RSS
niedziela, 12 czerwca 2011
Stosy obrazów zalegają pozamykane w albumach, w pamięciach komputerów i biologicznych nośnikach wspomnień u nas i u ludzi, którzy nas znają. Czasem przemykamy w pamięci kogoś, komu tylko podaliśmy rękę, albo do kogo zagadaliśmy przy okazji. Wyraźniejsi może jesteśmy w pamięci tych, którzy podglądali nas zdziwieni tu i ówdzie, gdy wyczynialiśmy jakieś błazenady, albo gdy działo się coś niezwykłego, na czego tle przemknęliśmy tak wyraźnie, że obserwator niewytłumaczalnym kaprysem umysłu zapamiętał właśnie nas. 

Ci z nas, którzy, jak Ten od teledysku, mieszkają w miastach, po których uganiają się uzbrojeni po zęby w utrwalacze wspomnień turyści, zamieszkują tysiące, a może nawet dziesiątki tysięcy zdjęć, bagatelizowani na tle tych samych kilkunastu zabytków. 
To wszystko my, ważni i nieważni, dla nas i dla innych, zauważani, bądź pomijani. To co nas cieszy i to co mogłoby nas zawstydzać, skoro już raz zaistniało, w jakiś sposób jest i może zawsze już będzie.

Są jeszcze i inne cienie, nie mniej, a może nawet bardziej znaczące.

Wszystkie te góry, na które się nie wspięliśmy, kobiety, z którymi nie spaliśmy, miasta, których nie odwiedziliśmy, kwiaty, których nie ofiarowaliśmy, spektakle, których nie obejrzeliśmy. Ale i krzywdy, których nie wyrządziliśmy.

To wszystko też my. Wszystko, co zaniechał Ten od teledysku, wszystko na co się nie poważył, a nawet i to, czego nie zrobił, bo nawet nie pomyślałby, że by mógł, też składa się na niego teraz, słonecznej niedzieli, nad rzeką; tu i później i wszędzie. To, czego nie było, także go czyni.
11:12, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 maja 2011
Mimo wszystko można poczuć się zdziwionym, gdy zobaczy się siebie poprzez kogoś innego. A przecież to najczęstszy sposób, na jaki spotykamy samych siebie. Może więc nie o metodę tu chodzi, lecz o przedmiot poznania? 

To miał być inny wpis. Pierwotnie traktował o gapieniu się przez okno akademii sztuk pięknych, nocą z piątku na sobotę. O tym, jak za plecami gapiących się trwał radosny gwar, jak wybijały się nieliczne rozświetlone okna w ciemnym mieście i jak dobrze jest czasem tak się zagapić na nocne miasto z gwarem za plecami i ciepłym kobiecym ramieniem wtulonym w ten sam parapet.
Nieznana inteligencja blogowa udaremniła ten zamiar. Wpis został wysłany w blogową przestrzeń i zniknął w jej czeluściach. Może coś żyje tam i żywi się wpisami? Połyka je, a my, jeśli nie zrobimy kopii zapasowych, nigdy już ich nie spotykamy? Nawet podobnie zapisane słowa nie są już te same, choćby niosły zbliżoną treść i w zbliżony sposób oddawały ducha jakiegoś czasu, czy wydarzenia. Świat opisywany ponownie to świat ponownie oglądany - inne już rozbłyskują komórki w naszych mózgach, inaczej grają w nich impulsy elektryczne. Przecież czasem wystarczy byle rozbłysk światła, mgnienie na oślepionej źrenicy, by świat zobaczyć, poczuć, poznać i w końcu opisać sobie inaczej.

W sobotę Ten od teledysku jeszcze trochę żył minioną nocą. Jeszcze nie wystygły wrażenia. W niedzielę konsekwencją gapienia się przez okno, picia barbarzyńskich drinków i spacerów, czy to po akademickich korytarzach, czy brzegiem rzeki w kierunku domu, było tylko przeszukiwanie dysków w poszukiwaniu zdjęć z ubiegłego roku. Wymyślił kilka pretekstów dla tego zajęcia i spędził ponad godzinę na segregowaniu obrazków z ubiegłorocznego imprezowania.

Nad jednym się zatrzymał. 
Przedstawia ono mężczyznę w kraciastej koszuli, na tle drzew, białego nieba i zarysu fortu z czerwonej cegły. Biel nieba wynika ze statkowania się świtu, fort zbudowali Austriacy, nic zaskakującego w niebie i forcie. To mężczyzna zaskoczył Tego od teledysku.
Nie powinno go tam być. Przecież Ten od teledysku pamiętał dobrze, że tamtego wieczoru wyskoczyli na piwo, w knajpach i nad rzeką i później na wzgórzu i drugim wzgórzu, z kumplem z liceum, z Rudym. A Rudy jest chudy jak ułamek przecinka, ma twarz tak delikatną, że prawie dziewczęcą (dlatego wciąż podrywali go pijani faceci), ma długie, rude kręcone włosy. W niczym prawie nie przypomina tego zaokrąglonego faceta, wprawdzie rudego, ale z zakolami, który wepchał się na jego miejsce na zdjęciu.
No, może chichoczą podobnie.

To nie powinno zaskakiwać. A jednak wciąż świat przyłapuje na zdziwieniu Tego od teledysku, gdy wpatruje się on w cudze zdjęcia i znajduje na nich własną dorosłość.

09:31, tenodteledysku
Link Komentarze (2) »
środa, 25 maja 2011
Całkiem sporo początków składa się na nas wszystkich. I chyba raczej rzadko je zauważamy. Zwykle należą do rzeczy przegapianych, jak większość wschodów i zachodów słońca, nieistniejące głoski pochodzące od litery "a", wymawiane od czasu do czasu oraz zakochania tych wszystkich nieśmiałych ludzi, którzy nie odważyli się nam o nich wyznać.
To właśnie jeden z takich początków. Może być na dobre, albo na złe, może prowadzić donikąd, albo w którymś z właściwych kierunków.
Tak więc, gdzieś, kiedyś to się zaczyna. Zauważamy to wcześnie, albo późno. Poświęcamy temu uwagę, albo nie, spisujemy się, albo nie spisujemy. W zadziwiająco wielu momentach wykonujemy gesty, z których większość też byśmy poprzegapiali, gdyby ludzie nie zwrócili nam na nie uwagi.

A potem, któregoś dnia, zdziwienie może przyjść do nas na przykład pod postacią pijaniusieńkiego kuzyna, jak stało się to udziałem Tego od teledysku.

Kuzyn opadł na łóżko, zapytał o ewentualną wódkę i nie zdziwił się, gdy usłyszał, że to nie wieczór na taki poczęstunek. 
- Te twoje bajki i te gry, które dla nas robiłeś, kiedy byłem mały - powiedział niespodziewanie. - Pewnie nie wiesz jak bardzo mnie ukształtowały.

To zaczepia się o nas jak delikatne, lekuchne nasionko. I ani nie zauważamy, jak porasta nas cały las rozmaitych, na dobre i niedobre, odpowiedzialności.
22:04, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 kwietnia 2011
- Czasem przychodzą do ciebie słowa - oznajmił Szałapach butelce białoruskiej wódki, w trzech czwartych pełnej. - Niektóre są zaskakująco przyjazne. To takie słowa, na które boisz się czekać, które otwierają Ci drogę do ciebie takiego, jakim chciałbyś być. Niosą światło. Bo światło to jest zobaczyć, że ktoś patrzy na ciebie jak na człowieka stojącego w świetle. Wtedy podnosisz głowę. I to może być błąd.
Trzymał tą butelkę w lodówce od chyba roku. Otworzył ją raz, gdy uznał, że kieliszek wódki pomoże mu w trawieniu. I potem drugi i trzeci raz z tego samego powodu.
- Czasami - oznajmił butelce pustszej o jeden kieliszek - przychodzą do ciebie inne słowa. Te są bardziej spodziewane, choć mniej oczekiwane. Wtedy opuszczasz głowę i to na pewno jest błąd.
Dwa kieliszki później on i butelka przypatrywali się sobie bez słowa.
- Spadanie z dachu robi czasem coś dziwnego z człowiekiem - odezwał się. - A kobieta, którą pozna się w efekcie takiego upadku, zresztą, jak każda kobieta, robi coś dziwnego, niespodziewanego, z człowiekiem zawsze. A jeśli chodzi o słowa i położenie głowy, to trzeba robić na odwrót. Dokładnie na odwrót.

Ponieważ Ten od teledysku uparcie nie przychodził oblać przesiedlania, zakręcił już w połowie opróżnioną butelkę i schował ją na powrót do lodówki.
Potem długo stał przed lustrem i ćwiczył ułożenia głowy.
20:28, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
"To wszystko bardzo zabawne" - mówi Ten od teledysku, ale właściwie nie mówi, a cedzi przez zaciśnięte zęby, jakby to, co go niby tak bawi, równocześnie bolało go każdą wyciskaną głoską. Niemniej ma, oczywiście, rację.

Wiadomość grzechotała od tygodni, a nawet można by czas jej życia liczyć już w miesiącach. Coś było na rzeczy w plotkach i szeptach, w litościwych bądź zalęknionych spojrzeniach, a nawet w tych kipiących od politowania. 

Najpierw przesiedlono sąsiadów. Tak zdecydowała ruletka, nie ma co doszukiwać się tu racjonalnych przyczyn. Tetka trzymająca ostatnią wachtę jeszcze spojrzała na Tego od teledysku z cichym gniewem, resztą dogasającego buntu i nim odeszła oświadczyła: "To dopiero początek, za was też wkrótce się wezmą". Skinął jej głową, zupełnie bez refleksji, lekko, jakby bez żadnej myśli, bez emocji, może nawet bez czucia. Ona poszła, a on patrzył jak zmienia się po niej pokój.

Nie ma przed tym ucieczki - pomieszczenia nasiąkają nami, a my nasiąkamy nimi. Ten od teledysku nie miał okazji by obserwować Tetkę, przypatrywać się, jak odparowuje z niej obecność opuszczonego pokoju. Patrzył więc, jak w pokoju taje obecność ludzi, którzy w nim siedzieli od lat dwóch, może trzech; niektórzy krócej. Biurka wyrwano z korzeniami i przesunięto, zniknęły te brzydkie szafy, które nie wpisywały się w ogólniejszą estetykę. Jeszcze zerwano plakaty, choć pozostawiono tablicę korkową i nawet jakieś śmiesznostki na niej. Reszta zniknęła i nagle nie było już choćby wspomnień po minionych ludziach.

Tak samo będzie i tym razem. Tyle, że Ten od teledysku już od dawna stara nie angażować zbyt siebie w miejsca, które nie zależą od niego. Nie czuje więc żalu ani gniewu; przeprowadzka uchwalona w kuluarach firmy wydaje mu się neutralną zwyczajnością. W pracy nie jest sobą, nic z siebie pracy nie oddaje, poza ostrożnym obowiązkowym a fałszywym zaangażowaniem - nie należą do siebie nawzajem. Nawet bezosobowość działań nie robi na nim wrażenia, wszystko odbywa się na poziomie pism i maili. Jedno, co go gniewa, to irracjonalność tych działań, zuchwała rozrzutność marnowania energii. Bo wszystkie przesiedlenia mają swe źródło w czyimś zachceniu, rozgrywaniu znajomości, chęci i niechęci. I prawdę mówiąc są zupełnie niepotrzebne. No i złość go targa, że wciąż, choć przesiedlenia zaczynają się jutro, nie wyznaczono nowych miejsc pod ich pracownicze osadnictwo. Nie spełniono minimum warunków przyzwoitości. To budzi złość, ciemną energię buzującą pod czaszką i napędzającą serce do szybszego rytmu. I ten dobosz furii gna wzburzoną krew żyłami, wprowadzając ciało i umysł w dodatkowe podniecenie. Komuś się oberwie, albo przynajmniej krok do domu będzie żwawszy, albo jakieś zaniechanie, jakiś niedobry gest znajdą usprawiedliwienie w tej złości.

Odchodząc Ten od teledysku nie obróci się, by spojrzeć na to, co po nim zostało, bo nie zostanie po nim wiele, może nawet nic. I pokój, który opuści nie zostanie w nim zbyt długo. Skinie głową kombatanckim wspomnieniom kolegów, którzy już teraz nie mogą odżałować zmiany, bo tak wypada.

Jest w bardzo wygodnej sytuacji, odkąd o nim piszę. Sporo przeżywam za niego.
13:24, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 kwietnia 2011
Święta Wielkiej Nocy są stanowczo zbyt ciche. Choć supermarkety robią co mogą ogłaszając sezonowe obniżki na spodnie, sukienki, na kiełbasy i szynki, choć pulchne króliki wciskają się gdzie tylko mogą wygryzając stopniowo pluszowymi zębami kurczaki z wystaw, choć same kurczaki jeszcze tulą się do coraz mniej zrozumiałych baranków, których nikt chyba nie odważył się jeszcze upluszowić, choć kolorowieją pisanki, na których czasem dostrzegamy święte słońca, jednak Święta Wielkanocne są ciche. Nie podarowano im kolęd, by mogły nieść swoją sławę od północy hen, po porankach, południach i wieczorach. Nie grają im dzwonki, nie pękają opłatki. Co chyba najbardziej zatrważające - nie wręcza się w nie prezentów. Niejedna już chyba marketingowa głowa posiwiała przy tym ze zgrozy. Choćby nie wiem ile wyprodukowano pluszowych królików i kurczaków, na nic to wszystko, skoro nie ma obyczaju wręczania ich w prezencie.

W dodatku ten post! Owszem, jak należy, nadejdzie po nim festiwal obżarstwa. Ale mimo wszystko - post? Naprawdę? To ani prezentów nie ma, ani jeść ile dusza zapragnie nie można? Tańczyć nie można? Grać, śpiewać - bawić się po prostu nie można? Gdzie w tym zysk, gdzie w tym sens?
Na szczęście potem przychodzą odpusty, targi i dyngusy. Będą pękać balony, trzaskać pukawki, piszczeć dziewczęta oblewane wodą przez rozkrzyczanych wesoło chłopaków.

Ale to potem.

Najpierw będzie cicho. Stanowczo zbyt cicho jak na te czasy, czy myślimy o kalendarzu jak o cyferkach poupychanych w kratki tabelek, stojących rzędem jak poborowi czekający na przeminięcie, czy jak o przechodzeniu od dnia do dnia ku kolejnym celom, czy jak o cyklu wydarzeń powracającym wciąż, odtwarzanym i posiadającym znaczenie. Dla wszystkiego tego zapadnie cisza, choćby tylko na chwilę, gdy staniemy sami obok harmidru, obok życzeń nad jajkami z chrzanem czy bez, obok symboli, czytelnych i nieczytelnych, obok gestów, rozumianych i nierozumianych, obok rytuałów, świętych i nieświętych. Na sekundę, może ciut więcej, może ciut mniej, zapadnie cisza. 
Z niej dopiero można wyjść w światło.

13:09, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Spotkania z statecznymi mężami i ojcami bywają niebezpieczne, ponieważ znaczna część statecznych mężów i ojców od czasu do czasu czuje potrzebę imprezowego odreagowania swej stateczności.
Efektem może być cokolwiek zmęczona niedziela oraz seria niepokojących zdjęć i filmików na komórce.
12:30, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2011
A podróż wyglądała tak:
Po pierwsze za oknem było bardzo równo i aż prawie trudno było poznać ruch przez te wszystkie równiny. Gdyby nie zmieniały się układy drzew i (mimo wszystko) kształty i rozmieszczenia domów, równie dobrze można by uznać, że wiozący Tego od teledysku pociąg stał w miejscu. Niemniej, choć Ten od teledysku nieco się tym zdziwił, równinne krajobrazy spodobały mu się. I błyski rozświetlanych pni drzew, gdy pociąg wjeżdżał w las i cienie drzew, gdy las był daleko, i ni to srebrne ni to białe jasności mokradeł wychylających się spod pól i łąk. Jakoś tak się złożyło, że podróż, tak tam jak i z powrotem była bardzo jasna, choć dni pomiędzy dwoma przejazdami wolały chmurnieć.

Po drugie kolej doprawdy nie powinna aż tak testować poczucia humoru swoich pasażerów umieszczając w toalecie napis brzmiący jakoś tak: "pasażerze, zostaw toaletę w takim stanie, w jaki chciałbyś ją zastać". Naprawdę? Temu od teledysku przyszło, na ten przykład, wymalować przedziałową toaletę w kwiaty i słonie, ale ktoś mógłby pomyśleć o namalowaniu potworów.

Po trzecie rozmawianie z współpasażerami robi ludziom dobrze. Na różne sposoby.

Po czwarte powrót do domu też robi ludziom dobrze. Choćby po najwspanialszej podróży.

Po piąte myśl o powrocie do pracy nie robi ludziom dobrze.

Po szóste podróż nie musi kończyć się po przekroczeniu progu. I nawet nie chodzi o tą chwilę zawahania przed włożeniem klucza do drzwi.

Po ostanie - podróże nie kształcą. A w każdym razie nie tylko. Podróże wzbudzają w nas wahania i niepokoje co do nas samych w chwilach, których nie podróżujemy. 

22:26, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 marca 2011
Ten od teledysku popijał wino i zerkał na smukłą kelnerkę błyszczącą równo spiętymi włosami w kolorze jasnej miedzi. Po drugiej stronie stolika młody, utalentowany pisarz opowiadał Temu od teledysku jak niesamowicie podziwia innego młodego pisarza, który z każdym zdaniem zdaje się pisać coraz lepiej, coraz piękniej, coraz harmonijniej, krótko mówiąc tak, jak rozmówca Tego od teledysku pisać nigdy nie ma nadziei. Nie wyglądał na zagniewanego, ani zakłopotanego, tak jak nie jest zagniewany ani zakłopotany Ten od teledysku, gdy myśli, że sam nigdy nie będzie pisał tak, jak jego rozmówca. Obaj stwierdzali jedynie fakt czyjegoś talentu i cieszyli się nim kiwając wyraziście głowami, bo głowy zwykle kiwają się zamaszyściej przy winie.

Podoba mi się to. Podoba mi się to, że mogli tak siedzieć i rozmawiać o cudzych talentach i wspaniałościach, zupełnie bez gniewu, zakłopotania, czy zawiści. Że po prostu cieszyli się cudzymi talentami.

Aczkolwiek Ten od teledysku zastanawia się czasem nad granicami akceptacji siebie. Trzeba uważać, by nie przekroczyć tej granicy, za którą akceptacja staje się już tylko kapitulacją. 
14:21, tenodteledysku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 lutego 2011
W żadną inną noc nie wysypia się Ten od teledysku smaczniej niż w tą oddzielającą niedzielę od poniedziałku, w który nie trzeba iść do pracy. Nie ma słodszego snu, niż ten, który może trwać o godzinie, w której zwykle trzeba już zasuwać przełykając pospiesznie przygotowane śniadanie. W wolne poniedziałki zastępują je bogate kanapki, tak przyrządzone, jak i przygotowane spokojnie, z uwagą, nie w okolicach świtu, ale gdy apetyty zdąży już wzrosnąć po przebudzeniu. I nawet zasypia Ten od teledysku inaczej w niedzielę poprzedzającą wolny poniedziałek, niż we wszystkie te pierwsze dni tygodnia, które naznaczyło już fatum powszedniości, myśl o konieczności przedwczesnej pobudki.

A jednak, myśli Ten od teledysku, czy mógłbym spać równie smacznie, gdybym otrzymał hojny spadek, albo wygrał na loterii sumy wystarczające mi na życie bez pracy? Ile radości byłoby w poniedziałkowym śnie, gdyby ów poniedziałek nie został wydarty niewoli nużącego obowiązku? Jeśli jest więc jakiś pożytek z pracy Tego od teledysku (nie licząc umacniania umowy społecznej), to właśnie ten, że niektóre poniedziałki stają się świąteczne a niedziele spokojniejsze. 

A wolny poniedziałek przyczynia się do myślenia o wyjątkach, jako dowodowi, że bunt od czasu do czasu przynosi ukojenie.
13:31, tenodteledysku
Link Komentarze (1) »