwego spojrzenia wzdłuż ud do łydek i z powrotem koleżanki, której, kiedyś, oboje nie dostrzegaliście.

Ten od teledysku nie stoi tylko wobec siebie wobec was. Jest, oczywiście, centrum własnego wszechświata. Ale wie, że Wy tam też jesteście. Bardzie, niż by chciał. A przeszłość jest tylko umownością niespełnionych, bądź zmarnowanych pragnień. 

Albo tym, co się spełniło i wobec czego spełniamy się co dnia. Przyszłością, która stała się nami. 

01:06, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 czerwca 2011
Któregoś dnia możesz pomyśleć: "a gdyby tak zakopać się w jakimś bunkrze, twierdzy, dziupli? Gdyby po prostu nie wychodzić z domu? Pracować za pośrednictwem internetu, jeść to, co przywiozą wysłannicy dziesiątków jadłodajni i nawet za okno gapić się coraz rzadziej? Co jest w świecie takiego, czego nie mógłbym sobie wyobrazić, albo co takiego jest we mnie, czego świat już by nie miał?"

Któregoś dnia możesz po prostu usiąść i siedzieć już tak na zawsze, jak starzy ludzie w dawnych wsiach, wysadzani na ławy przed chałupami, wpatrujący się w świat, który trudno pojąć - to mogła być przeszłość, ta lepsza, bo sięgająca poza ławy, a może przyszłość, ta lepsza, bo sięgająca jeszcze dalej, albo teraźniejszość, ta tutaj, bierna, spokojna, gasnąca. Bywa coś kojąco kuszącego w myśli, by po prostu sobie usiąść.

Szałapach gapi się przez okno, na ten świat, który jednak przewyższa wyobraźnię i który mimo wszystko oczekuje od Szałapacha czegoś, czego nie może mu dać nikt inny.

A w każdym razie miło tak pomyśleć.
20:14, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 czerwca 2011
Stosy obrazów zalegają pozamykane w albumach, w pamięciach komputerów i biologicznych nośnikach wspomnień u nas i u ludzi, którzy nas znają. Czasem przemykamy w pamięci kogoś, komu tylko podaliśmy rękę, albo do kogo zagadaliśmy przy okazji. Wyraźniejsi może jesteśmy w pamięci tych, którzy podglądali nas zdziwieni tu i ówdzie, gdy wyczynialiśmy jakieś błazenady, albo gdy działo się coś niezwykłego, na czego tle przemknęliśmy tak wyraźnie, że obserwator niewytłumaczalnym kaprysem umysłu zapamiętał właśnie nas. 

Ci z nas, którzy, jak Ten od teledysku, mieszkają w miastach, po których uganiają się uzbrojeni po zęby w utrwalacze wspomnień turyści, zamieszkują tysiące, a może nawet dziesiątki tysięcy zdjęć, bagatelizowani na tle tych samych kilkunastu zabytków. 
To wszystko my, ważni i nieważni, dla nas i dla innych, zauważani, bądź pomijani. To co nas cieszy i to co mogłoby nas zawstydzać, skoro już raz zaistniało, w jakiś sposób jest i może zawsze już będzie.

Są jeszcze i inne cienie, nie mniej, a może nawet bardziej znaczące.

Wszystkie te góry, na które się nie wspięliśmy, kobiety, z którymi nie spaliśmy, miasta, których nie odwiedziliśmy, kwiaty, których nie ofiarowaliśmy, spektakle, których nie obejrzeliśmy. Ale i krzywdy, których nie wyrządziliśmy.

To wszystko też my. Wszystko, co zaniechał Ten od teledysku, wszystko na co się nie poważył, a nawet i to, czego nie zrobił, bo nawet nie pomyślałby, że by mógł, też składa się na niego teraz, słonecznej niedzieli, nad rzeką; tu i później i wszędzie. To, czego nie było, także go czyni.
11:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 maja 2011
Mimo wszystko można poczuć się zdziwionym, gdy zobaczy się siebie poprzez kogoś innego. A przecież to najczęstszy sposób, na jaki spotykamy samych siebie. Może więc nie o metodę tu chodzi, lecz o przedmiot poznania? 

To miał być inny wpis. Pierwotnie traktował o gapieniu się przez okno akademii sztuk pięknych, nocą z piątku na sobotę. O tym, jak za plecami gapiących się trwał radosny gwar, jak wybijały się nieliczne rozświetlone okna w ciemnym mieście i jak dobrze jest czasem tak się zagapić na nocne miasto z gwarem za plecami i ciepłym kobiecym ramieniem wtulonym w ten sam parapet.
Nieznana inteligencja blogowa udaremniła ten zamiar. Wpis został wysłany w blogową przestrzeń i zniknął w jej czeluściach. Może coś żyje tam i żywi się wpisami? Połyka je, a my, jeśli nie zrobimy kopii zapasowych, nigdy już ich nie spotykamy? Nawet podobnie zapisane słowa nie są już te same, choćby niosły zbliżoną treść i w zbliżony sposób oddawały ducha jakiegoś czasu, czy wydarzenia. Świat opisywany ponownie to świat ponownie oglądany - inne już rozbłyskują komórki w naszych mózgach, inaczej grają w nich impulsy elektryczne. Przecież czasem wystarczy byle rozbłysk światła, mgnienie na oślepionej źrenicy, by świat zobaczyć, poczuć, poznać i w końcu opisać sobie inaczej.

W sobotę Ten od teledysku jeszcze trochę żył minioną nocą. Jeszcze nie wystygły wrażenia. W niedzielę konsekwencją gapienia się przez okno, picia barbarzyńskich drinków i spacerów, czy to po akademickich korytarzach, czy brzegiem rzeki w kierunku domu, było tylko przeszukiwanie dysków w poszukiwaniu zdjęć z ubiegłego roku. Wymyślił kilka pretekstów dla tego zajęcia i spędził ponad godzinę na segregowaniu obrazków z ubiegłorocznego imprezowania.

Nad jednym się zatrzymał. 
Przedstawia ono mężczyznę w kraciastej koszuli, na tle drzew, białego nieba i zarysu fortu z czerwonej cegły. Biel nieba wynika ze statkowania się świtu, fort zbudowali Austriacy, nic zaskakującego w niebie i forcie. To mężczyzna zaskoczył Tego od teledysku.
Nie powinno go tam być. Przecież Ten od teledysku pamiętał dobrze, że tamtego wieczoru wyskoczyli na piwo, w knajpach i nad rzeką i później na wzgórzu i drugim wzgórzu, z kumplem z liceum, z Rudym. A Rudy jest chudy jak ułamek przecinka, ma twarz tak delikatną, że prawie dziewczęcą (dlatego wciąż podrywali go pijani faceci), ma długie, rude kręcone włosy. W niczym prawie nie przypomina tego zaokrąglonego faceta, wprawdzie rudego, ale z zakolami, który wepchał się na jego miejsce na zdjęciu.
No, może chichoczą podobnie.

To nie powinno zaskakiwać. A jednak wciąż świat przyłapuje na zdziwieniu Tego od teledysku, gdy wpatruje się on w cudze zdjęcia i znajduje na nich własną dorosłość.

09:31, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21